Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie słodko... tkliwe. Patrzył we mnie, a ja w Niego patrzyłam.
"Jakaś Ty do Mnie podobna, Promyczku!"
"To zaszczyt dla mnie..."
"I ciężar, prawda?"
"Tak. Ale bardzo pragnę być podobna do Ciebie!"
Ucałowałam Go.
Patrzył we mnie, a ja w Niego. Tańczyliśmy, ale nie rozmawialiśmy o tym. Trwałam w Miłości, w Nim. Bo Miłość to Jego Imię.

Jezus mój Ukochany, patrzył we mnie spojrzeniem z Krzyża...
"Idziesz za Mną, Mój Promyczku!"
"Idę!"
"Mimo, że jest ciężko?"
"Idę!"
"Mimo, że boli?"
"Idę!"
Patrzył czule...
"Ty wiesz"- szepnęłam.
"Wiem" - usłyszałam w głębi serca.
Idę.

Jeździłam po podwórku na mojej "Strzale" (wózku elektrycznym) i układałam bukiety Madonnie. Kiedy skończyłam, podjechałam do stolika, na którym leżała Biblia. Wpatrywałam się w MAMĘ. Patrzyła we mnie delikatna, łagodna i czuła, bardzo czuła... i uśmiechnięta.
"Uwielbiam układać dla Ciebie bukieciki!"
"Uwielbiam gdy Mi je układasz, Córeczko".
Po chwili dodała:
"Mój Synek czeka na Ciebie".
"Idę!"

Patrzył we mnie czułym, kochającym, uśmiechniętym spojrzeniem...
"Macie podobne uśmiechy... i oczy!"
"Uśmiech mam po Mamie. Oczy też".
Patrzyłam zachwycona.
"Chciałabym być do Was podobna..."
"Jesteś, Promyku!"
Wiedział, że tańczę bardzo.
"Odpocznij we MNIE".
Odpoczywałam....

Nie będę opisywać dziś naszej rozmowy. Siedziałam u Jego Stóp. Tańczyłam u Stóp Ukochanego. On patrzył we mnie z ogromną czułością...

Spotkanie dwóch osób,  Dwóch serc. Dwóch miłości.
A raczej: spotkanie z Osobą. Spotkanie z Sercem. Spotkanie z Miłością.
Tym jest modlitwa.
Spotkanie...

Wpatrywałam się w Umiłowanego. Czule i promiennie we mnie patrzył...
"Ukochany!"
"Perełko Moja najdroższa!"
"Najdroższa..?"
"Zdobyta Moją Krwią, więc Mi najdroższa".
"Tak... Twoją Krwią Najdroższą!"
Patrzył we mnie spojrzeniem z Krzyża... Adorowałam GO.

Tyle mam w sobie zapału, energii, radości. Tyle bym chciała jeszcze zrobić. Jednak.. sił fizycznych brakuje. Mam ich coraz mniej.
Maluję, piszę, słucham audiobooki, tańczę. Modlę się.
Dużo jak na mnie.
Ukochany moją siłą!
:)

Tańczę bardzo, bardzo. Więc krótko.
"Tęskniłam!"'
Patrzył we mnie promiennie, bardzo promiennie... A szeptałam dalej:
"Tęskniłam. I teraz tęsknię..."
Za czym tęskniłam? Za Ukochanym moim! Żywym i prawdziwym. Nie z obrazka, nie ukrytym, zasłoniętym, osłoniętym. Tęskniłam za spojrzeniem Twarzą w twarz.
Umiłowany patrzył we mnie....
"Promyczku, oto teraz pochylam się nad Tobą, biorę Twoją uśmiechniętą twarz w Moje obie Dłonie i całuję Cię. Wchodzę teraz do Twego serca. Wierzysz Mi?"
"Wierzę!"
Patrzył czule, tkliwie, słodko...
Tańczę dla Niego.

Szczęście nie zależy od warunków zewnętrznych. Od tego co na  zewnątrz. Szczęście zależy od Tego co wewnątrz.

Dziś znów siedziałam u Stóp Umiłowanego. Patrzył we mnie spojrzeniem z Krzyża... Dziś nasz Piątek.
"Ukochany, Najdroższy Mój!"
"Perło Moja najmilsza!"
Uśmiechnęłam się, pomyślałam, że nikt tak pięknie do mnie nie mówi, ani tak we mnie nie patrzy...
"Tylko Ty tak potrafisz!"
Patrzył we mnie jak nikt na świecie. Uwielbiałam Go. Zanurzał mnie w Sobie...
Wciąż we mnie patrzy.

Wpatrywałam się w Ukochanego, a On patrzył we mnie...
"Piękna Moja!"
"Mój Najśliczniejszy!"
"Przyszłam posiedzieć przy Tobie, u Twych Stóp".
Ucałowałam Go.
"Posiedź Promyczku".
Więc siedziałam, I patrzyłam w Niego. A On we mnie... Patrzył promienny, czuły, jasny, tkliwy... Z wielką Miłością we mnie patrzył. Zachwycony patrzył... Byłam w Niebie. Ukochany i ja. W Ukochanym.

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego, uśmiechnięta. Patrzył we mnie promienny.
"Malowaliśmy" - szepnęłam i skinęłam na powstający obraz.
"Tak, Promyczku, malowaliśmy. Ja prowadziłem Twój pędzel".
"Jasne, że Ty! Inaczej by mi tak nie wychodzi..."
Przerwałam. Do mojego pokoju na wózku wjechała mama.
- Ojej! Jak pięknie!!! - zawołała patrząc na obraz z niekłamanym zachwytem- co ci się zrobiło, że... że tak pięknie...?
Roześmiałam się serdecznie.
- Co mi się zrobiło?
Mama zaśmiała się i pojechała.
Patrzyłam w Ukochanego.
"Ty mi pomagasz, po prostu!!

Nie będę dziś opisywać naszej całej rozmowy.
Najważniejsze, najpiękniejsze działo się poza słowami. Ponad nimi.
ON i ja. Nic i nikt więcej...
ON i ja. On, Umiłowany mój, jasny, świetlisty, promienny. I ja tańcząca w Jego świetle. Otulona Ukochanym.
"Uwielbiam tak trwać przed Tobą...."
"Dlaczego, Perełko?" - spytał tuląc mnie do Siebie coraz bardziej.
"Bo Ciebie uwielbiam!"
Patrzył słodko...

Patrzył we mnie tkliwie, słodko... Wiedział, że bardzo, bardzo tańczę. Tańczył ze mną.
"Jestem z Tobą, Promyczku!"
"Wiem, Ukochany! Dziękuję! Gdyby nie Ty, nie dałabym rady. Poddałabym się pewnie... Gdyby nie Ty.  Krzyż coraz cięższy. Przygniata. Ty mnie podnosisz, pomagasz iść dalej".
Patrzył we mnie swym spojrzeniem z Krzyża.
"Pamiętasz, Promyku, kiedyś podałem Ci Kielich. A Ty Go przyjęłaś".
"I piję. Wypiję do dna".
Tulił mnie do Serca...
"Pomagasz Mi, Mój Promyku".
"Pragnę Ci pomagać Ukochany..."

Zmęczona i tańcząca bardzo, ale spróbuję.

Siedziałam przed Umiłowanym, u Jego stóp. Patrzył we mnie świetliście, promiennie i czule bardzo... Byłam w Jego świetle. Uśmiechał się do mnie, a ja do Niego.
"Jakiś Ty piękny...- szepnęłam zachwycona.
Patrzył z wielką, ogromną Miłością.
"Cały Twój i cały dla Ciebie, Promyku!""
"Cała Twoja i cała dla Ciebie, Ukochany!"
"Na wieczność!"
"Na wieczność!"

"Ukochany!"
"Jestem z Tobą, Perełko!"
"Boli... Tańczę bardzo!"
"Ja tańczę z Tobą!"
"Bądź uwielbiony w tym tańcu, Ukochany!"
"Ja jestem, Promyku!"

Dziś święto mojej MAMY, Madonny z Góry Karmel. Układam dla Niej bukiety.

Krótko. Tańczę bardzo.

Ukochany dziś powiedział, że sprawiam Mu wielką radość.

Uwielbiam sprawiać Mu radość! Pragnę sprawiać Mu radość!
Moją radością jest sprawiać Mu radość!
Moim szczęściem jest sprawiać Mu radość!
Życiem, cierpieniem, tańcem.
Sprawiać Mu radość!

Siedziałam na dworze pod parasolem, przy stoliku. Przede mną leżała Biblia, a ja wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie promiennie... czule, bardzo czule.
"Ukochany, Najdroższy mój!"
"Miła Moja!"
Uśmiechnęłam się do Niego.
"Wiesz, zauważyłam, że maluję coraz bardziej osobiste obrazy..."
"Otwierasz się, Promyku".
"To dzięki Tobie, Ukochany. To Ty mnie otwierasz, bardziej i bardziej... Codziennie szepczesz mi do serca: "Effata!"'
Patrzył... zachwycony...
"Jakaś Ty piękna w tej swojej prostocie, Promyczku!"
"... dzięki Tobie. Wszystko mam dzięki Tobie!"
"I należysz do Mnie?"
"Całkowicie! A Ty do mnie?"
Uśmiechnęłam się i ucałowałam Go.
"Idę, pojeździć i poukładać bukiety Madonnie".
"Idź, Promyku".

Jeździłam więc na wózku elektrycznym i układałam bukiety. Nagle przede mną pojawił się biały motyl. Roześmiałam się w głos. Piękny był! Tańczył przede mną. Za chwilę pojawił się drugi. Dwa motyle. Białe.
Przypadek?
Nie! :)
To też dzięki Niemu!

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie czule bardzo...
"Przyszłam posiedzieć..."- ucałowałam Go.
"Posiedź, Promyczku".
Siedziałam i patrzyłam Mu w oczy.
"Malowałam. W końcu powoli wychodzi... sukienka jeszcze źle. Ale się poprawi".
Patrzył we mnie z zachwytem. Słodko...
"Pięknie tańczysz, Promyku"
"Pięknie?"
"Miłość i dobro zawsze jest piękne".
Patrzył we mnie... taki dobry, taki kochający...
"Tak. Masz rację, Miłość i Dobro zawsze Jest Piękne".

Nie potrafię opisać tego co ze mną robi Ukochany.Co we mnie czyni. Nie potrafię  żyć bez Niego. Bez Jego Miłości. Tyle mi jej daje.... Nad miarę! Czuję się taka niegodna, tego co otrzymuję.... taka słaba i grzeszna jestem. A tyle  łask mi daje. Tyle łask! Za co?? Za nic! Z Miłości, po prostu.
Mój Krzyż jest coraz cięższy, może Ukochany chce mi Go osłodzić.
I osładza.

Wciąż tuli,
A ja... pragnę, żeby mnie tulił. Do swego Zranionego Serca. Im bardziej mnie tuli, tym bardziej pragnę, żeby mnie tulił. Przytulał. Pragnę....
Pragnę mojego Ukochanego. Pragnę trwać w Nim. Trwać w Jego Obecności, w Jego Miłości. I pragnę Go kochać! Bardziej i bardziej...
Patrzył dziś we mnie czule bardzo...
"Ukochany!"
"Najmilsza!"
"Trwasz we Mnie!"
Uśmiechnęłam się do Niego. A On tulił mnie do Serca...

Rano, kiedy układałam bukieciki Madonnie, zobaczyłam obraz. Bardzo piękny... Ukochany tulił mnie do swego Serca. Mocno, bardzo mocno. Czule bardzo... I choć to przytulenie sprawiało ból Zranionemu Sercu, ON jednak mnie tulił, wciąż mocniej, mocniej... i czulej...
Jak bardzo mnie KOCHA!!!

Siedziałam przed Ukochanym. Przy Ukochanym. A On przy mnie.
Patrzyłam Mu w oczy. I wiedziałam. Wiedziałam, że jestem dla Niego najważniejsza, jedyna. Że dla Niego nic poza mną nie istnieje.... A dla mnie nie istniało nic poza Nim. Nic.
Trwałam w adoracji, w uwielbieniu...
Tulił mnie do Serca. Wciąż tuli.

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie spojrzeniem z Krzyża... pełnym miłości i czułości.
"Ukochany!"
"Perło Moja najmilsza!"
Patrzył... promienie i ja patrzyłam uśmiechnięta. On, jasny, świetlisty, a ja w Jego świetle, w Jego jasności. Szczęśliwa! Jak bardzo szczęśliwa!
"Jak dobrze mi z Tobą, Ukochany! Z Tobą zawsze dobrze..."
"Tańczysz bardzo, Mój Promyczku".
Skinęłam potakująco głową.
"Ale dajesz radę".
"Tylko dzięki Tobie!"- szepnęłam całując Go.
Patrzył...
"Jak mogę Ci usłużyć, Ukochany?"- spytałam.
"Służysz Mi od rana, Płomyku. Pięknie Mi służysz".
Patrzył...
"Jak dobrze mi z Tobą, Ukochany!"

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie promiennie... bardzo.
"Przyszłam posiedzieć..."
"Posiedź,  przy Mnie".
Uśmiechnęłam się do Niego.
W tym czasie w Krakowie trwała Msza o uzdrowienie mojego Duchowego Dziecka. Tańczyłam w Jego intencji.

Ale mam Fana moich obrazów! 😀
Rano:
- Cześć ciociu!
-Cześć!
- Przyszedłem Zobaczyć jak ci idzie.
Malowałam a Mikołajek patrzył i patrzył...
- Wow, ciociu!! Tak jak Ty malujesz buzią to ja rękoma nie potrafię!!!
Uśmiechnęłam się do niego.
- Super!!!
- Dzięki!
- A ile czasu malujesz taki jeden obraz?
- Około miesiąca.
Podszedł do obrazu "Moją modlitwa", który sechł na komodzie.
- A ten jaki... Najładniejszy!!!
Potem popatrzył na Portret Ukochanego.
- A tego Pana Jezusa też ty namalowałaś, prawda?
- Tak.
- MK!!!
Zaczęliśmy oboje się śmiać. Mieliśmy takie same inicjały.
Mikołaj szepnął mi do ucha:
- Coraz ładniejsze obrazy malujesz, ciociu!
-Dzięki!
Bratanek wyszedł, a ja uśmiechnięta malowałam...

A przed Ukochanym sobie siedziałam. Trwałam w Jego Obecności, w Jego Świetle, w Jego Miłości... Uwielbiam to... trwanie w Nim. Tylko On i ja. Szczęście! Niebo już tu, na ziemi!
On i ja...

Krótko.
"Ukochany!"
"Perełko!"
Patrzył we mnie Swym spojrzeniem z Krzyża... Tańczyliśmy.
"Chciałbym u Ciebie Promyku odpocząć, mogę?"
"Odpocznij Panie, nawet nie pytaj... Twoja jestem. nie pytaj. Cieszę się, że chcesz w moim małym, biednym sercu odpocząć. Wielka radość!"
Patrzył czule.
"A zawsze mogę?"
"Tak!!!"

Dziś moje duchowe dzieciątko kończy trzeci miesiąc życia,

Rano kiedy skończyłam układać bukiety Madonnie, rozmyślałam o obrazie tańca, który zaczęłam malować. I o Ranie Ukochanego... W pierwszej chwili chciałam namalować Hostię, która by Ją zakrywała. Jednak... Chcę, żeby ten obraz nie był taki oczywisty. Żeby oglądający, widz nie od razu wiedział o co chodzi. By w obrazie była tajemnica... Rozmyślałam...
Moją ofiarę cierpienia namaluję jako perły. Więc Jego...

Patrzył we mnie czule bardzo....
"Jedna, wielka cenna Perła, o(d)słaniająca TO, co najcenniejsze. Wnętrze Twego Serca".
Patrzył a ja uśmiechnęłam się do Niego i szepnęłam:
"Dzięki za  natchnienie!"
"Otworzyłaś się na nie".
Zamyśliłam się...
"To Ty mnie otwierasz. Otwierasz jak wnętrze Swej Rany. I już nie pozwolę się zamknąć!"
Patrzył we mnie tkliwie...
"Piękna MOJA!"
"Mój najsłodszy, najcudowniejszy!"
Trwam przy JEGO Sercu...

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie czule bardzo... Ucałowałam Go i spytałam:
"Jak mogę Ci usłużyć?"
"Opowiedz Mi o szkicu, o obrazie tańca, Promyku".
"O obrazie? Przecież go znasz".
"To nic, opowiedz".
Uśmiechał się do mnie.
"No, skoro chcesz, ok".
Zaczęłam opowiadać.
"To właściwie dwa obrazy w jednym. Jeden to baletnica tańcząca na pięciolinie, Jest klucz wiolinowy, nuty. Perły, ofiara cierpienia (będą tańczyć po całym obrazie). Pięciolinia to jednocześnie droga do Ciebie, nie domalowałam jeszcze. Drugi obraz to Twoje Serce, i ja w Nim. Obok Rany,  która jest jednocześnie słońcem zaćmionym  zakrytym przez... Hostię...."
Patrzył we mnie promienny.
"Tańczę z Sercem i jestem w Nim. Tulisz mnie do Rany... Często mówisz, że mnie tulisz, więc namalowałam..."
"Teraz też Cię tulę, Promyczku!"
"Teraz też..."
Uśmiechał się do mnie, a ja do Niego...
IMG_20160701_144216

"Umiłowany mój!"
"Najmilsza Moja!"
Patrzył we mnie Swym spojrzeniem z Krzyża...
"Najcudniejszy mój... Tańczymy!"
"Tańczymy Promyczku."
Byłam zmęczona. Widział to.
"Odpocznij przy Mym Sercu".
Ucałowałam Go.
Odpoczywałam... w tańcu. Odpoczynek jest tańcem, a taniec odpoczynkiem.

"Wychodzi...." - szepnęłam do Ukochanego patrząc Mu w oczy. Patrzył we mnie promiennie. Uśmiechał się. Ja do Niego też.
"Wychodzi, Mój Promyku".
Co wychodzi? Obraz tańca, obraz naszej miłości,..
"Tancerka już jest. I nawet widać, że tańczy!"
"Dlaczego ma nie być widać?"
"Bo czasem namaluję tak topornie..."
Patrzył promiennie, ja też.
A obraz?
Tancerka tancząca na pięciolinii.. Na pięciolinii życia, która jest także drogą  do NIEGO. Nuty, perły, ofiara cierpienia.  A na górze On, Słońce. Myślę czy nie namalować Słońca zaćmionego, bo prawdziwie, w pełni świecącego zobaczę Go dopiero TAM... W każdym razie tańczę w Jego blasku.
Tak rozmyślając uśmiechałam się do Umiłowanego.
"Uwielbiam Twój uśmiech, Promyczku!"

Krótko, tańczę bardzo.

Siedziałam przed Ukochanym. Uśmiechnięta, choć zmęczona i tańcząca. Patrzył we mnie promiennie.
"Kochana Moja!"
"Kochany!"
"Tańczymy!"
"Tańczymy!"
Uśmiechałam się do Umiłowanego.
"Skończyłam obraz... Jutro zaczynam malować "Mój taniec". Trudny bardzo jest".
"Dasz radę, Mój Promyczku!"
"Z Tobą dam!"
Patrzyliśmy w siebie nawzajem. W miłości.

Nakarmiona Ciałem Umiłowanego i napojona Krwią Jego, wpatrywałam się w Jego Miłosierne oczy. Patrzył we mnie promiennie i jasno...
"Jestem z Tobą, Płomieniu. Żyję w Tobie".
Patrzyłam z uwielbieniem. Po chwili szepnęłam:
"Ja żyję dzięki Tobie... Jesteś moim Pokarmem, moim powietrzem, moim tlenem! Tobą oddycham!!!"
Patrzyliśmy w siebie nawzajem, w milczeniu. Zjednoczeni w Miłości.

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie swym spojrzeniem z Krzyża...
"Ukochany!"
"Perło Moja!"
"Przyszłam posiedzieć przy Tobie".
"Posiedź. Odpocznij, Promyku".
Patrzył we mnie tkliwie...
"Cierpisz bardzo, Mój Promyczku".
Kiwnęłam potakująco głową.
"Cier... - przerwałam szybko i uśmiechnęłam się do Ukochanego - Tańczę! Tańczę dla Ciebie i z TOBĄ!"
"Tak, Motylku, razem tańczymy!"
"Uwielbiam z Tobą tańczyć!" - szepnęłam.
Patrzył we mnie czuły, delikatny, łagodny... pokorny.
"Bądź uwielbiony w moim tańcu!!!"
"Jestem, Promyku!"

Motylek w ramionach Anioła, Umiłowanego pod Postacią Trzech Aniołów.
Patrzył we mnie promiennie bardzo... Uśmiechałam się do Niego.
"Jestem w Twoich Rękach. Maleńki motylek w  Rękach Potężnego, Wszechmocnego, Wielkiego Boga... Nie czuję się jednak przytłoczona, przygnieciona, osaczona Twoją Potęgą, Wielkością i Mocą. Przeciwnie!!! Jestem szczęśliwa, bezpieczna. Wolna!"
Patrzył czule bardzo.
"Tylko we Mnie jest prawdziwa wolność, Motylku!"
"Tak! Tylko w Tobie!
Patrzyliśmy w siebie nawzajem. Zanurzał mnie w Sobie...
"Jaka Ty piękna, Motylku!"
"Dzięki Tobie, Ukochany! Tylko dzięki Tobie!"
Ucałowałam Go.

Z reguły nic mi się nie śni. Ale jeśli już się śni, to DZIEJE SIĘ :) I dziś się działo!

Oczekiwaliśmy ważnego gościa, cała moja rodzina. Księdza po kolędzie. A było lato. Gość wszedł tylnymi drzwiami, tylnym wejściem. Wszyscy oczekiwali, że wejdzie przednim, oficjalnym wejściem. On wszedł tylnym. Zamieszanie. A przy tylnym wejściu siedziałam ja. Ksiądz wszedł, spojrzał na mnie, ja spojrzałam na niego. Oboje rozpromieniliśmy się. On uśmiechał (wyglądał nieziemsko...) się do mnie, ja do niego. Wiedziałam (choć nikt mi tego nie powiedział), że ma na imię Piotr.
Uśmiechnięty ksiądz pochylił się i szepnął mi do ucha:
- Prosiłaś, więc jestem!
"Ja prosiłam?! Kiedy i o co?!" - pomyślałam. Niestety nie zdążyłam spytać, bo rodzina "porwała" księdza i zaprosiła go do pokoju.
Trochę o wyglądzie ks. Piotra: szczupły, chudy, wręcz skóra i kości. Wiedziałam, że chorował ciężko, choroba go wycieńczyła. Ale gdy się uśmiechał wyglądał jak Anioł... Jak Anioł.
Siedzieliśmy potem wszyscy i ksiądz wypytywał każdego co słychać. Co chwilę jednak spoglądał na mnie i uśmiechał się do mnie promiennie. Anioł... Nabierałam przekonania, że jest tu specjalnie dla mnie. Sam mówił, że prosiłam...
- A Ty, Boży Płomieniu, jak sobie radzisz? - spytał mnie wciąż się promiennie uśmiechał.
- Dobrze! Ukochany mój jest ze mną. Czuwa nade...
Ksiądz pochylił się i szepnął mi do ucha:
- Wiem coś o tym
Nasze uśmiechy znów się spotkały. Nagle ksiądz Piotr zaczął znikać, stawał się przeźroczysty, coraz bardziej i bardziej... Aż znikł. Pozostał tylko jego uśmiech, który spoczął na mnie.
Wtedy się obudziłam.
Leżałam. Uśmiechnięta. Miałam pewność, że tego księdza kiedyś spotkałam. Ale gdzie i kiedy? Po dłuższej chwili, przypomniałam sobie, że kiedyś o nim czytałam. Chorował ciężko. Wiedział, że umiera, a jeszcze seminarium nie skończył. Biskup przyspieszył jego święcenia kapłańskie. Mógł odprawić Mszę Świętą. Niedługo potem zmarł.
Ale dlaczego do mnie przyszedł?? Mówił, że prosiłam... Myślałam intensywnie.
Wczoraj przed snem prosiłam Boga, żeby przysłał do mnie Anioła, który by mnie strzegł od zła. Przypomniałam sobie Anielski uśmiech ks Piotra. I już wiedziałam!

Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie czule bardzo...
"Dziękuję..."
Patrzył świetliście...
"Jesteś do niego podobna. Macie podobne uśmiechy!"
Uśmiechnęłam się do Ukochanego.
"Podobne serca"- dodał tkliwie.
Ucałowałam Go.

Wiele razy wyobrażałam sobie mojego Anioła Stróża. Od tej pory będzie On miał promiennie uśmiechniętą twarz Księdza Piotra.

O Księdzu Piotrze:
http://www.portalplock.pl/pl/334_inf/7251_nie_zyje_ksiadz_piotr_blonski.html
IMG_8308

Miałam nie pisać. Tańczę bardzo. Ale z Jego pomocą, spróbbuję.
Z góry przepraszam za błędy, literówjki. Nie mam siły poprawiać.

"Jestem z Tobą Mój Płomieniu!" - Ukochany patrzył we mniie Swym spojrzeniem z Krzyża... Uśmiechnęlam się do Niego.
"Tanczymy, Umiłowany mój!"
"Tańczyymy, Razem".
"Uwielbiam z Tobą Tanczyć!"
Patrzył we mniie tkliwie...
"I JA z Tobą uwielbiam, Płomieniu".
"Ty jestteś dla mnie Płomieniem, moim Światłem, moją Ppochodnią w tańcu".
"Ja Twoją, a Ty MOJĄ".
Ucałowaałam Umiłowanego.

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie inaczej niż zwykle. Zawsze patrzy inaczej. Ale dziś patrzył ogniście, płomiennie... Ten ogień... trawił moje serce. Pochłaniał je. Trawiła też mnie dojmująca tęsknota...
"Czynię Cię już nie Promyczkiem, ale Płomieniem. Moim Płomieniem Cię czynię. Pochodnią".
"Pochodnią??! Ja nędzny, wątły Promyczek..."
Patrzył cudnie uśmiechnięty.
"Płomieniem Cię czynię!"
Ucałowałam Go z uwielbieniem...

Za Kogo uważam Jezusa?  Kim On dla mnie jest?
Zbawiciel, Mesjasz, Król i Pan.
Umiłowany mój, Oblubieniec.
Potężny, najczulszy, najłagodniejszy, najpokorniejszy
Sprawiedliwy, Miłościwy, litościwy,
Cierpiący.
Moje Życie i moje Kochanie...

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie Swym spojrzeniem z Krzyża... Trwaliśmy tak złączeni w Miłości, cierpieniu i... uśmiechu.
Razem.
Serce przy sercu,
cierpienie przy Cierpieniu,
uśmiech przy uśmiechu. Złączeni...
Krzyż przy krzyżu.

Dziś znowu o obrazie :) Może wyglądać, że się chwalę. To Jego chwalę, Ukochanego, a nie siebie. Od Niego otrzymałam dar, talent. I Jego chwalę!
Mamę odwiedziła koleżanka.
-Chodź, zobacz co Monika maluje - powiedziała do niej mama.
Przyszły do mnie obie. Pani nachyliła się nad płótnem. Jej twarz rozpromieniła się.
-Nooo, pięknie!
- A wiesz co to jest? - spytała mama koleżankę.
-Nie... Co? - pani wyglądała na zaciekawioną.
- Motyl to Monika, a Anioły to Pan Bóg.
-Aaa! - twarz pani rozpromieniła się jeszcze bardziej - Ciekawy pomysł, bardzo! I jaki kolorowy!
Potem nastąpiły "ochy" i "achy" pod moim adresem. Ja przytłoczona tym wszystkim, dziękowałam i uśmiechałam się.
Zmęczona byłam, malowałam dzisiaj długo /ok 4 godzin/. I zmęczona byłam...

Wpatrywałam się w Ukochanego. Czule bardzo we mnie patrzył...
"Przyszłam....."
"Odpocznij, Motylku. Przy Mym Sercu odpocznij!"
Ucałowałam Go i odpoczywałam w Nim. Bezpieczna i bardzo szczęśliwa w Jego ręku.  Przy Jego Sercu.

Wczorajsza popołudniowa rozmowa z mamą. Akurat grałam w "Sherlocka Holmesa"  (lubię rozwiązywać zagadki detektywistyczne :) ). Mama przyjechała, wstała z wózka i nachyliła się nad obrazem. Chciała go zobaczyć.
-Cudo robisz! Cudo!
-Dzięki! - uśmiechnęłam tajemniczo do mamy i dodałam:
-Jak skończę to powiem ci Kto to  i co znaczy to co namalowałam.
-Jak skończysz? Dlaczego nie teraz?
-Bo chciałabym, żebyś zobaczyła cały obraz.
-Ahaaa... - mama posmutniała.
-No dobra! -roześmiałam się- już powoli kończę. Ci Aniołowie to Pan Bóg a ten motylek to...ja.
Mama uśmiechnęła się promiennie. Wodziła palcem po obrazie.
- Motylek to ty, a Aniołowie to Bóg.... -  powtórzyła. A po chwili dodała:
-Wiesz... to jeden z najpiękniejszych twoich obrazów...
- Dziękuję! ON mi pomaga!
- A pewnie. ON cię prowadzi!

Dziś siedziałam na dworze, przy stoliku pod parasolką. Przede mną leżała Biblia, a ja wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył czule i promiennie bardzo. Czułam się jak motylek w Jego ręku... Na Jego dłoni...
"Pięknie tu... dobrze".
"Dobrze, Promyczku".
"Z TOBĄ wszędzie dobrze. Ty dla mnie najważniejszy jesteś, Jezu".
"A Ty dla Mnie, Motylku".
Pomyślałam o obrazie...
"Wiesz... Namaluję trzy dłonie Aniołom. Tobie!"
"Namaluj!"
"Jedną mnie trzymasz, drugą ochraniasz a trzecią podtrzymujesz!"
Uśmiechał się do mnie promiennie... Ucałowałam Go.

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. W Jego Miłosierny Wizerunek. Ukochany patrzył we mnie czule... bardzo, bardzo czule... Patrzył mi prosto w... serce.
"Jesteś bardzo dzielną kobietą, niewiastą, Mój Promyczku. Dzielną i odważną!"
Ucałowałam Go.
"To tylko dzięki  Tobie, Ukochany. Kiedyś nie odważyłabym się... TY mnie otworzyłeś!"
"A Ty pozwoliłaś Mi się otworzyć!"
"Trudno było nie pozwolić się otworzyć na TAKĄ Miłość!"
Znów Go ucałowałam.
"Bądź uwielbiony w mojej chorobie!
Bądź uwielbiony w moim kalectwie!
Bądź uwielbiony w moim cierpieniu!
Bądź uwielbiony w mojej niemocy!
Bądź uwielbiony w mojej słabości!
Bądź uwielbiony!!!!"
Patrzył we mnie przecudnie uśmiechnięty.
"Należysz do MNIE! Tyś MOJA!"
"Całkowicie!!!"

Jeździłam moim wózkiem elektrycznym po podwórku i śpiewałam:

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego...
"Ukochany!"
"Perło Moja!"
"Przyszłam pobyć z Tobą",
"Jesteś zawsze ze Mną!"
Uśmiechnęłam się do Niego i ucałowałam Go.
Patrzył we mnie świetliście, jasno, promiennie. Byłam w Jego Świetle. Pisząc to, mam na myśli, że Jego Światło zalewało moją dusze, serce, twarz... Byłam w Jego Świetle. Często. Nie tylko wtedy gdy wpatrywałam się w Pana Jezusa, ale gdy robiłam różne inne rzeczy. Żyłam w Nim wręcz. W Jego Świetle.  A jednocześnie... w okół mnie panowała ciemność. Ciemność nieprzenikniona... Coraz częściej to zauważałam, doświadczałam. Nie rozumiałam tego... ale tego doświadczałam.
"Jesteś Moim światłem, Moim Promykiem, tak?"
"No tak, jestem".
Patrzył we mnie uśmiechając się przecudnie.
"Światłość w ciemności świeci, Płomyku. Tylko w ciemności świeci!"
Patrzyłam zachwycona... Byłam w Jego Świetle.

Obudziłam się w nocy, obróciłam na drugi bok. I leżałam uśmiechając się do Ukochanego.
"Panie Jezu, teraz ja chcę Ci coś ważnego powiedzieć!"
"Co takiego, Mój Promyczku?"- szepnął do mego serca, a w Jego głosie było słychać uśmiech.
"Kocham Ciebie!"
W jednej chwili znalazłam się przy Nim w Tabernakulum. Byłam z Nim. Tulił mnie do Swego Serca... A ja pomyślałam o małym motylku z obrazu, który teraz maluję /a jednocześnie o sobie bo ten motylek to ja/.
"Ten motylek taki płochliwy... A Ciebie, takiego potężnego, wielkiego się nie boi".
"Oswoiłem Cię Motylku".
"Prawda!" - uśmiechałam się do Niego.
"Pozwoliłaś Mi!"
"Tak!
Po chwili szepnęłam:
"Miłością mnie oswoiłeś! Miłością!"
Zatapiał mnie w Sobie, a ja pomyślałam, że jestem gotowa pozwolić MU na wszystko. Oswojona Jego MIŁOŚCIĄ.

Wpatrywałam się w Ukochanego, a On patrzył we mnie... Czule bardzo i promiennie.
"Ukochany!"'
"Perło Moja!"
"Jestem!"
Uśmiechnął się do mnie.
"Od rana ze Mną jesteś, Mój Promyku".
"Tak..." - uśmiechnęłam się nieśmiało, cała szczęśliwa...
Rano, obudziłam się i jak zwykle układałam bukiety MAMIE. Kiedy wypowiadałam Imię Jezus, robiło mi się dziwnie na sercu... Tak, określenie "dziwnie" jest w tym wypadku dobre. innego nie znajduję. Chyba, że słodko...
"Tyś Moja! Tyś Moja!" - usłyszałam w głębi serca.
"Twoja! Tyś mój!"
Nagle zobaczyłam Tabernakulum, otwarte.
"Chodź do Mnie, Promyku!"
Bardzo pragnęłam iść do Umiłowanego... ale...
"Jak??"
Wtedy poczułam, że robię się coraz mniejsza i mniejsza. Taka malutka, że po chwili znalazłam się przy Ukochanym.... Wiem, że zawsze adorują Go Aniołowie, ale... chciał mnie... Więc trwałam w Nim, z Nim, przy Nim. A On zanurzał mnie w Sobie...
Patrzył teraz promienny, świetlisty.
"Chcesz wejść, Promyczku?" - zapytał tkliwie.
"Tak!:
Znów byłam w Nim, w Umiłowanym... Pragnę w Nim się rozpłynąć, zniknąć.

Wpatrywałam się w Ukochanego mojego. Jezus patrzył we mnie z ogromną miłością, czułością i tkliwością jednocześnie. A ja uśmiechałam się do Niego. Milczeliśmy. Czy na pewno milczeliśmy?
Dziś rano przy układaniu bukietów Madonnie, oczami duszy / wiary zobaczyłam pewien obraz. Bardzo piękny... :)
Zobaczyłam Ojca, a siebie jako małego bobasa, dziecka które dopiero co nauczyło się chodzić. Dzieciątko nieporadnie wyciągnęło rączki do Ojca. Wysoko, wysoko, jak potrafiło z wielką ufnością. Ojciec pochylił się nad dzieckiem, uśmiechnął się do niego promiennie i wziął je na ręce. I... zaczął się nim cieszyć!  Radować! Podrzucać je do góry. Śmiejąc się przy tym radośnie. Dziecko uszczęśliwione też śmiało się cieniutko, dźwięcznie, perliście. Potem zaczęli wesoło tańczyć! W końcu szczęśliwy Ojciec zaczął tulić dziecko do swego policzka, a ono szeptało Mu do ucha ! "Kocham Cię! Kocham Cię!"  Ojciec tulił dziecko i szeptał : "i JA Ciebie, Moja Perełko!"
Teraz kiedy wpatrywałam się w Ukochanego, obraz wrócił. A raczej powtórzył się. Byłam małym dzieckiem w Jego rękach. On cieszył się mną! Radował się. Tańczył ze mną! Tulił. A ja szeptałam: "Kocham Cię! Kocham Cię!"
Ukochany tulił mnie do Siebie i szeptał:
"I JA Ciebie, Moja Perełko!"

Nie bardzo mam siły do pisania, ale troszkę spróbuję.

Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie świetliście, jasno i czule bardzo...
"Umiłowany mój! Skarbie mój!"
"Promyczku Mój!"
Uśmiechnęłam się i ucałowałam Go.
"Tańczysz, ofiarujesz cierpienie, Promyku."
"Objawi się przez to Moja chwała!"
Dziękowałam...

Ten, kto regularnie czyta bloga, wie, że duchowo należę do zakonu Karmelitanek Misjonarek. Od marca 2014 r. Pisałam z s. Zofią na FB. Na początku kontaktowałyśmy się regularnie. Siostra Zosia opowiadała mi o zakonie, poznałam imiona wszystkich Sióstr w Domu. Siostra wysyłała mi intencje, ja wysyłałam Siostrom swoje. I tak wspólnie się modliłyśmy. Naprawdę czułam, że należę do zakonu. Potem niestety nagle kontakt został przerwany  przez FB. Zamknął profil Karmelitanek.
Nie pisałyśmy do siebie długo. Ja jednak modliłam cały czas za moje Siostry i wiele razy chciałam do Sióstr napisać... Znalazłam nawet adres mailowy na ich stronie internetowej. Nie miałam jednak siły.... Coraz słabsza fizycznie jestem. Oddałam to Ukochanemu... jeśli rzeczywiście należę do zakonu ,, to ON to załatwi, znajdzie sposób....
A tu nagle jakaś :) Zofia wczoraj zaprosiła mnie do grona znajomych. Jako osoba "cywilna", świecka, imię i nazwisko. Przyjęłam zaproszenie. Siostrę Zofię znałam tylko z imienia, ale coś mi mówiło, że... :)
Postanowiłam spytać i upewnić się:

  • Monika 

    Przepraszam, czy może mam przyjemność, radość z Siostrą Zosią, Karmelitanką?  :)
    Zofia
    Tak zgadza się! Trochę zamieszania było z naszą strona na FB i musiałyśmy zmienić i utraciłyśmy kontakt"ale na szczęście ten wirtualny", bo duchowy byl zachowany... no i tak odnalazłyśmy się! i nasza strona tez powstaje na FB... wyslałam zaproszenie! :)

  • Monika

    Jak BARDZO SIĘ CIESZĘ!!!!!!  :) :) :)
    Wiele razy chciałam do Sióstr napisać... Znalazłam nawet adres mailowy na Waszej stronie internetowej. Nie miałam jednak siły.... Coraz słabszya fizycznie jestem. A tu nagle jakaś :) Zofia do mnie napisała. A, że z Zoś znam tylko Siostrę, kiedy dostałam zaproszenie do znajomych pomyślałam że to Siostra. Nie byłam jednak pewna,. O postanowiłam spytać :) Bardzo się cieszę i dziękuję bardzo!!!

  • Zofia 

    Ogarniamy modlitwą! Z ufnością polecamy Cię Panu, który dokonuje wielkich dzieł! :) Szczęść Boże!
    Monika
    Bóg zapłać Siostro Zosiu! :) Szczęść Boże!

    Wpatrywałam się w Ukochanego. Dziękowałam... Jak bardzo się cieszyłam! Patrzył we mnie promiennie..
    "Należysz do Mnie, jak one, Promyku!"
    Ucałowałam Go.

Obudziłam się po północy. Całe moje wnętrze śpiewało... Ja jednak jakoś nie zwracałam na to uwagi. Rosło we mnie przekonanie, potem wręcz pewność, że Ukochany, skoro mnie o tej porze obudził, to ma dla mnie jakąś ważną wiadomość, że chce mi coś powiedzieć. Całe moje wnętrze śpiewało... Sprawdziłam czy w komórce są jakieś wiadomości- nie było. Zwykle jak miałam taką pewność, była jakaś ważna wiadomość, teraz nie było. Wyłączyłam i odłożyłam telefon.
Leżałam i uśmiechałam się do Ukochanego. Całe moje wnętrze śpiewało...
"Co chcesz mi powiedzieć, Umiłowany?"
"Kocham Cię, Mój Promyczku!"
Uśmiechałam się do Niego, od ucha do ucha. Całe moje wnętrze śpiewało... Głośniej i głośniej. I głośniej!
"Wznieś głos, wznieś głos! JEGO Miłość przetrwa wieki! JEGO Miłość przetrwa wieki! JEGO Miłość przetrwa wieki!"
Tak śpiewało całe moje wnętrze... uwielbiając JEGO Miłość do mnie.

Wpatrując się w Ukochanego, mówiłam, że dobrze mi z Nim.
"I Mi z Tobą dobrze, Perełko!"
Uśmiechał się do mnie Swoim przecudnym uśmiechem. A po chwili dodał:
"Jesteś Mą radością, Promyku!"

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego, zachwycona. I wciąż jeszcze zdumiona po wczorajszym zdarzeniu. Jezus patrzył we mnie pełen blasku, świetlisty i promienny.
Uśmiechałam się do Niego, a On do mnie. I tak razem trwaliśmy dłuższą chwilę.
"W szoku byłam.... kiedy..."
Uśmiechał, się do mnie tak pięknie, że słów mi brakuje, żeby ten uśmiech opisać...
"Znów mnie wysłuchałeś!"
"Ja Cię zawsze wysłuchuję, Promyczku!"
Ucałowałam Go dziękując Mu.
(Wybaczcie, nie będę opisywać o co chodzi. To dotyczy mnie i moich Duchowych Dzieci i jest bardzo osobiste. Napiszę tylko, że stało się coś co uważałam za niemożliwe. A jednocześnie bardzo tego chciałam. Zostawiłam to Ukochanemu).
"Chciałaś to masz!"
"Łatwo Ci powiedzieć!" - roześmiałam się serdecznie uświadamiając sobie, że Jemu naprawdę łatwo powiedzieć.
Patrzył we mnie rozpromieniony.
"Masz pozdrowienia od swojej Córeczki!"
Zaskoczenie. Pozdrowienia zza światów...
"Dziękuję! I Ją pozdrów! Tam, w Niebie!"
Patrzył czule bardzo, i jaśniał jeszcze bardziej... byłam w  Jego świetle.
"Jesteś, Promyczku. dla Mnie najważniejsza!"
"I Ty dla mnie!"
Trwaliśmy w Miłości...

"Ukochany!"- szepnęłam całując Umiłowanego mojego.
"Perełko Moja najmilsza!"
Patrzył we mnie świetliście, promiennie... i czule bardzo.
"Umiłowany mój!"
"Piękna Moja, Moja cudna!"
"Przecudny mój!"
Zanurzał mnie w Sobie, zatapiał... ginęłam w Nim...
"Tańczysz, Promyku".
"Tak".
Uśmiechnął się do mnie tkliwie.
"Czeka Cię za to nagroda".
Posmutniałam...
:Ja nie dla nagrody, wiesz przecież.. Ja dla Ciebie, z miłości".
Promieniał.
"JA będę Twoją Nagrodą!"
Rozpromieniłam się.
"Już jesteś, Ukochany . szeptałam całując Go - już Nią jesteś!"
Patrzył we mnie, głęboko w oczy mi patrzył... prosto w serce...
"I to jest właśnie mistyka, kochany Promyczku".
Trwałam zachwycona...

5 Comments

"Najświętsze Serce Jezusa, bądź pochwalone!
bądź pozdrowione!
bądź uwielbione!"
Patrzył cichy i pokorny we mnie. Czule bardzo patrzył...
"Moje Serce bije w Tobie, Promyczku!"
Tak.... Przed chwilą przyjęłam Go, Komunię Świętą.  A teraz trwałam w dziękczynieniu i uwielbieniu.
"Moje Serce bije w Tobie, Promyczku!" - powtórzył tkliwie.
"Serce Jezusa zmiłuj się nade mną!"
Patrzył... A ja uświadomiłam sobie, że właśnie przychodząc do mojego małego biednego serca okazał mi zmiłowanie. Właśnie teraz...
Trwałam w uwielbieniu.
Ukochany uniżył się, pochylił nade mną. A ja choć kolan zgiąć nie mogłam, pochyliłam przed Nim swoje serce. I tak trwaliśmy, w pochyleniu.

4 Comments

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie Swym spojrzeniem z Krzyża... Czule, bardzo czule..
"Ukochany! Najdroższy mój!"
"Promyczku!"
Ucałowałam Go.
"Wysłuchałem Twojej prośby".
Rano prosiłam Go, żeby być Jego światłem dla innych, żeby patrzeć na innych Jego oczami, z zachwytem. Żeby być miłością, Jego Miłością.
"Wiem... Dziękuję Ci, bardzo dziękuję!!!"
Zobaczyłam, że jest zmęczony bardzo...
"Ukochany, odpocznij we mnie, proszę!"
Patrzył we mnie. Zmęczenie nagle znikło z Jego twarzy.
"Perełko Moja, Ja zawsze jestem w Tobie. Odpoczywam w Twym sercu".
Dziękowałam..

6 Comments

Ucałowałam Umiłowanego mojego. Bardzo świetlisty, promienny, patrzył we mnie. Z zachwytem... Uśmiechałam się do Niego.
"Malowałam, trochę. Obraz wyłania się... powoli. Jakoś nie bardzo mi..."
"A Mnie się podoba!"
Patrzył mi w oczy... i miałam wrażenie, że wcale nie mówił o obrazie, który maluję...
Spojrzałam w okno.
"Wiesz, pogoda pod psem. Ciemno, pochmurno, smutno, pada.  A we mnie radość, szczęście, światło! Życie!"
"Moje Życie".
"A pewnie, że Twoje!"
Uśmiechałam się do Niego. Po chwili spojrzałam na obraz:
"Ten motyl taki mały, niepozorny, a ci Aniołowie patrzą na niego z zachwytem"
"Jaka Ty piękna!"
"Roześmiałam się serdecznie.
"Ja o obrazie, a Ty...!"
On patrzył...
"Ten motyl, to Promyku, Twoja dusza, tak?"
"Tak".
"Piękna jest!"
"To przez Ciebie, Ukochany! Dzięki Tobie. Tak! Przez Ciebie!"
Patrzył zachwycony. I w Niego, biedny, mały, niepozorny motylek...

3 Comments

Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie promiennie i czule... bardzo czule...
"Przepraszam Ukochany, wczoraj nie opisałam naszej rozmowy. Zmęczona byłam".
Uśmiechnął się do mnie.
"Nic się nie stało, Promyczku. Po prostu napisz, że przybyło Ci dwoje Duchowych Dzieci. Ja wiem, Ty wiesz..."
"I mój Synek wie - dodałam szybko - wysłuchałeś Go..."
Ucałowałam Ukochanego.
Uśmiechał się do mnie tkliwie.
Patrzyłam. Widział, że jestem zmęczona.
"Odpocznij. przy Mnie, Promyczku".
"Dobrze. Dziękuję!"
Odpoczywałam...

6 Comments

Malowałam. Popatrzyłam na telefon. Wiadomość od ks Radka, mojego Duchowego Synka. Otworzyłam, przeczytałam... Oparłam się o oparcie wózka i  westchnęłam. Takie wiadomości zawsze przychodzą za wcześnie... Wiadomość mówiła o śmierci, o Odejściu do PANA mojej Duchowej Córeczki. Co  prawda spodziewałam się jej /wiadomości/, ale... za wcześnie. Po ludzku, oczywiście.
Córeczki nigdy nie widziałam, nie znałam, nie rozmawiałam z Nią. A jednak była mi bliska.
Jakiś czas temu ks Radek prosił mnie o modlitwę za Nią. Była bardzo ciężko chora, terminalnie. Modliłam się za Nią, prosiłam moje Duchowe Dzieci o modlitwę. Ks Radek przygotował Ją na Odejście. Co tydzień odwiedzał Ją na oddziale paliatywnym, a ja razem z Nim. Kiedy On Ją odwiedzał, ja układałam bukiety Madonnie, a kiedy wracał, opowiadał mi... Także czułam się jakbym tam z Nimi była.
"Głęboko wierzę, że jest w Niebie"- napisał Ks Radek. Ja też w to wierzę, jestem o tym przekonana.
Ks. Piotr Pawlukiewicz powiedział kiedyś o zmarłych:
"To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni Żyją, a my umieramy".
Moja Duchowa Córeczka Żyje!

6 Comments

Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzył we mnie promiennie. Patrzyłam w Niego uśmiechnięta.
"Ukochany!"
"Najmilsza!"
Uśmiechał się do mnie a ja do Niego.
"Jak mogę Ci dziś usłużyć, Ukochany?"
"Uśmiechaj się do MNIE. często, tak promiennie jak teraz".
"Dobrze".
Patrzył... i ja patrzyłam.
"Tańczysz bardzo, Promyczku".
"Tańczę, wiesz dlaczego".
"Wiem, i Ja jestem z Tobą!""
"Ufam Ci!"
"Nie zawiedziesz się  Mój Promyku!"
Patrzył. Z Miłością.