"NIE OPUSZCZĘ CIĘ NIGDY"

Dziś  rano jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec… nawet nie wiem kiedy wróciłam do wspomnień z dzieciństwa. Przypominałam sobie najtrudniejsze chwile, przeżycia i oddawałam je Jezusowi i Maryi, zapraszałam Ich do tych miejsc, zranień. Nie powiem, żeby to było łatwe i miłe. Nie było. Było trudne, często  bardzo trudne. Ale skoro wczoraj zaczęłam, chciałam skończyć. Oddawałam Ukochanemu i Mamie moje rany, otwierałam je przed Nimi…  i prosiłam Ich o uzdrowienie.
Nagle zorientowałam się, że przerwałam odmawianie Różańca i szybko przeprosiłam za to Madonnę. Chciałam do niego wrócić. Wtedy usłyszałam głos kobiety, już znajomy: „córeczko, ale to też jest modlitwa. Równie piękna”. Uspokojona, kontynuowałam… W ten sposób oddałam Im wszystko. Czułam się dziwnie… z jednej strony czułam się bardzo lekko jakbym zrzuciła z siebie niewidzialny ciężar, z drugiej… byłam zmęczona jak po wykonaniu ciężkiej pracy.
” Nie bój się robaczku, twoje rany są Moimi” – usłyszałam cieniutki, dziecięcy Głosik, jakby znajomy. Zobaczyłam, że Dzieciątko w moim sercu uśmiecha się do Mnie.
Na Mszy św po  przyjęciu Komunii prosiłam Dzieciątko Jezus, żeby ze mną zostało… we mnie, w moim sercu. Mówiłam Mu, że Je bardzo kocham i pragnę, żeby nie odchodziło wraz ze Świętami. Żeby ze mną zostało…
„Nie opuszczę cię nigdy, ukochana moja – usłyszałam w głębi serca- zacząłem w tobie swoje dzieło i zamierzam, jeśli pozwolisz, doprowadzić je do końca”.
Byłam szczęśliwa…