NA ŚWIADECTWO

Wpatrywał się we mnie Umiłowany mój… rozpromieniony i radosny. Ja patrzyłam w Niego. Uśmiechałam się do Niego.
„To, co zrobiłaś, mój robaczku, wymagało dużej odwagi i determinacji”.
Patrzyłam w Niego z radością.
„Bez względu na to jaką odpowiedź otrzymasz, wiedz, że JA już cię przyjąłem. Należysz do Mnie. Jesteś Moja. Jak otrzymasz odpowiedz, umieść ją tu, na świadectwo Moich słów”.
„Dobrze Ukochany”- wyszeptałam.
Patrzeliśmy dalej w siebie… w milczeniu.
Po dłuższej chwili Jezus powiedział:
„Wpatruję się w twoje serce. Wybrałem je i upodobałem sobie”.

NAJBLIŻEJ

Patrzył we mnie… łagodny, ale poważny. Ja wpatrywałam się w Niego. W Jego mądre, dobre, pokorne oczy. Miłosierne i przenikające na wskroś moje serce.
”Witaj Umiłowany, co mogę dla Ciebie zrobić?”- wyszeptałam.
„Witaj Moja Weroniko, pozwól, że dziś Ja będę działał. Będę leczył twoje rany. Patrz we Mnie. We Mnie jest uzdrowienie”.
Patrzyłam więc… Jego spojrzenie przenikało mnie coraz bardziej. Prześwietlało mnie.
„Jezu zmiłuj się nade mną”.
„Moje oblubienice otrzymują Moje miłosierdzie i zmiłowanie. Jesteś jedną z nich, umiłowana Mego Serca”.
„Dziękuję” – szepnęłam. Ucałowałam Go w policzek.
Jezus mówił dalej: „W czasie Mojej Męki cierpiałem bardzo, ale nie tylko z powodu zadawanych Mi Ran. Z powodu odrzucenia i samotności także”.
„Ja też jestem samotna… ale nic to, TOBIE ofiaruję”.
„Kiedy czujesz się samotna, jestem wtedy z tobą. Najbliżej.

OKRUCH JEGO MĘKI…?

Często w internecie wyszukuję różne wizerunki Jezusa, mojego Ukochanego i potem umieszczam je na Fb. Kto zna mój profil, ten wie. Dziś też szukałam. Jak tylko zaczęłam poszukiwania, trafiłam na to: http://www.duchprawdy.com/modlitwy_i_obietnice_pana_jezusa_najswietsze_oblicze_jezusa.htm Zupełnie przypadkowo… Otworzyłam i czytałam z otwartymi ustami… Nie chodzi mi o te obietnice (a raczej nie tylko o nie). Chodzi o to, że wszystko, lub prawie wszystko sprawdza się w moim życiu (nie piszę o tym broń Boże, żeby się chwalić… albo coś w tym stylu. Nie! Po prostu stwierdzam fakt, który mnie samą zadziwia i zachwyca). „Osoby praktykujące nabożeństwo do Świętego Oblicza, otrzymają za życia wewnętrzne i stałe światło, a po śmierci będą jaśnieć w niebie szczególniejszą światłością”. We mnie jest takie światło… w moim wnętrzu. Światło, które  nie pozwala mi się poddać, dzięki któremu mogę dźwigać mój krzyż z radością. Niektórzy mówią, że z tego bloga też bije światło.
To JEGO Światło, Światło Ukochanego! To tylko jeden z przykładów. Poza tym nie odważyłabym się nazwać to moje wpatrywanie w Jego Oblicze „nabożeństwem”. To zwykła modlitwa po prostu. Zwykła, codzienna modlitwa.

Dziś coś na tej modlitwie było innego. Niby wszystko tak samo, a jednak inaczej.
Wpatrywałam się w Jego Oblicze… bez słów, długo… Oczy Ukochanego były smutne, cierpiące. Był obolały, zmęczony. Wpatrywałam się głębiej i głębiej.
„Cierpisz, Panie…”
„Tak”.
„A ja z Tobą”.
Patrzyłam dalej… I nagle tak się poczułam jakbym widziała Go po raz pierwszy. Jakby odkrył Coś przede mną. Co? Nie potrafię określić, sformułować… Doświadczyłam dziwnej bliskości i tęsknoty.
Pochyliłam się bardziej i dalej kontemplowałam Jego Oblicze. Wydało mi się zranione i poobijane… Bardzo chciałam Mu jakoś pomóc.
„Nie patrz we Mnie, wyglądam wstrętnie. Strasznie. Nie patrz!”- usłyszałam w głębi serca.
„Będę patrzeć! Wyglądasz pięknie. Pięknie!”
Patrzyłam dalej.
„Mój Umiłowany, Ulubiony, Najdroższy, Najpiękniejszy pozwól mi dzielić z Tobą Twój ból, cierpienie. Pozwól mi… proszę”.
Twarz Jezusa zmieniła się. Już nie była taka smutna.
„Czekałem aż o to poprosisz, robaczku. Bardzo Mi ulżyłaś Weroniko”.
Po tej modlitwie coś we mnie zostało. Tęsknota i jakiś nieokreślony ciężar na sercu. Może to okruch Jego Męki…?

REGUŁA MIŁOŚCI

Obudziłam się w nocy i zaczęłam układać bukieciki dla Mamy. W czasie modlitwy usłyszałam głos kobiety: ” Oblubienico Mojego Syna, błogosławię ci”. Wtedy ja zaczęłam też prosić o błogosławieństwo dla moich Dzieci. „Im także błogosławię”. Dziękowałam i dziękowałam… I dalej układałam kwiaty modlitwy.

Potem kontemplowałam Oblicze Jezusa, wydało mi się smutne. Bardzo smutne…
„Witaj Ukochany… jesteś smutny. Dlaczego? Mogę Cię jakoś pocieszyć?”
” Witaj Weroniko.. Cierpię z powodu ludzkich grzechów… Jestem wyszydzany, znieważany, opluwany… cierpię podobnie jak wtedy na Drodze Krzyżowej”.
„Kiedy cierpi mój Umiłowany, cierpię i ja…”
Jezus popatrzył we mnie czule i mówił dalej:
„Zabijani są najmniejsi, deptane Moje przykazania. A ci, którzy we Mnie wierzą ciągani są po sądach, wykpiwani. Cierpię w nich wszystkich. Jak bardzo cierpię…!”
Patrzyłam w Niego…
„Mogę Ci… jakoś pomóc?” – spytałam. I zaraz zdałam sobie sprawę, że to pytanie irracjonalne, no bo jak ja mogę MU pomóc…
” Bądź Moją Weroniką”- usłyszałam – ocieraj Moją Twarz oplutą i wzgardzoną. Dotykaj Ją. Modlitwą. Ukoj Moje  Rany swoim cichym cierpieniem. I patrz we Mnie sercem. I uśmiechaj się do Mnie często.
Wtedy Mnie pocieszysz”.
„Dobrze, Panie”- wymamrotałam poruszona.
„To będzie twoja Reguła. Reguła Miłości”.

Miałam o tym nie pisać, ale jednak… po opublikowaniu komentarzy Anety pod wpisem „Uwielbiam”, pojawiła się sugestia jednego z moich rozmówców żeby kasować takie „szkodliwe” wg niego komentarze. W pierwszej chwili napisałam „ok”. Jednak nie dawało mi to spokoju.. Przemyślałam to jeszcze raz. I dziś rano napisałam mojemu rozmówcy: „Wiesz… przemyślałam jeszcze raz  Twoją sugestię, żeby kasować tzw szkodliwe komentarze na moim blogu i doszłam do wniosku, że nie będę tego robić. Nie będę kasować. Są trzy powody:
1. Mam chwalić Boga, a ludziom odpłacać złem za zło? Nie tego uczy Jezus. Ci co piszą nieprzychylnie może poszukują, może są poranieni. Trzeba im pomóc, pokazać że jest inaczej niż myślą. A nie kasować ich wypowiedzi.
2. Na tym blogu jest miejsce dla każdego.
3. Jezus by tego nie zrobił. On nikogo nie kasuje…”
„Twój blog, Twoje decyzje” – odpisał.
Tu nie tylko chodzi o blog… To też jest Reguła Miłości.
A Ciebie Aneto słonecznie pozdrawiam 🙂

BOŻY PRZYPADEK

Dostałam misję od Moniki, żeby opisać to, o czym przed kilkunastoma minutami z Nią rozmawiałam. Z przyczyn ograniczeń fizycznych Autorki bloga, tę notkę piszę więc ja – Karolina.

Ciężko to wszystko ubrać w słowa, sama jeszcze nie ogarniam, ale spróbuję. To będzie próba uzupełnienia poprzedniego posta WERONIKA OD OBLICZA CHRYSTUSOWEGO.
Kilka dni temu Monika prosiła mnie o modlitwę.
Pierwsze podejście wyglądało mniej więcej tak:
„Panie Boże, o co ja mam się dla Niej modlić? Przecież po ludzku wszystko we mnie krzyczy, żebyś Jej zabrał to cierpienie. A przecież Ona się na nie zgodziła – jak jest napisane w jednej z notek – dla Twojego Imienia. Jestem więc w kropce. Powiem więc: Bądź wola Twoja – Ona by tego chciała. ”
A dziś jak odmawiałam z Moniką nagraną dziesiątkę różańca, wpadło mi do głowy, że Ona pisała o wątpliwościach, że czasami czuje, jakby to wszystko było nieprawdą, że to nie Ty do niej mówisz. Pomyślałam: „Niemożliwe, przy takiej bliskości, już nie ma miejsca na wątpliwości – to już na pewno nieaktualne.” Ale nie dawało mi to spokoju, więc zostawiłam Monice wiadomość na gadu między innymi o tym, że wpadło mi do głowy to nowe imię dla Niej – Monika od Oblicza Chrystusowego. Kilkanaście minut temu w rozmowie ustaliłyśmy że obie mamy w głowie Weronikę od Oblicza Chrystusowego. Ja na to wpadłam, bo takie imię wybrałam na bierzmowaniu, a Ona – bo się z Weroniką od dawna identyfikuje. Chwilę później znalazłam stronę, na której był opisany związek między św Weroniką, a chustą z Twoim wizerunkiem, znajdującą się w Manopello. Wszystko zaczęło się składać: Weronika od Oblicza Chrystusowego. Pomijając już fakt, że Monika na swoim starym blogu kilka lat temu pisała o Manopello, a ja kilka lat temu tam byłam.
Siedziałam na krześle i zastanawiałam się kiedy z niego spadnę z wrażenia. Nagle Monika napisała:
„Czyli te rozmowy z Nim, to nie może być mój wymysł”
„To Ty masz jakieś wątpliwości?” – zapytałam
„Już nie” – padła odpowiedź.
„Ale od teraz?”
„Wcześniej byłam pewna, ale nachodziły mnie czasem wątpliwości. Dziś mam pewność. Całkowitą.”
To był kolejny moment, w którym mało nie spadłam z krzesła. To, co wydawało się nierealne, okazało się prawdziwe. Ta wiadomość była po to, by wątpliwości rozwiać. Ta rozmowa była po, to by wątpliwości rozwiać. A kiedy to wszystko pisałam – Ty wiesz – miałam przekonanie, że to niepotrzebne, że to niemożliwe. A jeśli te wątpliwości są, to przecież nie znikną dzięki jakimś tam moim słowom, że to Ty musisz coś zrobić. Nie wiem, natchnąć Ją jakoś w modlitwie, albo coś. A Tobie się najwyraźniej zachciało użyć moich rąk…
Nie rozumiem, jestem w szoku – w każdym razie nie wierzę, że to wszystko był przypadek. Chyba że – cytując Monikę – „Boży przypadek – w takie wierzę.” 🙂

WERONIKA OD OBLICZA CHRYSTUSOWEGO

Wpatrywałam się w Oblicze Umiłowanego… uśmiechnięta, szczęśliwa. I zaskoczona. Chociaż z drugiej strony… 🙂
Jezus też wydawał się być radosny. Zadowolony, że sprawił mi niespodziankę, radość.
„… ‚od Oblicza Chrystusowego’…” – myślałam.
„Podoba ci się, robaczku?”- zapytał.
„Wiesz, że tak! Bardzo!”
„Odtąd to będzie twoje imię”.
Patrzeliśmy w siebie. Rozmyślałam… Od dnia naszego ślubu kilka razy przeleciało mi przez głowę, że powinnam mieć nowe imię. Raz nawet zaczęłam wybierać… np. „od Jezusa Miłosiernego”. Jednak szybko ucięłam te myśli. Te imiona, które wybierałam (a było wśród nich też ” od Oblicza Jezusowego”) wydawały mi się zbyt wielkie, zbyt dostojne. Ja, taka malutka i zwyczajna, prosta… Postanowiłam zostawić to Ukochanemu. Żeby On mi wybrał, jeśli chce… I dziś wybrał. Karolina je wymodliła. 🙂
„To imię pasuje do ciebie, nie tylko dlatego, że kontemplujesz Moje Oblicze”.
Patrzyłam pytająco.
„Chcesz być do Mnie podobna, prawda?”
„Pragnę…”‚
„Jesteś”.

Jak brzmi całe moje nowe imię? „Weronika od Oblicza Chrystusowego”. Dlaczego? Weronika ocierająca Twarz Chrystusowi zawsze mnie zachwycała. Zadziwiała. Podziwiałam jej odwagę, determinację. Upór. Jej miłość. Identyfikuję się z nią.
Kontempluję JEGO Oblicze. I… jestem do Niego… podobna.
I… chcę być Weroniką.
Dla NIEGO.
I dla innych.

PODOBNA…


Ta notka będzie krótka i lakoniczna. Pisać trudno, słabo się czuję.
Dziś przed Eucharystią ofiarowywałam Ukochanemu całą siebie. Cierpienia, troski i radości. Ofiarowywałam Mu moje duchowe Dzieci, moje duchowe Maleństwo. Ofiarowywałam Mu moją niemoc i słabość. Ofiarowywałam i prosiłam, żeby tę moją małą ofiarę przyjął i złączył ze Swoją. Najświętszą.
Potem, gdy wpatrywałam się w Niego, prosiłam, żeby nauczył mnie być świętą. Podobną do Niego.
„Jesteś do Mnie podobną, robaczku”.
”Ja? Jakoś tego w sobie nie widzę….”
„Wystarczy, że widzę Ja i widzą inni”.
Patrzeliśmy w siebie dłuższy czas w milczeniu. Długo…
„Wpatruję się w twoje serce. Upodobałem je sobie” – usłyszałam cichy, łagodny Głos.

W NIM

Obudziłam się w nocy i zaczęłam układać bukiety Madonnie. Kiedy się modliłam, usłyszałam głos, dziwny… przypominał grzmoty.
„Jam jest twój Bóg, Skała Zbawienia! Jam jest twój Oblubieniec. Twój Ukochany. Przyjaciel. Schroń się we Mnie. Wejdź we Mnie. Ja cię obronię. Moja najdroższa, umiłowana Moja!”
Ułożyłam bukiecik i chyba przysnęłam. Nie wiem. Kiedy otworzyłam oczy było jeszcze ciemno, zaczęłam się modlić dalej, w jednej, szczególnej intencji. Ogarnął mnie ból, ale nie fizyczny. Bolało mnie serce, dusza…
Modliłam się i modliłam. I zobaczyłam obraz, bardzo piękny i przejmujący… nie będę go opisywać. To zbyt osobiste, zbyt trudne dla mnie. Powiem tylko, że dotyczył on jednego z moich duchowych Dzieci. Zachowam ten obraz w sercu…

Wpatrywałam się w Umiłowanego.
„Błogosławię ci, robaczku, błogosławię”.
„Kocham Cię i ufam Tobie Jezu” – powiedziałam do Niego.
Patrzyliśmy w siebie długo…
„Obdarzam cię Moimi łaskami” – usłyszałam w głębi serca.
„I moje Dzieci…? Proszę…”
„Twoje Dzieci także”.

ZBROJA

Patrzyłam w Niego. Dziś był poważny. Łagodny, ale poważny. Długo wpatrywaliśmy się w siebie. Kontemplowałam Oblicze Ukochanego. Oblicze pełne miłości i miłosierdzia… Odpoczywałam? Nie. Cierpiałam, ofiarowywałam, tańczyłam przed Nim.
„Jesteś gotowa cierpieć dla Mego Imienia?”
„Tak. Jestem gotowa”.
„Jestem twoją Tarczą, robaczku, twoją Zbroją”.

P. S.

Przerwałam wczorajszą notkę. Nie miałam sił pisać dalej. Jezus powiedział jeszcze, żebym odpoczywała, bo niedługo przyjdzie mi cierpieć dla Jego Imienia. Odpoczywałam więc wpatrując się w Niego. Teraz wiszę razem z Nim na krzyżu.

UWIELBIAM…

Wpatrywałam się w Oblicze Ukochanego… patrzyłam i patrzyłam.
„Mam Ciebie – mam wszystko – westchnęłam – żal mi tych, którzy Cię nie znają, albo nie chcą znać, wierzyć, kochać Cię. Biedni… współczuję im bardzo. Tak bym chciała, żeby wszyscy Cię poznali, uwierzyli Ci, uwierzyli w Twoją Miłość…”
„Ja czekam na wszystkich. Módl się za nich, żeby chcieli Mnie poznać, przyjść do Mnie. Cierp za nich, robaczku”.
„Będę”.
Patrzeliśmy w siebie. Długo.
„Podoba Mi się kiedy tak  we Mnie patrzysz”- usłyszałam.
„Uwielbiam to. Te nasze spotkania, rozmowę. Uwielbiam… Jeśli ktoś uważa, że modlitwa jest nudna to nie wie czym ona jest. Nigdy jej nie doświadczył…”

O MIŁOŚCI I ZAUFANIU


Gdy skończyłam układać kwiaty Maryi, usłyszałam głos: „Kto Mnie wpuści? Kto obdarzy Mnie miłością? Kto pozwoli Mi się pokochać? Chodzę i pukam do ludzkich serc. I żebrzę. O miłość…” – głos był… trudno mi go określić. Smutny, bardzo smutny… rzewny, ckliwy. Skarżący się. Przypominał… wiatr. Tak, łagodny wiatr. „Pragnę niewiele, miłości jedynie”.
„W moim sercu zawsze znajdziesz miłość…” – pomyślałam smutno.
„Serca Moich oblubienic są dla Mnie ukojeniem. W nich odpoczywam. Ale chcę mieć jak najwięcej takich serc. Więc pukam i żebrzę. I często odchodzę odepchnięty i odrzucony. A odrzucając Mnie, odrzucają Moją Miłość”.
Było mi smutno, bardzo smutno…

Wpatrując się w Jego oczy, rozważałam dzisiejszą Ewangelię. Przyprowadzili do Jezusa niewidomego, prosząc, żeby go dotknął. Pewnie oczekiwali szybkiego cudu. Może i sam niewidomy go oczekiwał. Tymczasem Jezus robi coś innego. Bierze ślepca za rękę… i prowadzi. Chory nie wie co się dzieje, nie wie gdzie idzie i może do końca nie wie Kto go prowadzi. Ale ufa. Nie wiadomo ile czasu idą, pewnie długo. Może o czymś rozmawiają, może idą w milczeniu. W każdym razie Jezus prowadzi… „poza wieś”. Na ubocze. I tam powoli, etapami uzdrawia. Robi to bardzo delikatnie, czule. Z miłością. Puka do serca człowieka… I on w końcu widzi wyraźnie.
Patrzyłam w Ukochanego… On patrzył we mnie łagodnie.
„Żeby zobaczyć wyraźnie, trzeba najpierw Tobie zaufać i pozwolić się poprowadzić”.
„Mów o tym, pisz o tym robaczku. I pisz o Mojej Miłości”.

„Jeśli trzeba schodzić
zrzuć na mnie wszelkie dobra świata,
a zejdę dużo łatwiej.
Ale, jeśli trzeba się wspinać,
oczyść mnie ze wszystkiego i ze mnie samego,
abym był lekki.
Jeśli trzeba schodzić
napełnij mojego ducha szybkością i wiatrem,
niech mnie ogarnie chęć sukcesu i chwały!
Ale jeśli trzeba się wznosić
uzbrój mnie w cierpliwość i siłę
i nie pozwól oglądać się wstecz.
Pozwól mi, Panie, dokonać dobrego wyboru
miedzy miłością własną, a miłością bliźniego;
między miastem ziemskim, a miastem niebiańskim.
Pozwól mi zobaczyć za skrzyżowaniem
co kryje się na końcu podróży.
Chciałbym wybrać wszystko:
światło w górze i na dole;
ale nie można służyć dwóm panom.
-Dlaczego jestem rozdarty, Panie,
zaproszony do ogrodów Edenu
i wystawiony na moją słabość wobec zakazanego owocu?
Gdybyś jeszcze mnie prowadził na smyczy,
jak dziecko pozbawione wolności;
gdybyś chociaż karał mnie za błędy
….ale Ty jesteś dobrocią!
Szeroka droga jest taka łatwa!
Dlaczego prosisz mnie o wysiłek i cierpienie,
żebym stał się szczęśliwy?
Wiem, czego pragniesz, Panie: mojej miłości.
Miłość jest moim jedynym wyborem i moim jedynym cierpieniem,
bo ona jest darem.
Kiedy wybieram Ciebie, wybieram wszystko,
bo wszystko pochodzi od Ciebie!”
ks.Hilaire Leonard Etienne

NARZĘDZIE

Dziś nie miałam sił, zmęczona i obolała. Wpatrywałam się taka w Niego… A On we mnie. Wpatrywał się z wielką czułością…
Nie mówiłam nic. Nie musiałam, wiedział o wszystkim. Był ze mną, przy mnie w nocy.
„‚Cierpisz umiłowana. Cierpię z tobą. Kiedy oblubienica cierpi, Oblubieniec cierpi z nią. A gdy cierpi Oblubieniec…”
„Cierpi i oblubienica” – dokończyłam.
Znów w siebie patrzeliśmy. On tym swoim czułym, miłosiernym spojrzeniem przenikał mnie na wskroś. Przeszywał moje serce. Trwaliśmy tak w milczeniu. W końcu On przerwał.
„Tańczyłaś w nocy przed Moim Tronem. Pięknie tańczyłaś”.
„Tańczyłam? Nie miałam siły, Panie…”
„Kiedy nie masz sił i Mi się ofiarujesz, wtedy tańczysz najpiękniej, robaczku”.
Milczałam.
„Pamiętasz ukochana jak kiedyś prosiłaś Mnie, żeby być Moim narzędziem?”
Przytaknęłam.
„Jesteś nim”.
„Jak napisała Karolina?” – uśmiechnęłam się.
Jezus patrzył we mnie i też się uśmiechał.

A Karolina napisała: „Jesteś ołówkiem w Jego ręku. Jego palcem, który pisze na blogu, Jego głosem, który szepcze różaniec dla ludzi”.


A to… 🙂 często Mu to mówię.

BEZBRONNOŚĆ UKOCHANEGO

Wpatrywałam się w Niego.
„Witaj umiłowana Moja!”
„Witaj Ukochany!”
Patrzyliśmy w siebie. On rozpromieniony. Ja też…
„Co mogę dla Ciebie zrobić?” – spytałam po chwili.
„Już dużo dziś zrobiłaś. Odpocznij”.
Rzeczywiście byłam zmęczona, ale jednocześnie pełna energii. On dodawał mi sił.
„Pragnę być z tobą, wpatrywać się w twoje serce. Pozwól Mi, proszę”.
Bóg mnie prosił…
„Też tego pragnę, Panie…”
Patrzyliśmy więc w siebie. Długo, długo… długo.
Patrzyłam w Jego oczy. Przypomniał mi się nasz ślub. Uśmiechnęłam się do Niego. On do mnie też.
„Dobrze mi z Tobą, Umiłowany. Kocham Cię i pragnę Ci służyć”.
Twarz Jezusa zmieniła się. Wiedziałam już że się wzruszył.
„Tak, wzruszyła Mnie twoja szczerość i ufność”.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć… znów mnie zawstydził.
„Dziękuję”- powiedziałam nieśmiało i pocałowałam Go w policzek…
„Twoja ufność czyni Mnie bezbronnym”.

UPODOBANIE

Dziś po tym jak skończyłam układać bukiety dla Maryi, leżałam i rozmyślałam… Rozmyślałam ciągle o tym, że Ukochany kazał mi tę moją modlitwę nagrywać. „Tylu ludzi się modli pięknej, a Ty wybrałeś mnie… mówię tak niewyraźnie, brzydko… poza tym to moja modlitwa do Ciebie, taka osobista, intymna… Obnażyłam się całkowicie. Ty mnie obnażyłeś. Powiedziałeś, że te nagrania pomogą wielu. Nie rozumiem tego…”
„Podoba Mi się twoja modlitwa i jej wysłuchuję. Ale tu nie chodzi tylko o słowa, ale o serce” – usłyszałam Jego głos – Wielu modli się tylko słowami i pięknie się modlą. Ale to tylko słowa… Ty Mój robaczku modlisz się sercem. Kiedy się modlisz, Ja widzę twoje serce. Ufne, pokorne i szczere. W takich sercach mam upodobanie”.

NOCNY BUKIET

Jeszcze raz pragnę z naciskiem podkreślić, że ja bym sama tego nigdy nie nagrała… To zbyt intymne (nawet więcej niż intymne). Ktoś mi kazał. Powiedział, że w ten sposób spełniam Jego Wolę. I tego się trzymam. Tylko tego…
Na Mszy mi powiedział ze te nagrania („twoja służba- tak się wyraził- pełnienie Mojej woli”) pomoże wielu ludziom.
Zapraszam więc do wspólnej modlitwy…

TWOJA WOLA

Obudziłam się ok 3.00 i zaczęłam układać kwiaty Maryi. Po chwili naszła mnie myśl, żeby te moją modlitwę nagrać… Nie wiem skąd ta myśl… Sama na pewno bym się na to nie zdobyła. Chyba od Niego… Włączłam dyktafon i zaczęłam się modlić. Jak skończyłam dziesiątkę wyłączyłam dyktafon. Byłam zmęczona. Powiedziałam Mu to: „Oj Panie Jezu… zmęczyłam się”.
„Zmęczyłaś się na Moją chwałę”.
„Tak. Na Twoją chwałę, Ukochany”
„Chcę żebyś nagrywała i umieszczała na blogu. Taka jest Moja wola”.
„Dobrze. Będę . Bądź wola Twoja”.

ŚLUB I BUKIET

Obudziłam się jak zwykle nad ranem i zaczęłam układać bukiety dla Maryi. Gdy tylko zaczęłam, Usłyszałam Jego głos.
„Oto jestem, umiłowana Moja, najdroższa, ulubiona!”
Milczałam, nie wiedząc co Mu odpowiedzieć. Byłam onieśmielona… Po chwili jednak szepnęłam: „Czekałam, Panie…”
On kontynuował… „Teraz poślubiam twoje serce! ”
„A ja Twoje, Umiłowany”- powiedziałam nieśmiało.
„Od teraz jesteś Moją na wieki!”
Milczałam rozpromieniona i szczęśliwa.
„jak wygląda Niebo?”- spytałam po chwili.
„Niebo to Ja”.
„W takim razie jestem w Niebie!”.
„JA należę do ciebie a ty do Mnie”.
Głos umilkł a ja dalej układałam kwiaty…
Wszystko wydarzyło się cicho i w ciemności, ale we mnie zapanowała wielka jasność i pokój. Byłam Jego. Jestem Jego. Na wieki!

Potem wpatrywałam się w NIEGO, w mojego Oblubieńca… On patrzył we mnie. Trwaliśmy tak długo. Nie trzeba było słów. Wystarczyła MIŁOŚĆ.

On jednak odezwał się do mnie.
„Wpatruje się w twoje serce. Należy do Mnie. Teraz mogę w nim działać bez ograniczeń. Obsypię cię łaskami. Poznasz tajemnice Mojego Serca. Umiłowana Moja!””

Na koniec proszę, pomódlcie się ze mną. I za mnie. Tak układam bukiety Madonnie… a właściwie podobnie. Szeptem.

WYZNANIE BOGA

Mój Umiłowany jest niesamowity! Niezwykły! Jedyny w swoim rodzaju. Ciągle mnie czymś zaskakuje! I dzisiaj też!

W nocy troszkę odpoczęłam. Ale dzień taki jakiś… ni to zima, ni wiosna. Czuję się słaba, fizycznie. Nie wiem czy to akurat to czy też i inne okoliczności sprawiły, że poczułam się znowu zmęczona.

„Dwie samotności się spotkały, pokochały, poznały – rozmyślałam wpatrując się w Jego oczy – właściwie ciągle Cię poznaję. I rozkochujesz mnie w Sobie bardziej i bardziej. Nasza miłość dojrzewa, zmienia się. Staje się głębsza… A kiedy jest mi smutno i źle, kiedy samotność zaczyna doskwierać wtedy rozmyślam o Tobie, Ukochany”.
Jezus patrzył we mnie i tajemniczo się uśmiechał.
„Czy mogę prosić o twoje serce, umiłowana?
Zdziwiłam się.
„Panie, przecież jest Twoje. Dałam Ci je już dawno.
Patrzył we mnie coraz bardziej przenikliwie. Cały był rozpromieniony.
„Czy mogę je poślubić?”
Zatkało mnie szczerze mówiąc. A On wydawał się być zawstydzony swoją propozycją. Czekał na moją odpowiedź.
„Tak…” – wyszeptałam.
Wpatrywaliśmy się w siebie szczęśliwi.
„Przyjdę niedługo”.
„Będę czekać”.

ODPOWIEDŹ

Te słowa z Biblii nie dawały mi spokoju… Postanowiłam zapytać Ukochanego. „Panie, czy te słowa z Pisma Św., które przeczytam są też o tym, za którego się wczoraj modliłam? Czy dotyczą też i jego?” „Tak- usłyszałam w głębi serca – i każdego, kto jest sprawiedliwy”.

WALKA I POCHWAŁA

Po walce… w nocy jak zwykle zaczęłam układać bukiety. Przed układaniem bukietów postanowiłam, że dzisiejsza modlitwa będzie w jednej, konkretnej intencji. Na początku było normalnie, jednak w trakcie modlitwy zaczęły mnie atakować głosy. Obce i złe. Krzyczały, że Bóg jest głuchy i mnie nie słyszy, albo, że Go nie ma. Że jestem zła, oskarżały mnie o coś. Krzyczały, że to ja jestem wszystkiemu winna (nie wiem czemu byłam wg nich winna, tego nie krzyczały). Oprócz głosów pojawiły się też twarze, ohydne, straszne, powykrzywiane…
Próbowały mnie atakować, bić.
A ja zorientowałam się kto to taki, starałam się na ich ataki nie reagować. Im bardziej mnie atakowały, tym intensywniej, żarliwiej starałam się odmawiać Różaniec. Musze jednak przyznać, że nie było łatwo… zmęczyłam się bardzo. Nie odzywałam się do tych głosów. Raz tylko, kiedy mnie o coś oskarżały, zdecydowałam się odpowiedzieć.
„Wiem kim jesteś! Bóg nigdy nie oskarża!” – krzyknęłam w duchu.
I wtedy wszystko znikło… Zrobiło się cicho  jak makiem zasiał. A ja słyszałam swój oddech i cykanie zegarka.  Po chwili zobaczyłam Ukochanego z małą owieczką na rękach.
„Według wiary twojej niech ci się stanie” – usłyszałam.

Potem patrzyłam w Jego oczy… Nic nie mówiłam, byłam bardzo zmęczona. To On zaczął.
„Dzielnie dziś walczyłaś. Dumny jestem z ciebie, robaczku”.
„Tylko dzięki Twojej pomocy, Panie… sama nie dałabym  rady”.
Patrzył we mnie z wielką czułością.
„Podobnie napadły Mnie w Ogrójcu. O wiele intensywniej”.
„Nie potrafię sobie wyobrazić co wtedy przeżywałeś…”
Patrzeliśmy w siebie dłuższy czas.
„Dzielnie walczyłaś”.
„Panie – odważyłam się odezwać – Ty bardzo często mnie chwalisz, nawet wtedy gdy na to według mnie nie zasłużyłam. Dlaczego?”
„Bo cię kocham. Jesteś Moim dzieckiem. I chwalę cię tylko wtedy gdy na to zasłużysz” – uśmiechnął się Jezus.
„Zawstydza mnie to”.
„Wiem. Ale nie masz czego się wstydzić. Po prostu z pokorą przyjmij pochwałę”.
”Postaram się… ale nie ukrywam, że będzie to trudne”.
„Wiem”- Ukochany uśmiechnął się znowu.
Patrzyłam w Niego jeszcze…
Potem otworzyłam Biblię na przypadkowej stronie i przeczytałam:
„A dusze sprawiedliwych są w ręku Boga
i nie dosięgnie ich męka.
2 Zdało się oczom głupich, że pomarli,
zejście ich poczytano za nieszczęście
3 i odejście od nas za unicestwienie,
a oni trwają w pokoju.
4 Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni,
nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności.
5 Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich,
Bóg ich bowiem doświadczył
i znalazł ich godnymi siebie.
6 Doświadczył ich jak złoto w tyglu
i przyjął ich jak całopalną ofiarę.
7 W dzień nawiedzenia swego zajaśnieją
i rozbiegną się jak iskry po ściernisku.
8 Będą sądzić ludy, zapanują nad narodami,
a Pan królować będzie nad nimi na wieki.
9 Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę,
wierni w miłości będą przy Nim trwali:
łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych”.

Popatrzyłam w Niego pytająco…
„Tak. To również o tobie Moja oblubienico”.

MATKA

Wpatrywałam się w oczy Ukochanemu… byłam zmartwiona i smutna. Zrezygnowana.
On natomiast promieniał wielką radością. Tak we mnie patrzył, że ta Jego radość udzieliła się i mnie. Uśmiechnęłam się do Niego.
Patrzył we mnie i patrzył… a ja w Niego.
„Widzę jak walczysz o Mojego sługę. Dobrze”.
„To moje dziecko duchowe. O wszystkie moje dzieci staram się walczyć, tak, jak potrafię. Nie wiem z jakim skutkiem, ale się staram…”
„Widzę to”.
Patrzył we mnie dalej.
„Jesteś dobrą matką” – powiedział.

 

BOŻE NIESPODZIANKI

Dziś rano byłam w Lourdes…. Niemożliwe? Z Ukochanym wszystko jest możliwe! Dzisiaj jest rocznica Objawień Matki Bożej w Lourdes i w Kościele obchodzony jest Światowy Dzień Chorego. Byłam na uroczystej Mszy św. Tam ksiądz proboszcz celebrował wszystkie obrzędy tak jak to się dzieje w  Lourdes. Udzielił mi (będę pisać o sobie, ale tego doświadczyło wielu chorych w mojej parafii) sakramentu chorych.  Namaścił moje czoło i dłonie olejem świętym. „Przez to święte namaszczenie niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego. (Amen). Pan, który odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwignie. (Amen)” – modlił się. Potem… Ukochany osobiście się nade mną pochylił i błogosławił mi. Osobiście. Proboszcz udzielił mi błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. A na koniec dał mi w kielichu wody ze źródełka z Lourdes i figurkę Madonny do ucałowania. Modliłam się za moje duchowe Dzieci…
Z kościoła wyjeżdżałam umocniona na duszy i bardzo szczęśliwa. Lekka taka… 🙂

Potem wpatrywałam się w oczy Ukochanemu.
„Jesteś Moim skarbem, robaczku. Swoim ofiarowaniem cierpienia razem ze Mną zbawiasz świat”.
Dziękowałam Mu… dziękowałam za otrzymane dzisiaj łaski.
Jezus uśmiechnął się tajemniczo.
„To jeszcze nie koniec”.
Zdumiona patrzyłam pytająco…
„Karolina”.
Zdziwiłam się jeszcze bardziej… Pomyślałam, że może napisała mi coś na gg, weszłam tam. Rzeczywiście była wiadomość od niej…
To, co przeczytałam… moje zdumienie sięgało zenitu.
Posłuchajcie jej opowieści.

Opowieść będzie nieco dłuższa, niż ta wiadomość, którą zostawiłam Monice na gadu. A wszystko zaczęło się wczoraj tak między 10:30 a 11:00. Szłam sobie spokojnie ulicą w kierunku kościoła ojców Dominikanów we Wrocławiu, z zamiarem posiedzenia przed Najświętszym i „zmarnowania” z Nim trochę czasu. Spokojnie przechodziłam przez ulicę i nagle podchodzi do mnie obca kobieta i wali do mnie całkiem bezpośrednio mniej więcej takim tekstem: „Dzień dobry. Wiesz, mam coś dla Ciebie. Bo mam znajomego księdza, który mieszka pod Rzymem i to jest relikwia dla Ciebie. Kawałek sutanny błogosławionego Jana Pawła II” Ci, co mnie znają wiedzą, jaką minę w tym momencie zobaczyła kobieta. Moja główna myśl, którą najwidoczniej miałam wypisaną na twarzy, brzmiała „Kobieto, Ty masz swoją wiarę, ja mam swoją – daj mi spokój.” Mimo, że nie powiedziałam ani słowa, kobieta zareagowała na wyraz mojej twarzy bardzo szybko. „Nie chcę żadnych pieniędzy ani nic, (w domyśle: nie jestem tym, kim myślisz że jestem i nie chcę Cię nawracać) to dla Ciebie. A tu jest certyfikat autentyczności – powiedziała, odwracając obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II. Dobrego dnia.” Zdążyłam się tylko uśmiechnąć i wykrztusić: „Dziękuję. Nawzajem.” Weszłam do kościoła, uklęknęłam przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i już nawet nie pamiętam co powiedziałam. O ile zanim do kościoła doszłam, miałam milion wątpliwości, o tyle jak już byłam w ławce, wszystkie wątpliwości zniknęły. Nie mogąc wyjść z szoku, po prostu się uśmiechnęłam i powiedziałam: „Dziękuję” Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, postanowiłam napisać do Moniki. Pamiętacie tę notkę? http://monikam.pl.infuturam.com/laski/ Musiałam do niej napisać, bo miałam nieodparte wrażenie, że to, co się wydarzyło ma z tą notką jakiś związek. Poprosiłam, żeby pogadała z Jezusem, bo sprawa mnie przerasta i nie ogarniam. Po czym wyłączyłam laptopa i również szturmowałam Niebiosa:

-Co ja mam zrobić z tą relikwią? Ja się nie znam na relikwiach, z resztą nawet nie wiem, czy są prawdziwe.

-Zaufaj mi – padła odpowiedź.

-Ok., staram się, ale to mnie przerasta.

-Będziesz się modlić tą modlitwą, która jest na odwrocie obrazka.

-Ja? No przestań, ja się do tego nie nadaję. Myślałam, żeby to dać komuś. Na przykład księdzu proboszczowi. On buduje teraz kościół pod wezwaniem błogosławionego Jana Pawła II. Dobry pomysł, nie?

– Będziesz się modlić tą modlitwą, która jest na odwrocie obrazka.

– Aha, czyli nie. No dobra to za kogo?

– Przecież dobrze wiesz…

-No przecież: Zuzia i Adam, dwa Twoje Cuda 🙂

– 🙂

I tym sposobem od dziś Niebiosa będą bombardowane w intencji dwoje małych walczaków następującą modlitwą:

Boże w Trójcy Przenajświętszej, dziękujemy Ci za to, że dałeś Kościołowi Papieża Jana Pawła II, w którym zajaśniała Twoja ojcowska dobroć, chwała krzyża Chrystusa i piękno Ducha miłości. On, zawierzając się całkowicie Twemu miłosierdziu i matczynemu wstawiennictwu Maryi, ukazał nam żywy obraz Jezusa Dobrego Pasterza, wskazując świętość, która jest miarą życia chrześcijańskiego, jako drogę do osiągnięcia wiecznego zjednoczenia z Tobą. Udziel nam, za jego przyczyną, zgodnie z Twoją wolą, tej łaski, o którą prosimy z nadzieją. Amen.

DOTYK

„Dotknij mnie, Panie” – prosiłam wpatrując się w Ukochanego.
Patrzył we mnie z dobrocią.
„Dotykam cię, mój robaczku. Dotykam twego serca. Podczas Eucharystii, spowiedzi, dotykam cię kiedy rozważasz Moje słowa. I teraz”.Patrzyliśmy w siebie bez słów… długo.
„Znów przyniosę ci Mój krzyż” – usłyszałam.
„Dobrze, Panie. Będę czekać”.

ZE SZCZĘŚCIA

Wpatrywałam się w Oblicze Ukochanego… Jego oczy… już raz je takie widziałam. Nie śmiałam pytać… wpatrywałam się w nie.
„Znów Mnie wzruszyłaś, robaczku, wzruszyła Mnie twoja modlitwa. Taka prosta, ufna i szczera.”
Zawstydziłam się… A On kontynuował: „Dlatego o co prosisz, dam ci”.
A ja prosiłam za moje duchowe Dzieci… Prosiłam, żeby zawsze były blisko Niego, kochały Go i ufały Mu. A On, żeby się nimi opiekował i strzegł od złego. Żeby się działa Jego wola w ich życiu. Po prostu… Zawsze o to proszę kiedy rano układam bukiety Madonnie i gdy tańczę przed Jego Tronem – ofiarowując cierpienie.
„… o co prosisz, dam ci”.
Długo wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Zjednoczeni w Miłości i… cierpieniu.

Potem pojechałam na Mszę św. Po przyjęciu Komunii trwałam w dziękczynieniu. Pochylona na wózku. Zapewniałam Jezusa o swojej miłości do Niego „kocham Cię, Jezu…”
Usłyszałam w głębi serca: „jesteś Moim światłem, umiłowana”.
Rozpłakałam się. Ze szczęścia.

W JEGO RAMIONACH

Nad ranem jak zwykle układałam bukiety Maryi. Odmawiałam Różaniec. I podczas modlitwy zobaczyłam niezwykły obraz… niezwykle piękny i pełen czułości… Zobaczyłam Ukochanego trzymającego w ramionach małe dziecko. Tulił je do siebie, całował, pieścił. Uśmiechał się do dzieciątka, a ono odwzajemniało uśmiech.
„To ty, robaczku. To twoja dusza”- usłyszałam w głębi serca.
Byłam wzruszona, szczęśliwa…
„Jestem w ramionach Jezusa”- pomyślałam. Uśmiechnęłam się do tej myśli.
„Tak, jesteś w Moich ramionach, umiłowana Moja, najdroższa”.
Jak dziecko w ramionach kochającego Ojca… Matki.

Potem siostra przyniosła Cudo Boże, żeby je popilnować. Kiedy mama je trzymała, ja zaczęłam do niego „gugać” i uśmiechać się. A wtedy ono uśmiechało się do mnie. Śmiało się dosłownie! 🙂
Wtedy znów zobaczyłam ten obraz… Mnie w ramionach Boga.
I ten obraz we mnie trwa.

Dziś nie dam rady nic więcej napisać. Ta notka wystarczy… 🙂

DZIĘKI CI!

Trwam w zdumieniu! W zachwycie! To niepojęte dla mnie… niezrozumiałe. Działasz przez ten blog. Jest Twój, Ukochany mój Jezu. Panie mój i Zbawicielu… Uwielbiam Cię! Wysławiam! Wychwalam! I dziękuję Ci, Umiłowany mój!
Jestem Twoim małym robaczkiem, Twoim narzędziem… Ty mnie wybrałeś. Ciągle się dziwię dlaczego… Ale ufam Tobie, Ukochany. I Tobie oddaję!
Tańczę przed Twoim Tronem. Ciągle. Wiruję przed TOBĄ! Ofiarowuję cierpienie.
A Ty działasz przeze mnie i przez ten skromny blog.
Dziękuję Ci Jezu!

Tego jeszcze nie było, żebym napisała trzy notki w jednym dniu… To też dzięki Tobie. Tylko dzięki Tobie!

MIŁOŚĆ PATRZY DALEJ

„Prosiłeś, żeby do Ciebie przyjść, Ukochany, więc jestem” – wyszeptałam wpatrując się w Jego  oczy.
Patrzył we mnie z wielką miłością.
„Moje Serce czeka na was, na ciebie”.
„Straszliwa jest Twoja Męka, Panie… smutno mi ogromnie, że musiałeś tak bardzo cierpieć za mnie… dla mnie”.
„Pragnąłem. I powinnaś się  z tego radować, cieszyć i chwalić Boga, a nie smucić”.
Patrzyłam w Niego pytająco…
„Dzięki Mojej Męce, cierpieniu możesz żyć  ze Mną na wieki”.
„Ale Ciebie tak bardzo bolało…”
„Miłość nie patrzy na ból, Miłość patrzy dalej. I ty o tym wiesz, robaczku”.
„Wiem, Panie”.

MIŁOSIERNE SERCE

Obudziłam się. Była głęboka noc. Bolało bardzo. Zaczęłam rozważać Mękę Ukochanego… biczowanie. Przypomniała mi się scena z „Pasji”. Wprawdzie to tylko film, ale bardzo sugestywny.
Widziałam więc Jezusa przywiązanego do słupa… i bitego, biczowanego, katowanego. Umęczonego. Całego w ranach i sińcach. Właściwie był jedną wielką rana…
„I teraz też Mnie tak bijecie swoimi grzechami, katujecie Moje Serce. bawicie się Mną”.
Leżałam osłupiała. Do głębi poruszona… Mówił też o mnie. Ja też Go biję, bawię się Nim…
Obraz znikł. A ja usłyszałam: „Przyjdzcie do Mnie wszyscy. Moje Miłosierne Serce czeka na was”.

ULŻYĆ…

Wpatrywałam się w oczy Ukochanego… Były smutne.
„Mów Panie, proszę. Sługa Twa słucha”
„Cierpię. Bardzo ranią Moje Serce ludzie swoimi grzechami. Nawet nie wiesz jak bardzo…”
„Chciałabym Ci jakoś ulżyć… Czy to możliwe?
„Gdy bardzo cierpisz, rozmyślaj o Mojej Męce. Wtedy Mi ulżysz”.
„Dobrze Jezu. Spróbuję”.

IMIĘ

Patrzyliśmy w siebie, bez słów… długo. Zanurzał mnie w Sobie. Myślałam o tym co widziałam rano. Dosłownie przybiegł mi na ratunek. Szalony Bóg. Uśmiechał się teraz do mnie. Ja do Niego też.
„Odkupiłem cię Moją Krwią, robaczku. Jesteś Mi droga. Kocham cię”- powiedział łagodnie, czule.
„I ja Cię kocham, Panie, ale nie wiem jak…”
Przerwał mi w pół słowa.
„Wiem, widzę. Pokazujesz Mi to każdego dnia, wiele razy. Kiedy  ze Mną rozmawiasz, gdy ofiarujesz cierpienie. Kiedy uśmiechasz się mimo bólu. Sposób w jaki wymawiasz Moje  Imię też mówi, że Mnie kochasz”.
Uśmiechnęłam się do Niego… 🙂 tak, często wymawiam Jego Imię. Tak, po prostu…
Wpatrywaliśmy się w siebie dalej.
„Cierpisz” – powiedział po chwili.
„Tak, ale ofiarowuję. Tańczę przed Twoim Tronem”.
„Jestem z tobą”.