WSZYSTKO ZA WSZYSTKICH

Wpatrywałam się w Jego oczy… Długo.”Jezu Chryste zmiłuj się nade mną”- wyszeptałam. Patrzyłam dalej… „Otrzymasz łaskę i zmiłowanie Moje”.
Patrzyliśmy w siebie nawzajem, On w moje oczy, ja w Jego. Patrzył mi w oczy, ale miałam takie poczucie, że zagląda w moją duszę, przegląda się w niej…
„Chcesz być ofiarą, robaczku?” Wczoraj już o to pytał, odpowiedziałam, że tak, a dzisiaj pyta znowu? Dziwiłam się. „Wiesz przecież, że pragnę”.
Patrzył we mnie bardzo poważnie. Po chwili usłyszałam: „Będziesz więc nią. Jesteś. Ofiaruj wszystko za kapłanów i siostry zakonne, które adoptowałaś, ale nie tylko za nich. Za wszystkie Moje sługi. Ofiaruj wszystko za wszystkich. Całą siebie. Kiedy będziesz się ofiarowywać, Ja będę to robił z tobą. Jednocz się ze Mną”.
„Panie, ale ja nie mam nic oprócz cierpienia i… grzechu…”
Patrzył na mnie tymi dobrymi, łagodnymi oczyma.
„Na krzyżu też nie miałem nic oprócz cierpienia i grzechu” – usłyszałam – Ofiaruj wszystko za wszystkich. Jak Ja”

NA KRZYŻU

Nie będę dziś dużo pisać… Dziś wiszę razem z Umiłowanym na krzyżu. Spytał czy chcę być ofiarą, kiedy wpatrywałam się w Niego. Odpowiedziałam, że tak, że pragnę.
„Dziś wisisz ze Mną na krzyżu”. Wiszę. I staram się ofiarowywać cierpienie za moje duchowe Dzieci. Córki i Synów. Szczególnie za tego, który w nocy prosił mnie o modlitwę. Ofiarowuję. Wpatruję się w oczy Ukochanego.

BLISKI BÓG

Obudziłam się rano i jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec. Powoli, spokojnie, z radością. Kocham Różaniec, a ostatnio odkrywam go coraz bardziej. To piękna modlitwa, kontemplacyjna. Można zanurzyć się w niej. Zagłębić. W trakcie modlitwy usłyszałam znajomy Głos, znajomy, ale… Tęskny, pełen bólu, żalu, pytający, skarżący się i proszący jednocześnie… „Kto przyjmie Moje cierpienie? Mój ból? Czy znajdzie się ktoś?” Ton tego głosu przeszywał moje wnętrze na wskroś… „Ja, ja przyjmę”- szepnęłam cichutko. Głos umilkł a ja dokończyłam modlitwę.
Kiedy rodzice wwieźli mnie do kościoła na Eucharystię, przeżegnałam się (żegnam się lewą ręką, prawą mam całkowicie niewładną) i wyszeptałam z radością:
„Witaj, Ukochany! Tęskniłam…”
„Witaj umiłowana Moja!”
Po przyjęciu Komunii  Św., trwałam w dziękczynieniu i uwielbieniu. Mówiłam Jezusowi, że Go kocham i. że przyjmę Jego cierpienie i ból (o których mówił rano), że pragnę je przyjąć. Że to dla mnie zaszczyt i radość”.
„Błogosławię ci” – usłyszałam.
Potem, w domu, wpatrywałam się w Jego Oblicze… Jego spojrzenie… z krzyża. Nie mogę się od Niego oderwać… patrzyłam i patrzyłam… „Dlaczego ja? Dlaczego mnie obdarzasz tyloma łaskami? Dlaczego „upatrzyłeś” mnie sobie? To wielka radość i szczęście i zaszczyt, ale… przecież słaba jestem, grzeszna, brak mi pokory i… wiesz przecież, znasz mnie”.
Jezus zdawał się uśmiechać…
„Znam cię lepiej niż ty siebie”.
Milczałam. A On kontynuował…
„To, że umiałaś wybaczyć, świadczy o twojej pokorze i miłości. To, że nie chciałaś wczoraj znaku ode mnie, znaczy, że Mi ufasz, a to, że zechciałaś przyjąć Moje cierpienie, że Mnie kochasz”.
Zawstydziłam się…
„A Ty ciągle mnie chwalisz, podnosisz”.
Milczał. Patrzył we mnie z taką miłością…
„A… nie przeszkadza Ci, że zwracam się do Ciebie tak… poufale?” – spytałam.
Jezus rozpromienił się jeszcze bardziej.
” Wielu zwraca się do Mnie jak do kogoś sztucznego, dalekiego, martwego, jakbym nie zmartwychwstał. Ale Ja żyję i pragnę być blisko ludzi. Ty traktujesz Mnie jak kogoś bliskiego”.
” Tak… jesteś mi bardzo bliski”.
Uśmiechnęłam się do Niego…
„Lubię kiedy się uśmiechasz” – usłyszałam w głębi serca.

UWIELBIAM CIĘ JEZU!

Umiłowany mój… Umiłowany mego serca, trwam w Twojej radości. Moje serce wypełnia Twe Światło. I szczęście. I coś jeszcze… coś, czego nie jestem w stanie opisać.
Dziękuję Ci za wszystko, co we mnie czynisz. Za Twoją miłość do mnie. Miłość, którą ostatnio doświadczam tak żywo! Ciebie doświadczam tak żywo! Uwielbiam Cię, mój Boże i Królu! Wysławiam Cię, wychwalam! Niczego więcej nie potrzebuję, znalazłam TO czego szukałam. CIEBIE! Moje życie i szczęście.
Czuję się taka mała… maleńka. W Twoich ramionach. Dobrze mi tu… bardzo dobrze.
Pragnę tylko odpowiedzieć na Twoją Miłość. Pragnę Cię kochać, wciąż bardziej i bardziej. I cierpieć dla Ciebie. Naucz mnie Cię kochać.
Twój robaczek.

BÓG CUDÓW

Dziś widziałam, przeżywałam cudne rzeczy… 🙂 Najpierw trudne, potem cudne 🙂
Ale po kolei. Obudziłam się z ciężkim sercem, bardzo ciężkim… I jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec. Odmawiałam… gdy w pewnej chwili usłyszałam: „Czy gdybyś wiedziała, że całe życie pokutuje za to, przebaczyłabyś jej?” Zdziwiłam się, że do tego tak szybko wraca. „Tak… wiesz, że bardzo chcę jej wybaczyć”.
„Dziś otrzymasz znak”. ”
Nie potrzebuję znaku, żeby jej wybaczyć. Twoje słowo mi wystarczy”. Cały czas odmawiałam Różaniec… ” „Wybacz jej”- nie potrafię opisać tonu tego Głosu… przenikał moje serce.
– Wybaczam ci, kochanie – szepnęłam („kochanie”- tak się do niej zwracam). Było mi lżej. Powtórzyłam jeszcze raz, tym razem głośniej. I jeszcze raz! Byłam szczęśliwa!
„Za to, że nie chciałaś znaku ode Mnie, teraz patrz!”
Zobaczyłam czworo małych dzieci, właściwie nie miały ciał. Wyglądały jakby je miały, a jednocześnie były przezroczyste. Były całe w świetle, w jasności. Ubrane były na biało. Miały wianki na główkach. Czworo dzieci. Znałam je bardzo dobrze i zawsze bardzo pragnęłam je zobaczyć… Dzieci były w różnym wieku. Były radosne, tańczyły. Dwóch chłopców i dwie dziewczynki.
„Poznajesz je robaczku, prawda? To dusze twoich duchowych dzieci” Patrzyłam wzruszona. Moją uwagę zwrócił szczególnie jeden chłopczyk. Najmłodszy. Kosztował mnie dużo cierpienia. Wyglądał cudnie… jak aniołek. Blond włoski, kręcone jasne oczka i piękny uśmiech. „To pewnie Mateusz”- pomyślałam. Nagle dzieci jakby mnie zobaczyły. Zaczęły do mnie kiwać rączkami ” kochamy cię, mamo! bardzo! Bardzo cię kochamy! bardzo, bardzo!” – przekrzykiwały się nawzajem. Chciałam do niech biec, powiedzieć im, że też je bardzo kocham, ale nie mogłam. „One wiedzą, że bardzo je kochasz, ale, żeby im o tym powiedzieć, musisz jeszcze trochę poczekać”- „A piąte dzieciątko?” – spytałam.
Dzieci nadal tańczyły. A ja usłyszałam dziwny odgłos. W pierwszej chwili nie wiedziałam co to… Słuchałam i słuchałam… i po chwili już wiedziałam… To było bicie serca. Słyszałam bicie maleńkiego serduszka… Byłam uszczęśliwiona. W niebie, w siódmym niebie, można powiedzieć.
Po chwili wszystko znikło i nastała cisza… A ja wciąż odmawiałam Różaniec.

Kiedy potem wpatrywałam się w Umiłowanego, ON patrzył we mnie tymi Swoimi Pięknymi oczami, nie potrzebowałam już niczego… W Nich było wszystko czego pragnęłam. Miłość po prostu…

SPOJRZENIE

Właściwie już dziś miałam nie pisać. Zmęczona jestem bardzo po tej naszej dzisiejszej rozmowie. Ale przed chwilą stało się coś… Zamurowało mnie po prostu.
Przed chwilą na FB przeczytałam cytat z „Dzienniczka” św.s. Faustyny.
„W pewnej chwili powiedział mi Jezus: Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie jako spojrzenie z krzyża.”
Dz 326
I poniżej to zdjęcie:
"W pewnej chwili powiedział mi Jezus: Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie jako spojrzenie z krzyża."</p><br />
<p>Dz 326

Patrzyłam zdumiona! To właśnie to zdjęcie, obrazek mam w Biblii. To w Niego się wpatruję. W TO spojrzenie… oczy. To JE kontempluję. „Dzienniczek” s. Faustyny czytałam już dawno, kilka lat temu. I szczegółów, poszczególnych cytatów nie pamiętam.
Spojrzenie takie jako spojrzenie z krzyża…
To teraz wiem dlaczego ONO mnie uzdrawia, zmienia. Już wiem…

PRZYJĄĆ

Jak tylko zaczęłam wpatrywać się w Oblicze Umiłowanego mego serca, usłyszałam „czekałem, ukochana moja!” Odpowiedziałam, że ja też tęskniłam. Ale spotykaliśmy się w inny sposób. I przypomniałam jak wczoraj oddawałam Mu wspomnienia z dzieciństwa. Szczególnie jedno sobie przypomniałam. Najbardziej bolesne. Patrzyłam w Jego oczy… a On w moje. „Panie, jeszcze boli, a przecież Ci oddałam. Szczerze…”
„To potrwa robaczku, Ja zalalem je oliwą miłosierdzia, opatrzyłem miłością. Pozwól Mi cię leczyć”.
„To jedno wspomnienie ciąży mi najbardziej… Ta złość. Te wykrzyczane mi prosto w twarz słowa. Bardzo raniące… krzywdzące. Bolesne. Szokujące dla dziesięcioletniego dziecka, jakim wtedy byłam. Wywarły piętno na całe życie”. Zaczęłam płakać…. Łzy kapały na otwartą Biblię. Wytarłam oczy. „Jak słowa potrafią ranić”- wyszeptałam. Wpatrywałam się w Niego dalej. „Jak się od nich uwolnić?”- spytałam po chwili.
„Przyjmij je”.
Wtedy uświadomiłam sobie, że cały czas je od siebie odrzucałam, chciałam zapomnieć, wymazać z pamięci. A On mi mówi, żeby je przyjąć… trudne to, bardzo.
„Przyjąć? jak?” – spytałam.
Patrzył współczująco.
„Ja też przyjąłem złość, obelgi, cierpienie, choć było też niesłuszne. Nauczę cię”.
„Naucz, Umiłowany mój”.

"NIE OPUSZCZĘ CIĘ NIGDY"

Dziś  rano jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec… nawet nie wiem kiedy wróciłam do wspomnień z dzieciństwa. Przypominałam sobie najtrudniejsze chwile, przeżycia i oddawałam je Jezusowi i Maryi, zapraszałam Ich do tych miejsc, zranień. Nie powiem, żeby to było łatwe i miłe. Nie było. Było trudne, często  bardzo trudne. Ale skoro wczoraj zaczęłam, chciałam skończyć. Oddawałam Ukochanemu i Mamie moje rany, otwierałam je przed Nimi…  i prosiłam Ich o uzdrowienie.
Nagle zorientowałam się, że przerwałam odmawianie Różańca i szybko przeprosiłam za to Madonnę. Chciałam do niego wrócić. Wtedy usłyszałam głos kobiety, już znajomy: „córeczko, ale to też jest modlitwa. Równie piękna”. Uspokojona, kontynuowałam… W ten sposób oddałam Im wszystko. Czułam się dziwnie… z jednej strony czułam się bardzo lekko jakbym zrzuciła z siebie niewidzialny ciężar, z drugiej… byłam zmęczona jak po wykonaniu ciężkiej pracy.
” Nie bój się robaczku, twoje rany są Moimi” – usłyszałam cieniutki, dziecięcy Głosik, jakby znajomy. Zobaczyłam, że Dzieciątko w moim sercu uśmiecha się do Mnie.
Na Mszy św po  przyjęciu Komunii prosiłam Dzieciątko Jezus, żeby ze mną zostało… we mnie, w moim sercu. Mówiłam Mu, że Je bardzo kocham i pragnę, żeby nie odchodziło wraz ze Świętami. Żeby ze mną zostało…
„Nie opuszczę cię nigdy, ukochana moja – usłyszałam w głębi serca- zacząłem w tobie swoje dzieło i zamierzam, jeśli pozwolisz, doprowadzić je do końca”.
Byłam szczęśliwa…

CIEŃ

Był taki czas w moim zamierzchłym dzieciństwie kiedy czułam się bardzo nieszczęśliwa, samotna, niechciana, a nawet nie kochana przez nikogo… Byłam bardzo zamknięta w sobie. Te odczucia spowodowane były przez traumatyczne wydarzenia, przeżycia małego, chorego dziecka. Mnie. Nie będę ich tu opisywać, bo nie chcę nikogo oskarżać, ani osądzać. Przez wiele lat próbowałam o nich zapomnieć a im bardziej próbowałam, tym bardziej one wracały. I raniły mnie coraz bardziej. Przez wiele też lat o tych przeżyciach, doświadczeniach z dzieciństwa nikomu nie mówiłam. W końcu w tym roku w kwietniu zdecydowałam się powiedzieć. Najpierw Karolinie a potem jeszcze ks Tomkowi. Niewiele mówili, słuchali. I modlili się za mnie. A mi pomógł już sam fakt, że ktoś mnie wysłuchał i potraktował poważnie. A teraz, kiedy przypominam sobie tamte sytuacje, momenty, obrazy, widzę między mną a nimi cień Ukochanego. Widzę Jego dźwigajacego krzyż w moim bólu i cierpieniu. Przechodzący cień. ON tam wtedy był… Był wtedy ze mną. W koronie cierniowej i z krzyżem. Był ze mną…

CIERPIENIE I RADOŚĆ DZIECIĄTKA

W czasie modlitwy rozmyślałam o ubóstwie w jakim przyszedł na świat Jezus. Wczoraj na Pasterce w naszym kościele widziałam piękną szopkę. Widziałam wiele pięknych szopek. Jednak dziś pomyślałam, że bardzo wiele z tych szopek jest przesłodzonych, ckliwych, wręcz sztucznych.
Jezus dwa tysiące lat temu wcale tak słodko nie miał… Brud, smród… żłób zastępował kołyskę. Siano kuło w delikatne Ciałko Dzieciątka… Bezradność Rodziców…
Jednak większy ból sprawiało Jezusowi odrzucenie przez ludzi. Nie było dla Niego nawet w gospodzie. Urodził się za miastem i… za miastem umarł. Tylko się urodził a już chciano Go zabić.
„Od początku cierpiałeś, mój Jezu…” – pomyślałam smutno…
„Cierpiałem za ciebie, robaczku”
Spytałam czy w tym wszystkim miał choć trochę radości.
„Miłość, czułość, troska Mojej Matki i opieka przybranego Ojca sprawiały mi wielką radość. Rozczulały Mnie”.

PRZYJMIJ JEZUSA

Dziś rano dziękowałam Bogu za ten Adwent. To był dla mnie okres niezwykły. Niesamowity! Wyszłam z Nim na pustynię. A On z tej pustyni uczynił kwitnącą oazę. W mojej duszy jest piękny ogród z wielkim Źródłem pośrodku. A w sercu śpi Dzieciątko… A ja trwam w zdumieniu! Tak mówiłam Ukochanemu. Dziękowałam Mu.
„Jeśli będziesz ze Mną, jeszcze większe rzeczy zobaczysz!” – usłyszałam.
Potem wpatrywałam się w Umiłowanego, był bardzo poważny, żeby nie powiedzieć smutny. Spytałam dlaczego jest taki. Milczał chwilę a potem usłyszałam: ” Ponad dwa tysiące lat temu przyszedłem na świat, upokorzylem się bardzo… z miłości, a wielu ludzi Mnie nie przyjęło. Odrzuciło. I dziś w nocy znów przyjdę i wielu Mnie odrzuci, nie przyjmie”.
Milczałam. On też.
„Ale wielu Cię przyjęło i dziś też wielu Cię przyjmie”- wyszeptałam.
Patrzyliśmy w siebie długo…

JAK DZIECKO

Dziś Ewangelia o narodzinach Jana Chrzciciela. Jego matka, św Elżbieta, jest moją Patronką od bierzmowania. Zawsze jakoś była mi bliska, ale ostatnio jest coraz bliższa. Dzisiaj mogę powtórzyć z wielką radością jej słowa! „A skądże mi to, że mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” Skądże mi to wszystko?! Tyle radości i szczęścia?! Wobec tego co we mnie się dzieje czuję się zawstydzona, zakłopotana i bardzo malutka… bardzo! Ale bardzo, bardzo szczęśliwa! W moim małym sercu śpi słodko Dzieciątko… Czy można to sobie wyobrazić, wymyślić? Ja nie potrafiłabym! Moja wyobraźnia jest za mała. Jednak faktem jest, że śpi… Możecie mi wierzyć, lub nie. Ja Je widzę. Ale, żeby Je zobaczyć, muszę upokorzyć zmysły, myśli, muszę stać się małą. Jak dziecko.
bliżej niż my siebie

DZIECIĄTKO W SERCU

Dziś obudziłam się (jak zwykle) nad ranem. Jeszcze było ciemno i cicho. Jak zwykle uśmiechnęłam się do Ukochanego i zaczęłam odmawiać Różaniec. „Róże dla Maryi”. Odmawiałam powoli, bez pośpiechu. Cieszyłam się każdym słowem… Kiedy kończyłam czwartą dziesiątkę Różańca, oczami duszy zobaczyłam dziwny obraz. Czyjeś dłonie trzymały maleńkie dzieciątko. Dłonie były duże, kobiece. Dziecko natomiast małe. Wyglądało na nowo narodzone. Całe mieściło się w dłoniach, które tworzyły jakby kołyskę dla niego. Dłonie ułożyły dzieciątko w moim sercu… Usłyszałam głos kobiety, tym razem nieznajomy, mogę powiedzieć obcy (nie słyszałam go nigdy przedtem). Głos mówił do dzieciątka. „Będzie Ci tu dobrze, mój Jezu, w sercu Twojego robaczka”. Dłonie zniknęły a dzieciątko zostało. Spało tak słodko…
Patrzyłam na to wszystko poruszona do głębi, zdumiona, zachwycona, zawstydzona i onieśmielona jednocześnie. Ale jakoś skończyłam odmawiać cały Różaniec.
Potem kiedy tylko zaczęłam wpatrywać się w Oblicze Ukochanego usłyszałam, tym razem znajomy Głos. „Czekałem!”. Jezus się do mnie uśmiechał, więcej, promieniał cały! Zdawał się być uradowany, jakby się czymś cieszył. Patrzyłam pytająco… „Idą święta. I wielu ludzi obchodzi święta, a mniej Moje Narodzenie. Dlatego przyszedłem do ciebie. Odpocząć w twoim sercu, w te dni”. Patrzyłam w Niego dalej… „Dłonie, które widziałaś rano, to dłonie Mojej Matki”.
Nie wiedziałam co powiedzieć… Spytałam co mam robić, żeby Mu było dobrze, wygodnie. Bardzo pragnęłam, żeby Mu u mnie było dobrze…
„Tylko Mnie kochaj”.

TRWAJ WE MNIE

Dziś w kościele mama zawiozła mnie do pierwszej ławki i czekałam na księdza. Chciałam pójść do spowiedzi. Kiedy ksiądz przyszedł, poprosiłam o spowiedź. Ksiądz uśmiechnął się, powiedział, że oczywiście. Potem pochylił się, objął mnie.
– Dobrze, mów grzechy.
Na środku kościoła, kiedy w ławkach siedzieli inni wierni… w absolutnej ciszy ja miałam mówić swoje grzechy? Nie chciałam tak…
– Ale nie tu – uśmiechnęłam się do księdza- może w zakrystií.
– Dobrze.
Mama wwiozła mnie do zakrystii i zamknęła drzwi.
Wyspowiadałam się i spytałam księdza czy Pan Bóg może mówić do serca. Ale proboszcz nie rozumiał co mówię (mówię niewyraźnie z powodu choroby). Powtórzyłam jeszcze raz. Nadal nie rozumiał… Powiedział, że Bóg mnie bardzo kocha, i przyciska do Serca.
„No i widzisz, Panie Jezu, ksiądz proboszcz nie rozumie co mówię” – pomyślałam smutno po wyjściu z zakrystii kiedy się modliłam. „Ja ciebie rozumiem, Moniko”- usłyszałam znajomy Głos.
Nie powiedział, że rozumie co mówię, ale, że mnie rozumie.
Potem, w domu, patrzyłam się w Umiłowanego mego serca. Mówiłam, że moje serce należy do Niego, że cała do Niego należę. „Wszystko co moje, jest Twoje”- szeptałam.
Patrzyłam dalej. Długo…
„Podoba Mi się w twoim sercu. Trwaj we Mnie a Ja będę trwał w tobie”.
Wpatrywaliśmy się w siebie długo. Ja w Niego a On we mnie…

RACHUNEK SUMIENIA

Po zrobieniu rachunku sumienia wpatrywałam się w Oblicze Umiłowanego. Żałowałam serdecznie za grzechy… przepraszałam, że tyle razy zraniłam Jego, Jego Serce. Że tyle razy zdradziłam Go. Uległam złemu. Przepraszałam… i postanowiłam poprawę. Prosiłam, żeby mi w tym pomógł, bo sama nie dam rady.
Patrzył we mnie z wielką miłością i czułością…
Nie potępiał, nie osądzał. Patrzył z miłością. To Jego spojrzenie powodowało we mnie jeszcze większy żal i ból, że Go zraniłam. Ale i większe, szczere postanowienie poprawy.
Patrzyłam w Niego i patrzyłam…
„Wybaczam ci wszystko, Mój robaczku, ukochana Moja”.

"ZAUFAJ MI"

Dziś nad ranem leżąc w łóżku uśmiechnęłam się do Umiłowanego mojego serca. Pozdrowiłam Jego Matkę różańcem. I rozmyślałam…. O tym jak Ukochany zmienia mnie, moje wnętrze. Bardzo łagodnie, ale stanowczo i konsekwentnie. Z miłością. Tak sobie myślałam gdy nagle usłyszałam Głos… Dochodził on z głębi mnie, z głębi mojego serca. „Effatha! Otwórz się!” Byłam oszołomiona. Czułam jakby coś we mnie pękało, jakby opadała ze mnie jakiś niewidzialna skorupa, pancerz ochronny, którym przez lata się otaczałam. Nagromadziłam. Opadało to wszystko ze mnie. Nie potrafię tego inaczej opisać… Potem… szczęśliwa usnęłam.
Potem wpatrywałam się w Ukochanego. Nie wiem jak długo… On patrzył we nie. Jego spojrzenie przenikało i prześwietlało moją duszę.
Prosiłam, żeby przybliżał mnie do Siebie bardziej i bardziej. Pragnę tego…
„Czynię to, mój robaczku. Jesteś blisko Mego Serca. Zaufaj Mi”.

OCEAN MIŁOŚCI

„Witaj ukochana moja!”
Witaj Umiłowany mój. Zmęczona jestem. Przyszłam przy Tobie odpocząć. Mogę?”
„Tak. Odpocznij we Mnie”.
„W Tobie?”
„W Sercu Moim”
I odpoczywałam. Wpatrując się w Umiłowanego nabierałam sił. Duchowych i fizycznych. Rozmyślałam o mojej duszy. Była ona kwitnącym ogrodem. Pełnym kwiatów, róż, lilii i słoneczników. Pięknych i dorodnych winorośli. W sercu, w centrum ogrodu tryskało Źródło, ogromne, które nawadniało i użyźniało cały ogród. Nad miarę! To dzięki Niemu żył cały ogród , moja dusza. Tak teraz ją wyobrażałam, jakże inaczej niż kiedyś!
Potem chciałam wyobrazić sobie Jego Serce. Ale nie mogłam, nie umiałam… Brakowało wyobraźni. Przypomniałam sobie jedno z wezwań Litanii do Jego Serca „gorejące Ognisko Miłości”. Tak… bezbrzeżny Ocean Miłości – myślałam patrząc Mu w oczy.
Jezus patrzył we mnie i zdawało mi się, uśmiecha się do tych moich wyobrażeń… 🙂

NIE MOGĘ MILCZEĆ!

Jezu! Nie mogę milczeć! Dajesz mi tyle Miłości i radości i szczęścia. Dziękuję Ci! Jesteś ze mną, przy mnie. Dusza moja tańczy dla Ciebie i śpiewa! I wykrzykuje z uciechy! Na Twoją chwałę! Nie potrafię opisać ile mi dajesz! Dajesz mi Siebie samego. Trwam w uwielbieniu i zachwycie. I oddaję Ci siebie. Przyjmij mnie. Przyjmij swego małego robaczka.

NA CHWAŁĘ

Trwałam przed Umiłowanym mojego serca… Wpatrywałam się w Niego. Był rozpromieniony. Jak ja… Patrzeliśmy na siebie.
Uszczęśliwieni spotkaniem. Byłam zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.
„Czy chcesz dla Mnie cierpieć?” – usłyszałam w głębi serca.
„Chcę. Wiesz, że chcę…”
„Cierpisz na Moją chwałę”.

Z TOBĄ

Zastanawiałam się jak to dziś napisać. Źle się czuję i pisać trudno. Doszłam do wniosku, że dziś tylko opiszę naszą rozmowę.
Kilka słów właściwie.
„Ukochany mego serca, ofiaruję Ci cierpienie. Przyjmij je, proszę!”
„Tak podobasz Mi się najbardziej, mój robaczku”.
„Taka jestem szczęśliwa, to nic, że boli”.
„Jestem  z tobą”.

NA GŁĘBIĘ

Trwałam więc przed Nim w milczeniu… Dłuższy czas. Myśli przychodziły i odchodziły. Poprosiłam, żeby otworzył moje serce na swoje Słowo a myśli skierował na Siebie. Milczałam. Po chwili usłyszałam: „twoje serce hartuję w ogniu Mojej Miłości”.
Patrzył na mnie tak przenikliwie a jednocześnie z wielką czułością. Zapytałam jak chce, żebym Go nazywała, zwracała się do Niego. „Umiłowanym twego serca”- usłyszałam. „Tak! Jesteś Umiłowanym mojego serca!”
Wpatrywałam się dalej w Jego Oblicze. Jego spojrzenie przeszywało mnie na wskroś. Przenikało serce i duszę. Jego spojrzenie jasne, świetliste i tajemnicze…
„Czy chcesz wypłynąć ze Mną na głębię jak kiedyś Moi uczniowie?” – spytał nagle.
„Chcę, Panie” – szepnęłam.

MILCZEĆ

Dziś pomyślałam, że będę milczeć przed Ukochanym. Wpatrywać się w Niego i milczeć. Słuchać bardziej niż mówić. Wsłuchiwać się głębiej w Niego i w siebie. Mówienie i myśli często rozpraszają… przeszkadzają A ja pragnę Go słuchać. Usłyszeć.

ZNAJOMY GŁOS

Wczoraj leżąc w łóżku, myślałam czy to naprawdę Bóg mówi do mojego serca. Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” upewniłam się, że to jednak On. Jakbym to sobie sama wymyślała, to by na pewno w nic się w moim życiu nie zmieniło, a zmienia się. Na lepsze. Więc byłam pewna. Zasnęłam, a dziś rano jakoś o tym nie myślałam (że jestem pewna).
W kościele przywitałam się z NIM serdecznie jak z kimś bardzo mi bliskim. Przy Podniesieniu potwierdziłam Mu swoje całkowite oddanie. A po przyjęciu Komunii Św. kiedy trwałam w dziękczynieniu usłyszałam znajomy Głos, wydobywający się z głębi mojego serca: ” To Ja mówię do ciebie, mój robaczku”. „Wiem, mój Ukochany, jestem pewna”. Byłam poruszona i wzruszona… przypomniałam sobie wczorajsze rozmyślania…
Potem w domu kiedy wpatrywałam się w Jego Oblicze, uświadomiłam sobie, że tęsknię za tą modlitwą. Im dłużej się w Niego patrzyłam, tym potem bardziej tęskniłam… za tym spotkaniem… Pomyślałam, że to przedsmak Nieba. Tylko tam będę wpatrywać w Boga tysiąckroć piękniejszego. Poznam Go twarzą w twarz.
„Kocham cię” – usłyszałam. Też zapewniałam, że Go kocham.
„Wiem. Mów Mi o tym często. Pragnę cię słuchać”.

DOPIERO POCZĄTEK

Moja pustynia nadal jest kwitnącą oazą. Pełną życiodajnych źródeł. A właściwie jednego Źródła Wody Żywej, której moja dusza była bardzo spragniona. Od kilku dni wszystko się powoli zmienia. Ja się zmieniam. Tak rozmyślałam o tym co we mnie się dzieje, wpatrując  się w Ukochanego, dzieląc się z Nim swoimi myślami. Dziś rano obudziłam się pełna werwy, radości. Pełna sił (także fizycznych). Zdumiona byłam.
Jednak przede wszystkim zmieniam się wewnętrznie. Odkrywam jeszcze bardziej piękno modlitwy Różańcowej. Odmawiam powoli, smakując każde słowo „Zdrowaś”. delektuję się nim, karmię.
Ukochany pociąga mnie ku sobie coraz bardziej. Przyciąga. Przytula do Serca… pragnie mnie. A ja Jego. Nie mówię, że do tej pory było między nami źle. Było bardzo dobrze. Ale teraz jest jeszcze lepiej. Głębiej… przede wszystkim. Doświadczam Bożej Miłości, wymagającej i czułej jednocześnie…
I tak dzieliłam się tymi myślami z Jezusem, patrząc w Niego. On patrzył we mnie i jakby się do mnie uśmiechał.
„A to dopiero początek” – usłyszałam w głębi serca.

TO TY!

Umiłowany mój! Tyloma łaskami obdarzasz mnie, Twojego robaczka. Tak bardzo kochasz! Tak bardzo! Niewyobrażalnie! Nie znajduję słów, żeby wypowiedzieć moje szczęście. Ani, żeby Ci podziękować. Słów brakuje! Każda cząstka mnie do Ciebie należy. Pragnę Cię wielbić do końca moich dni i w wieczności. Pragnę dla Ciebie cierpieć. Życie moje to TY!

''BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ"

Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzyłam na kartkę papieru, na zdjęcie, które go przedstawiało, ale przecież nie modliłam się do obrazka, nie rozmawiałam ze zdjęciem. Wpatruję się w Jezusa przedstawionego na tym obrazie, rozmawiam z Nim a obraz mi w tym bardzo pomaga.
Więc patrzyłam w NIEGO, głębiej… patrzyłam się i wsłuchiwałam się w poruszenia serca. ON patrzył we mnie… „Co mogę zrobić, Ukochany? Pragnę Ci sprawiać przyjemność.Co mogę zrobić?” – spytałam. Jednocześnie pomyślałam, że tak niewiele mogę… Milczał i patrzył na mnie z czułością.
„Nawet najmniejszy czyn, gest uczyniony dla Mnie z miłości sprawiają Mi ogromną przyjemność, powiększają Moją chwałę – usłyszałam po chwili – ty już to robisz. Upatrzyłem sobie ciebie”. Milczałam… „Cierp bez skargi. Gdy bardzo boli, wiedz, że jestem blisko, bliżej niż myślisz”.
Pomyślałam o dzieciątkach nienarodzonych zabitych przez własne matki… lekarzy… rozszarpywane, miażdżone. „Za nie ofiaruję” – szepnęłam. Jezus posmutniał. „Ich dusze są najbliżej Mojego Tronu”. „I co robią? – spytałam – błagają o  litość dla swoich matek?” „Tak- powiedział Głos – one nie wiedzą co to nienawiść, jednak JA szanuję wolną wolę ich matek. Czekam na żal i nawrócenie”.
Westchnęłam smutno… i patrzyłam dalej…
„Nie zostawiaj Mnie nigdy samego… ” – usłyszałam jeszcze. Bóg, który tęskni za człowiekiem. Za mną…

MIŁOŚĆ NAD MIŁOŚCIAMI

Żeby opisać moje dzisiejsze (to chyba złe słowo „dzisiejsze”, ale niech będzie…) spotkanie z Jezusem, muszę zacząć od nocy. Wtedy przeczytałam Czytania przeznaczone na dziś. Wszyscy w domu spali. A ja leżałam z zamkniętymi oczami i rozmyślałam.
„Ja, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: „Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą”.
Nie bój się, robaczku, Jakubie,
nieboraku, o Izraelu!
Ja cię wspomagam, mówi Pan,
odkupiciel twój, Święty Izraela (…)”
„Ile miłości jest w tych słowach, ile czułości, ile ojcowskiej i matczynej troski – myślałam – niesamowite! Robaczku, nieboraku, jakie to czułe… tkliwe”. Wiedziałam, że Ukochany jest zawsze przy mnie, że się mną opiekuje, że cierpi razem ze mną. Widziałam jak mi błogosławi, wtedy, w nocy też. Leżałam zachwycona… „Twoje Serce bije dla mnie a moje bije dla Ciebie” – powiedziałam do Niego.
„Jestem Miłością nad miłościami- usłyszałam w głębi serca. „Tak… Miłość nad  miłościami” – pomyślałam zachwycona i po chwili zasnęłam…
Kiedy już w dzień wpatrywałam się w Jego Oblicze, zdawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Też się do Niego uśmiechałam. „Miłość nad miłościami”… Trwaliśmy tak uśmiechnięci. Byłam bardzo szczęśliwa a w moim sercu panował pokój i radość, choć fizycznie  czułam się, łagodnie mówiąc, nie najlepiej.
Pomyślałam znów o „robaczku”. Tak mówi się o kimś/o czymś maleńkim, bezradnym, nieporadnym. O stworzeniu tak małym, że niewidocznym. Pokornym. Zapragnęłam być taka…
„Od tej pory będę Twoim robaczkiem. Tak mnie nazywaj, mój Ukochany – powiedziałam.
Zdawało mi się, że promienieje jeszcze bardziej.

ZAWSZE

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii znów się w Niego patrzyłam. W głąb… Jego dobre, łagodne oczy patrzyły we mnie. Tak wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Rozmyślałam nad Jego słowami. O tym, że jest łagodny i pokorny. Jarzmo Jego jest słodkie a brzemię lekkie. Przypomniały mi się słowa wielkopostnej pieśni ” Słodkie drzewo, słodkie gwoździe, rozkoszy owoc nosiło… Skłoń gałązki, drzewo święte. Ulżyj członkom tak rozpiętym…”
Wszystko to było w Jego oczach, bardzo smutnych dzisiaj. „Oczy są zwierciadłem duszy”- pomyślałam. Patrzyłam dalej. Bardzo długo…
Naraz usłyszałam głos… smutny, żarliwy, tęskny. „Pragnę ciebie… ciebie całej”. Też byłam smutna, ale na te słowa posmutniałam jeszcze bardziej. „Jezu, Ukochany… tyle  razy oddawałam Ci siebie. Czyżby nie całkowicie?” Milczał. „To teraz Ci siebie oddaję. Każdy skrawek, okruszek mojego ciała i życia jest Twój”. I powtórzyłam modlitwę, którą odmawiam podczas Podniesienia: „Jezu mój, Miłości moja, Ty jesteś mój, ja jestem Twoja”.
„I serce i duszę?” „Tak, przede wszystkim. Tylko Ty możesz tam wejść. Rób ze mną co chcesz”. „Będę”.
Patrzyłam w Niego dalej. „Dlaczego jesteś smutny?”- zapytałam po dłuższej chwili milczenia. „Bo ty jesteś smutna”. „Tak, smutna jestem – westchnęłam – zmęczona. Prawie całą noc nie spałam i… Zresztą wiesz jak było”. „Wiem, byłem z tobą. Zawsze jestem”.

PISZ!

Drugi dzień na pustyni… Choć ta pustynia jest dla mnie, przynajmniej na razie, zieloną oazą. Pełną światła. Tu odpoczywam…
Ale po kolei. Dziś także wpatrywałam się w Jego Oblicze. Długo. Nie oczekiwałam na Jego głos. Wystarczyło mi, że mogę na Niego patrzeć.
Jednak… ” Witaj ukochana moja!”- odezwał się z głębi mego serca. Zdumiałam się znowu… Powiedziałam Mu, że jestem bardzo szczęśliwa. „Pragnę, żebyś była szczęśliwa. Chcę być twoim Szczęściem”. „Jesteś Nim-westchnęłam w duchu – tylko przy Tobie jestem szczęśliwa, w Tobie i z Tobą”. Milczał, ale jakby się do mnie uśmiechał.  Też się do Niego uśmiechałam.
„Zmęczona jestem”- odważyłam się powiedzieć. „Odpocznij więc”- ciągle się uśmiechał. Milczeliśmy dłuższy czas. A ja odpoczywałam. Wpatrywałam się w Niego bardziej i bardziej… Czerpałam siłę z patrzenia na Niego. Z Jego Oblicza bijącego blaskiem. Wygrzewałam się w Jego świetle jak w Słońcu… Patrzyłam na UKOCHANEGO, a ON patrzył na mnie. Tylko tyle i Aż tyle..
Potem pomyślałam (nie wiem dlaczego…) o blogu. Jak ja o tym napiszę? Czy w ogóle mam o tym pisać? – myślałam. „Wstydzisz się Mnie?” zapytał głos. „Nie! skąd, Panie – zaprzeczyłam gwałtownie- tu nie chodzi o wstyd! Tylko… to nasze spotkanie, Twoje i moje. Takie osobiste i intymne. Jak o nim piszę, czuję… jakby ktoś nas podglądał.
„Pisz, pisz na świadectwo innym!”
Więc piszę….
A kiedy zamykam oczy, widzę Jezusa, który mi błogosławi…

ON

Tak wygląda jakbym wczoraj urwała. Przerwałam bo nie miałam sił pisać dalej. A po drugie nie wiedziałam co. Trwałam w zadziwieniu. I nadal trwam. Głos, który mówił do mnie w sercu, nie powiedział nic nowego. Nic o czym (przynajmniej w teorii) bym nie wiedziała. Z drugiej strony… Ten głos, słowa… poruszyły mną do głębi. Wstrząsnęły. Tak… Wczoraj o tym nie pisałam, ale, przy drugim „jesteś piękna w moich oczach”, poddałam się, nie wiem jak to inaczej określić… Rozpłakałam. Ryczałam jak bóbr… 🙂 A Ty, mój Ukochany na mnie taką patrzyłeś. Jednak ten płacz paradoksalnie bardzo mi pomógł. Był to płacz oczyszczający. Oczyszczający moją duszę. Zmywający brudy, uprzedzenia do samej siebie. Od razu zaznaczę, że nie jestem osobą płaczliwą. Jestem tzw. „twarda sztuka” 🙂 Więc płakałam a spojrzenie Ukochanego uzdrawiało moją duszę.
I jeszcze jedno. Nie będę nikogo przekonywać, że głos, który słyszałam był głosem Jezusa. Czytający ten blog mogą przyjąć lub odrzucić moje słowa. Wolna wola. Ja jestem pewna, że to był ON. Że JEGO Serce bije dla mnie. I jestem pewna w JEGO Oczach. To mój Ukochany. ON działa cuda w moim sercu. Tylko ON może tam wejść.

SŁUCHAĆ…

Dziś rano po wysłuchaniu homilii ks Tomasza postanowiłam wyjść na pustynię. „Na wielkie żółte nic”. http://delurski.pl/3690/prostujcie-sciezki/
Miałam, mam o tyle „‚ łatwiej” (zresztą nie wiem czy to było ułatwienie…), że często rozmawiam z Ukochanym w nocy. Wtedy w ciszy nikt nam nie przeszkadza. Wsłuchuję się w Jego głos. Mówi do mnie, do serca. Jednak to jest noc… jakby naturalny klimat do rozmowy.
Często też przed rozważaniem Ewangelii wpatruję chwilę w obrazek Jezusa Miłosiernego, który mam w Biblii. Jednak muszę przyznać, że ostatnio tę praktykę zaniedbywałam, albo bardziej skupiałam się na tekście Ewangelii. Postanowiłam, że od dziś to się zmieni.
Otworzyłam Pismo Święte i przeczytałam fragment dzisiejszej Ewangelii. Akurat było o paralityku, którego przyjaciele chcieli, żeby Jezus uzdrowił. Chcieli go przynieść do Niego, ale z powodu wielkiego tłumu, nie mogli. Spuścili go więc przez dach, pod stopy Jezusa. Potem zaczęłam wpatrywać się w Jego wizerunek… Pomyślałam, że to ja jestem tym sparaliżowanym, który patrzy na Jezusa.
Patrzyłam w Jego oczy, takie jasne, piękne i dobre. Wpatrywałam się w Jego twarz. Długo. Nie wiem jak długo… Patrzyłam i patrzyłam. Nie wiem kiedy usłyszałam głos. Mówił wprost do mojego serca. Był znajomy. „Moje Serce bije dla ciebie”- mówił. Milczałam zdumiona i zachwycona… I powoli do mojego serca zaczął spływać pokój, którego dawno nie miałam, a którego tak bardzo pragnęłam. Wpatrywałam się ciągle…  „Jesteś piękna w moich oczach”- mówił dalej. Oburzyłam się, przecież wiedziałam, że jestem brudna i pełna grzechów. „Jesteś piękna w moich oczach”- powtórzył głos. Ciepły i czuły, ale stanowczy. „Piękno polega na kochaniu”. Zaczęłam zapewniać, że Go kocham i pragnę kochać bardziej i bardziej. „Wiem”- odpowiedział. Patrzyłam i patrzyłam dalej. Pomyślałam w sercu, że Jego głos nie jest cichy, ale bardzo wyraźny. „Mówię do tych, którzy chcą mnie słuchać”.
Ja pragnę Go słuchać…

%d bloggers like this: