MIŁOŚĆ NAD MIŁOŚCIAMI

Żeby opisać moje dzisiejsze (to chyba złe słowo „dzisiejsze”, ale niech będzie…) spotkanie z Jezusem, muszę zacząć od nocy. Wtedy przeczytałam Czytania przeznaczone na dziś. Wszyscy w domu spali. A ja leżałam z zamkniętymi oczami i rozmyślałam.
„Ja, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: „Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą”.
Nie bój się, robaczku, Jakubie,
nieboraku, o Izraelu!
Ja cię wspomagam, mówi Pan,
odkupiciel twój, Święty Izraela (…)”
„Ile miłości jest w tych słowach, ile czułości, ile ojcowskiej i matczynej troski – myślałam – niesamowite! Robaczku, nieboraku, jakie to czułe… tkliwe”. Wiedziałam, że Ukochany jest zawsze przy mnie, że się mną opiekuje, że cierpi razem ze mną. Widziałam jak mi błogosławi, wtedy, w nocy też. Leżałam zachwycona… „Twoje Serce bije dla mnie a moje bije dla Ciebie” – powiedziałam do Niego.
„Jestem Miłością nad miłościami- usłyszałam w głębi serca. „Tak… Miłość nad  miłościami” – pomyślałam zachwycona i po chwili zasnęłam…
Kiedy już w dzień wpatrywałam się w Jego Oblicze, zdawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Też się do Niego uśmiechałam. „Miłość nad miłościami”… Trwaliśmy tak uśmiechnięci. Byłam bardzo szczęśliwa a w moim sercu panował pokój i radość, choć fizycznie  czułam się, łagodnie mówiąc, nie najlepiej.
Pomyślałam znów o „robaczku”. Tak mówi się o kimś/o czymś maleńkim, bezradnym, nieporadnym. O stworzeniu tak małym, że niewidocznym. Pokornym. Zapragnęłam być taka…
„Od tej pory będę Twoim robaczkiem. Tak mnie nazywaj, mój Ukochany – powiedziałam.
Zdawało mi się, że promienieje jeszcze bardziej.