W RAMIONACH UKOCHANEGO

Trudno mi opisać co Ukochany we mnie robi. Co robi ze mną. Rozkochuje mnie w Sobie coraz bardziej i bardziej. Pociąga mnie do Serca, przyciąga. I rozpieszcza. A ja przecież nic wielkiego nie robię, tylko staram się Mu podobać i Go kochać. Się staram… Pragnę.

Gdy po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii zaczęłam się w Niego wpatrywać, usłyszałam głos w głębi serca:
„Jesteś, oblubienico Moja”.
„Jestem, Panie”.
„Pragnę, żebyś wiedziała, że Moja Miłość do ciebie nie ma granic, nie ma końca. I to co ci mówię o tobie jest prawdą”. Nie jest na wyrost, jak czasem myślisz”.
Uśmiechał się przy tym łagodnie, czule. I pobłażliwie.
Czułam się jak małe dziecko w ramionach Taty. Byłam bezpieczna i bardzo szczęśliwa. Pełna pokoju i radości. I… czegoś jeszcze :), ale nie potrafię tego ani opisać, ani nazwać. Może pełna Obecności Bożej. Nie wiem. 🙂 On wie.
Zaczęłam Go prosić, żeby tak mnie skruszył, wypalił, żebym znikła, żeby mnie nie było. Tylko ON. Żebym stała się przeźroczysta, żebym Go sobą nie zasłaniała.
Jezus, Umiłowany mój uśmiechał się do mnie…

ŁAGODNY I CICHY

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii patrzyłam w Ukochanego…
„Witaj oblubienico Moja, perło Moja!”
„Witaj Umiłowany!”- uśmiechnęłam się.
Jezus był poważny, ale promienny.
Wpatrywałam się i rozmyślałam o Ewangelii.
„Łagodny i pokorny sercem, którego jarzmo jest słodkie a brzemię lekkie… Tak… Przychodzę do Ciebie utrudzona i obciążona, a Ty mnie pokrzepiasz. Dajesz siłę. Jesteś ukojeniem dla mojej duszy”.
Patrzył we mnie czule… jakbym była, byłam takim prostaczkiem, któremu powierzał Swoje Tajemnice. I tak było. Powierzał.
„Chcę być jak Ty… naucz mnie, proszę – szepnęłam – kocham Cię i chcę być jak Ty”.
Patrzył we mnie, a w głębi serca usłyszałam:
„Jesteś. Dźwigasz swoje jarzmo pokornie i cicho. Teraz bardzo cierpisz choć nikt o tym nie wie. Tylko Ja”.
„Tańczę dla Ciebie, Jezu!”

MIŁOSIERNY

Dziś nie będzie opisu mojej modlitwy. Uwielbiałam Jego Miłosierdzie, a potem długo z Nim rozmawiałam o sprawach bardzo osobistych. O moich grzechach. Właściwie o jednym. Rozmawiałam i zdumiona jestem. Po pierwsze dlatego, że mogę z Nim o tym rozmawiać. Tak, po prostu. Zwyczajnie. Radzić się. A przede wszystkim słuchać. Po drugie dlatego, że mnie nie osądza, nie oskarża choć ma do tego wszelkie prawo. A On nie. Jest ze mną. I podnosi! On mnie podnosi. Swojego robaczka nazywa perłą.
A we mnie dzieje się coś… Chcę być lepszą, dla Niego. I ufam Mu, że mi w tym pomoże. Ufam w Jego  Miłosierdzie. Ufam Miłosiernemu.

PERŁA

Nad ranem kiedy układałam bukiety Madonnie zobaczyłam obraz… Zobaczyłam stado świń, które coś deptały, niszczyły. Nie widziałam tego, bo było brudne, ukryte w błocie i nieczystościach. Nie widziałam, ale podświadomie wiedziałam co to było. To była perła. Co więcej, coś/Ktoś mi mówiło, że tą perłą jestem ja…
„Tak, tak właśnie wyglądam, cała w błocie i nieczystościach. To cała prawda o mnie. Brudna, nędzna i grzeszna”- pomyślałam. Zaczęłam się upokarzać, przepraszać Ukochanego za to jaka jestem.
Potem zobaczyłam przecudną koronę, wysadzaną drogocennymi kamieniami, diamentami, była też jedna, mała perła.
„Jesteś perłą w Moim diademie, robaczku!” – usłyszałam.
Byłam zdumiona! Przecież widziałam siebie wśród świń i nieczystości!
„Kto się poniża, wywyższony będzie” – usłyszałam znowu.

Dziś było inaczej niż zwykle. Kiedy zaczęłam się wpatrywać w Ukochanego, zdawało mi się, że koniecznie chce mi coś  powiedzieć. Nie myliłam się.
„Pragnę się podzielić  z tobą Moją tajemnicą, kochany robaczku”.
Słuchałam z zapartym tchem a On kontynuował:
„Nazywam cię <robaczkiem>, bo prosiłaś Mnie o to, ale naprawdę jesteś Moją drogocenną perłą. Drogą i drogo okupioną”.
Trwałam w  zdumieniu, dziękczynieniu i uwielbieniu…
Jestem Jego perłą… Niesamowite!

PRZYLGNIJ

Wpatrywałam się w Jego oczy… W spojrzenie z krzyża. Miłosierne, jasne, dobre, łagodne, czułe. Przenikające mnie na wskroś.
Wczoraj postanowiłam zerwać całkowicie z czymś złym w sobie. Wcześniej próbowałam kilka razy zerwać, ale nie wychodziło. Wracało. Wczoraj postanowiłam definitywnie.
Dziś powierzyłam, oddałam Mu to jeszcze raz. Prosiłam, aby mi pomógł, bo sama nie dam rady.
„Jesteś teraz w Moim Sercu, kochana. Przylgnij do Niego”.

NAD ŻYCIE!

Od kilku dni  „chodzi” za mną pewna pieśń 🙂 Dziś włączyłam dyktafon i nagrałam…

Skończyłam nagrywanie i… śpiewałam dalej.
Wpatrywałam się  w Ukochanego i śpiewałam Mu… A On patrzył we mnie i uśmiechał się.
„Dla Ciebie, Umiłowany – uśmiechnęłam się – może niezbyt ładnie, ale szczerze!”
Patrzyłam dalej…
„Nawet papuga mi pomaga” – roześmiałam się.
„Pięknie śpiewasz, Mój robaczku. Sercem”.
„W Niebie będę śpiewać dla Ciebie. Piękniej”.
Patrzeliśmy w siebie dalej…
Wpatrywałam się w Jego oczy. Naraz zobaczyłam w nich tak ogromną Miłość do mnie, że nie sposób wyrazić! I cichy głos, który nieśmiało szeptał  do mego serca:
„Kocham cię, Moniko”.
„I ja Cię kocham, Panie! Nad życie! Ty jesteś moim Życiem!”

LATANIE I TĘSKNOTA

Nad ranem układając bukiety Madonnie, rozmyślałam o Jej życiu. Po ludzku było przegrane. Ślub (może szybki), Dziecko, ucieczka do Egiptu, trudna, wyczerpująca. Potem śmierć męża i odejście Jedynego Syna. Trudno było Jej pewnie to przeżyć, znieść. Może słyszała różne plotki od „życzliwych”. Na pewno bolało Ją kiedy wyrzucono Jezusa z synagogi i chciano zabić..
Potem Jego Męka i śmierć… konanie na krzyżu… Konała wraz z Syneczkiem… Trzymała potem Jego martwe Ciało w ramionach. Madonna z Dzieciątkiem.
Zmartwychwstanie. Jaka była szczęśliwa! Jaka szczęśliwa!
Nie wiadomo czy tęskniła za Synem gdy wstąpił do Nieba… po ludzku może tak.
Ale Ona nie myślała po ludzku, ale po Bożemu…

I tak o Niej rozmyślałam i… tęskniłam za Nią i za Ukochanym.

Potem wpatrywalam się w Niego i… nadal tęskniłam.
Patrzył we mnie rozpromieniony, radosny.
„Robisz postępy w lataniu, kochany robaczku”.
Podziękowałam i patrzyłam dalej…
„Tęsknię za Tobą Jezu”- wyszeptałam.
„Jestem zawsze z tobą”.
„Wiem, ale i tak tęsknię” – uśmiechnęłam się.
Tęskni się za czymś/ za KIMŚ kogo się zna, lub kiedyś znało, ale utraciło. Jak za dawno nie widzianym przyjacielem. Ukochanym.
Im więcej z Nim rozmawiam, modlę się, tym bardziej tęsknię. I modlę się, żeby zaspokoić tę tęsknotę. I… tęsknię jeszcze bardziej.
Czy tęsknię za śmiercią? Nie! Tęsknię za Życiem! Za prawdziwym Życiem w NIM!
„Szczę­śliwi ci, któ­rzy za życia tęsk­nią już do innego świata. Bo jeśli spo­tkają Boga prze­cha­dza­ją­cego się brze­giem jeziora, spo­tkają Życie. Wtedy śmierć sta­nie się naro­dzi­nami”- napisał ks. Tomasz.
Jestem szczęśliwa, bo mam za KIM tęsknić!

LEKCJA LATANIA

Znów słów brakuje… Może z Jego pomocą opiszę.
Wpatrywałam się w Oblicze Ukochanego…
„Witaj Umiłowany mój”- wyszeptałam.
Witaj Mój biedny robaczku”- usłyszałam w głębi mego serca.
Tak… tylko On zna moją biedę, moją nędzę… najlepiej. Ja też ją coraz bardziej poznaję. On daje mi poznać. Im bliżej Jego jestem tym bardziej widzę jaka jestem nędzna, jaka malutka…
Ale On kocha mnie mimo to. A może właśnie dlatego…
Jezus kontynuował:
„Dziś pierwsza lekcja latania”.
Słuchałam podekscytowana :)”Żeby wzlecieć w górę musisz oderwać się od wszystkiego co ziemskie”.
Niby proste- pomyślałam- a jednak trudne. Tak wiele razy na modlitwie, mimo najszerszych chęci, zamiast myśleć o Bogu, rozmyślam o czymś innym. Kiedy się na tym „złapię”, zaraz do Niego wracam i przepraszam. Ale zdarza mi się…
Powiedziałam Mu  o tym.
Jezus uśmiechał się do mnie.
„Przecież już to potrafisz. I często odrywasz się od ziemskich spraw. Kiedy tańczysz przed Moim Tronem”.
To było olśnienie… 🙂
„Tak! Kiedy tańczę dla Ciebie zapominam o Bożym świecie! Tylko tańczę! Wiruję w przestworzach… Tańczę przed Twym Majestatem”.
Ukochany uśmiechał się do mnie dalej.
„Niedaleko ci do latania, robaczku. Kiedy się ze Mną spotykasz, zawsze tańcz dla Mnie”.
„Dobrze, Ukochany, spróbuję”.

ZANURZONA W MIŁOŚĆ

Wpatrywałam się w Ukochanego… Był wzruszony. Ja także… W nocy wydarzyło się coś… Nie będę tego opisywać. Powiem tylko, że to była bardzo ciemna noc dla mnie.
Patrzeliśmy więc w siebie wzruszeni…
„Jesteś, kochany robaczku!” – usłyszałam w głębi serca.
„Jestem, Panie..”
Patrzył we mnie tak czule, choć miał wszelkie powody, żeby mnie potępić, oskarżyć…
Zaczęłam Mu to dziękować.
Potem usłyszałam:
„Oto teraz zanurzam cię w Miłość. W chrzcie zanurzyłem cię w Moją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Teraz zanurzam cię w Moją Miłość”.
Dziękowałam Mu, wielbiłam. Prosiłam, żeby nie wypuszczał mnie ze Swoich rąk.
„Trzymam cię w nich mocno, robaczku”.

Z OTCHŁANI

I jak to odpisać! Znowu słów brakuje!
Wpatrywałam się w Ukochanego… Siadałam do modlitwy z nastawieniem adoracji, wielbienia Go.
Kiedy już zaczynałam, On  mi przerwał, mówiąc:
„Oto teraz, robaczku, schodzę do twojej otchłani, na dno twojego jestestwa. I wydobywam to, co w tobie martwe, umarłe. Wydobywam i ożywiam. Daję życie.  To potrzebne, żebym mógł cię nauczyć latać”.
Patrzyłam oniemiała… Radosna, szczęśliwa!
Jezus uśmiechnięty mówi dalej.
„Pamiętasz robaczku co powiedziałem na samym początku naszych spotkań?”
„Jak mogłabym zapomnieć, Panie… Powiedziałeś, że jestem piękna w Twoich oczach” – szepnęłam zawstydzona.
„Tak! I powiem więcej! Piękniejesz coraz bardziej. Kwitniesz! Jesteś coraz piękniejsza!”
„Tylko dzięki Tobie, Umiłowany!”
Zaczęłam Mu dziękować, wielbić, adorować.
„Ukochany mój, Piękny mój, najlepszy, najdroższy mój! Skarbie mój!”
A… w sercu słyszałam…
„Umiłowana Moja! Piękna Moja, najdroższa! Oblubienico Moja!”
On… adorował… mnie!
I jeszcze powiedział”
„Pragnę mieszkać w sercach ufnych, pokornych, czystych, dziewiczych. Twoje serce takie jest!”
Byłam w szoku. I ciągle jestem…

WIELKI PIĄTEK

Wielki Piątek
Wpatrywałam się w Umiłowanego i rozmyślałam…
„Panie, przed Tobą jestem niczym, moje cierpienie jest niczym. Mój krzyż jest niczym. Jestem niczym, „pyłkiem i liściem na wietrze”. A Ty to nic AŻ tak kochasz. Mnie – takie nic. Aż tak! Aż po krzyż. Cierpisz  i umierasz za mnie. To ja powinnam, bo to moje grzechy,  słabości i cierpienia dźwigasz. Ty je  poniosłeś i za nie umarłeś na krzyżu”.
Jezus patrzył we mnie poważnie, ale pogodnie. A  w moim  sercu kołatały Jego słowa, które już wcześniej słyszałam:
„Dla ciebie wszystko, robaczku!”

POKARM

Wielki Czwartek.
Dziś Umiłowany mój, Jezus Chrystus dał mi siebie za Pokarm.

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii, wpatrywałam się w Ukochanego.
„Jezu mój, Miłości moja, Ty jesteś mój. ja jestem Twoja”.
Patrzył we mnie jasny, pogodny, uroczysty.
Patrzyłam w Niego i rozmyślałam.
„Do końca mnie umiłował… Nie wystarczyła straszliwa Męka, nie  wystarczyła Śmierć haniebna i okrutna na krzyżu. Nie wystarczyło nawet Zmartwychwstanie. Został ze mną na zawsze. W białym opłatku. W kruszynie Chleba. Pozwolił Sobą się karmić. Żywić. Niesamowity Bóg!”
Potem zaczęłam wymieniać moich duchowych Synów. Kapłanów. Wymieniałam każdego po imieniu i oddawałam ich Jezusowi. To też ich Ukochany… Oddawałam Mu ich. Prosiłam za nimi.
„Zaufałem ci, Mój robaczku, powierzyłem ci Moje sługi. Dobrze się nimi opiekujesz. Wysłucham twojej modlitwy” – usłyszałam w głębi serca.
Byłam szczęśliwa… 🙂

POZA SŁOWAMI…

Patrzyłam w Jego Oblicze, w Jego twarz… Był promienny, jasny, pogodny. Ale cierpiący.
„Witaj Jezu Umiłowany”.
„Witaj kochana Moja!”
Patrzyłam i patrzyłam…
„Co widzisz?” – usłyszałam.
„Co widzę? Widzę Miłość…”
„Trwaj w Niej. Trwaj we Mnie. Pocieszaj. Kontempluj. Adoruj Weroniko”.
Starałam się trwać… w ciszy. Łączyłam moje małe cierpienie z JEGO. Ofiarowywałam  za moje Dzieci.
Patrzyłam w Niego…
„Rzuć się w przepaść Miłosierdzia Mojego”.
„Pragnę”.
Trudno to opisać. Wszystko odbyło się poza słowami. Ponad nimi.
W ciszy mojego serca..

CHWAŁA

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii, wpatrywałam się w Ukochanego… Rozmyślałam o Ewangelii. Samotny, zdradzony przez Apostoła. Wie, że drugi, Piotr Skała się Go zaprze, wyprze. Za chwilę straszliwa męka, krzyż. Po ludzku sytuacja beznadziejna. Po ludzku klęska. Jednak Jezus w tej sytuacji widzi swą chwałę. Jest nią otoczony przez Ojca. Tu zaczyna się Jego chwała.
Pomyślałam, że pragnę być Jego umiłowanym uczniem i jak on być z Jezusem do końca. A teraz pragnę być, jak on przy Sercu Umiłowanego. Spoczywać na Jego piersi.
„Jesteś tu, Weroniko”- usłyszałam w głębi serca.
Patrzeliśmy w siebie długo…

WIRUJĘ…

Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Witaj oblubienico Moja”.
„Witaj Umiłowany”.
„Dam ci doświadczyć Mojej Męki”.

I daje. Cierpię. Nie tylko fizycznie. Ale ofiaruję. Mam za kogo.
Ofiarowuję w ważnej dla mnie i szczególnej intencji.
Tańczę, wiruję przed NIM. I  proszę…

NIESAMOWITY CZAS!

Pustynia, dzień 40.
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Dziś był smutny, poważny. Cierpiący.
„Dzisiaj zaczyna się Moja Męka, robaczku”.
Szepnęłam, że wiem… Patrzeliśmy w siebie dalej.
„Nie zostawiaj Mnie samego” – usłyszałam.
„Nie zostawię, cierpię z Tobą, Ukochany”.
Wpatrywaliśmy się w siebie długo…

Ostatni dzień Wielkiego Postu. Niedziela Palmowa, Jezus uroczyście wjeżdża do Jerozolimy. Tu będzie cierpiał, umrze na krzyżu. I zmartwychwstanie.
Kończy się też mój pobyt na pustyni. Był to dla mnie czas  niesamowity. Niesamowity!!!
Tu, na pustyni Ukochany szeptał do mojego serca, leczył je. Uzdrawiał. Doświadczyłam Jego wielkiej Miłości i Miłosierdzia. Czułości i opieki.
Nie brakowało też pokus i zwątpień, ale z JEGO pomocą zwyciężyłam je.
Byłam na pustyni, dźwigałam mój krzyż idąc za Nim. Kompasem były mi Jego poranione plecy… Szłam za Nim, ale mam takie poczucie i głębokie przekonanie,  że moje serce trwało, i nadal trwa przy JEGO Sercu. I, że przyciąga On mnie coraz bliżej i bliżej…

LATAĆ

Pustynia, dzień 39.
I znów nie wiem jak to opisać 🙂 Słów mi brakuje.  Mój Ukochany jest niesamowity!
A więc po kolei.
Obudziłam się nad ranem i jak zwykle zaczęłam układać bukiety. Dla Maryi. Odmawiałam Różaniec. Kiedy prosiłam:
O Mój Jezu , przebacz nam nasze grzechy,  zachowaj Nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba, a szczególnie te, które najbardziej potrzebują Twojego Miłosierdzia.”
Nagle zalała mnie wielka, ogromna fala miłości. Całą. Dosłownie.
Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Czułam się pusta, słaba, grzeszna bardzo, ale jednocześnie cała zanurzona w Miłość. Przerwałam modlitwę, i tak trwałam. W Miłości.  Nie modliłam się, ale jednocześnie… nie wiem… tak jakbym się modliła.
Dziwnie… nie miałam nic, a jednocześnie miałam wszystko.  Byłam wolna. I tak trwałam… pełna ufności. Aż zasnęłam.

Wpatrywałam się w Ukochanego…  On patrzył we mnie.
Patrzeliśmy w siebie długo… 🙂
„Co TY ze mną robisz, Umiłowany?” – uśmiechnęłam się do Niego.
Patrzył we pogodnie i… uśmiechał się tajemniczo.
„Czy coś cię boli, Mój robaczku?”- spytał.
Zrozumiałam, że nie pyta o ciało. Bolało jak zwykle. Pytał o wnętrze. I wtedy…. uświadomiłam sobie, że nic mnie nie boli, nie uwiera, nie przeszkadza.
„Nie!”
Było mi dziwnie lekko, byłam szczęśliwa i pełna pokoju.
Ukochany nadal uśmiechał się tajemniczo.
„Nauczę cię latać, chcesz?”- zapytał.
„A chcę!”- roześmiałam się serdecznie.
Wiem, że to brzmi to  irracjonalnie, ale Mu wierzę. I wiem, że mnie nauczy… latać.

 

ZWYCIĘŻYŁA MNIE MIŁOŚĆ!

Pustynia, dzień 38.
Obudziłam się w nocy i zaczęłam rozmyślać… było mi jakoś… bardzo smutno. Poczułam się tak jak w dzieciństwie. Samotna i opuszczona.
„Panie, jesteś?” -wyszeptałam.
„Jestem, Mój robaczku. Kroczę po twoich lękach, strachach dzieciństwa jak kiedyś po wzburzonym jeziorze. Chodź ze Mną”.
Poszłam. Szliśmy ponad lękami, po nich. A jednocześnie przyglądaliśmy się każdemu po kolei. Jezus mnie prowadził. Byłam bezpieczna. Otoczona Miłością. Wszystkie moje cierpienia, lęki i strachy zaczęły nagle wirować i utworzyły krzyż. „One cię ukształtowały Moniko. Dzięki nim jesteś tym, kim jesteś” – usłyszałam. Potem poprosił żebym sobie przypominała coś/kogoś dobrego i kochającego. Z dzieciństwa. Przypomniałam sobie zabawę z siostrą w piaskownicy. Było bardzo wesoło, radośnie. Potem przypomniałam moją zmarłą babcię. Była bardzo dobra, kochana. Pomyślałam, że ona pewnie jest już w Niebie. Pomyślałam też o innej, bliskiej mi osobie.
„Ona do Nieba nie pójdzie!” – zawyrokował głos. To był punkt zwrotny.
Rzuciłam się Mu się do stóp i zaczęłam prosić o Niebo dla niej. Błagać!
„Za to co zrobiła Mojej ukochanej?!”
Błagałam dalej…
„Więc chcesz Nieba dla niej?”
„Tak!!! Pragnę!”
„Po tym co ci zrobiła? Dlaczego?”
„Bo ją kocham! Ciebie też ranię a jednak mnie kochasz i obiecałeś mi Niebo! Chcę być jak Ty! Pragnę!”
„Niech ci się stanie”.
Głos umilkł. Jakby się poddał pod siłą argumentu.
A ja po chwili zasnęłam.

Wpatrywałam się w Ukochanego… On patrzył we mnie rozpromieniony.
„Zwyciężyłaś mnie”.
„Nie czuję  się zwycięzcą. Jestem zmęczona, rozbita… i…”
„Nie lękaj się, robaczku. Teraz już będzie tylko lepiej. Pozwól tylko Mi ciebie leczyć, uzdrawiać. Będę to robił bardzo delikatnie „.
Uśmiechnęłam się do Niego.
„Ufam Tobie. Rób ze mną co chcesz”.
Patrzeliśmy w siebie…
„Mówiłeś, że Cię zwyciężyłam. To TY mnie zwyciężyłeś. Pokonałeś mnie swoją Miłością”.
Patrzył we mnie dziwnie… znałam już ten wzrok. Ukochany był wzruszony. Ja  zresztą też…
Znów otworzyłam Biblię na przypadkowej stronie i… przeczytałam:
10 Miły mój odzywa się
i mówi do mnie:
„Powstań, przyjaciółko ma,
piękna ma, i pójdź!
11 Bo oto minęła już zima,
deszcz ustał i przeszedł.
12 Na ziemi widać już kwiaty,
nadszedł czas przycinania winnic,
i głos synogarlicy już słychać w naszej krainie.
13 Drzewo figowe wydało zawiązki owoców
i winne krzewy kwitnące już pachną.
Powstań, przyjaciółko ma,
piękna ma, i pójdź!
14 Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały,
w szczelinach przepaści,
ukaż mi swą twarz,
daj mi usłyszeć swój głos!
Bo słodki jest głos twój
i twarz pełna wdzięku”.”

LEKARZ

Pustynia, dzień 37.
Dzisiejsza notka będzie inna. Nie będę opisywać całej rozmowy z Ukochanym. Po pierwsze dlatego, że trwało by to bardzo długo. A po drugie była to rozmowa bardzo osobista. Bardzo.
Zaczęło się zwyczajnie.
„Witaj Ukochany”.
„Witaj miła Moja”.
Wpatrywałam się w Jego oczy. Pomyślałam, że tak we mnie patrzy nie tylko teraz, kiedy przychodzę sobie przed Nim posiedzieć, ale zawsze. Każdej chwili dnia i nocy. Jest ze mną.
Patrzy we mnie.
Nagle przypomniały mi się najtrudniejsze chwile w moim życiu. Chwile, o których wolałabym zapomnieć… Przesuwały się przede mną. A Jezus mówił swoim cichutkim, ciepłym, czułym głosem:
„Byłem z tobą, kiedy czułaś się zupełnie sama. Samotna. Kiedy myślałaś, że nikt cię nie kocha, Ja byłem z tobą. Tuliłem cię do Serca, ukochana Moja. Kiedy byłaś porzucona, odrzucona, Ja byłem z tobą. Kiedy płakałaś nocami w poduszkę, Ja byłem z tobą, zcałowyłałem twoje łzy. Kiedy tobą pogardzano, Ja byłem z tobą. Niosłem cię w Swoich ramionach, tuliłem cię, Cierpiałem z tobą Mój robaczku”.
Patrzyłam w Niego…
Cały balast, który niosłam przez te wszystkie lata, jakby opadł. Czułam się jakby Jezus otworzył moje serce, wszedł tam i leczy moje rany. Siedziałam sobie przed Nim po prostu.
Byłam w szoku. Byłam dzieckiem, kiedy działo się to wszystko o czym mówił. Czułam się sama, samotna, zupełnie. Całkowicie. Tak… Teraz sobie uświadomiłam, że to nieprawda. Że KTOŚ wtedy ze mną był.  To dla mnie ważne.
I tak sobie w Niego patrzyłam… Potem otworzyłam Biblię na jakiejś przypadkowej stronie i przeczytałam: „13 Zabrzmijcie weselem, niebiosa! Raduj się, ziemio!
Góry, wybuchnijcie radosnym okrzykiem!
Albowiem Pan pocieszył swój lud,
zlitował się nad jego biednymi.
14 Mówił Syjon: „Pan mnie opuścił,
Pan o mnie zapomniał”.
15 Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.
16 Oto wyryłem cię na obu dłoniach,
twe mury są ustawicznie przede Mną.
17 Spieszą twoi budowniczowie,
a którzy burzyli cię i pustoszyli,
odchodzą precz od ciebie.
18 Podnieś oczy wokoło i popatrz:
Wszyscy się zebrali, przyszli do ciebie.
Na moje życie! – wyrocznia Pana.
Tak, w tych wszystkich ustroisz się jakby w klejnoty
i jak oblubienica opaszesz się nimi.”

Nie wytrzymałam… rozpłakałam się. A On we Mnie patrzył jak Ojciec.
„Znam wszystko, przez co przeszłaś, ukochana Moja. Teraz jesteś w Moim Sercu”.
Byłam.

CZEGO PRAGNIESZ?

Pustynia, dzień 36.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Panie, jak mogę Ci dziś usłużyć? Ucieszyć?”
„Służysz Mi od rana. Pobądź ze Mną, tym Mnie ucieszysz, Mój robaczku”.
Uśmiechnęłam się i  patrzyłam w Niego.
W Jego piękne i dobre oczy. Widziałam w nich to, czego doświadczam każdego dnia, każdej chwili. Miłość i Miłosierdzie. Patrzyłam i patrzyłam…
„Czego pragniesz, Moniko?”- spytał nagle.
„Czego pragnę? Dla siebie?” – odpowiedziałam pytaniem.
„Tak”.
„Pragnę kochać Ciebie,  wciąż bardziej i bardziej. I pragnę  żyć kiedyś z Tobą w Niebie”.
Zamyśliłam się…
„Tak… tego pragnę najbardziej…”- dodałam po chwili.
„Czego pragniesz, dam ci”.
Ucałowałam Go serdecznie.
„A Ty czego pragniesz, Ukochany” – spytałam.
„Twoje pragnienia są Moimi”.
Patrzeliśmy w siebie dalej. Zjednoczeni w miłości, cierpieniu.
I pragnieniach

DLA CIEBIE WSZYSTKO

Pustynia, dzień 35.
Dzień radości i szczęścia. W sobotę w nocy urodziło się kolejne Cudo Boże. Kacperek. Przyszedł na świat 3 miesiące za wcześnie. Jego stan był bardzo zły. Umierał. Dziś rano dostałam wiadomość, że  największy kryzys minął. Kacper żyje.
Potem dostałam jeszcze jedną dobrą wiadomość.

Wpatrywałam się w Ukochanego i dziękowałam Mu za to co robi.
„Dla ciebie wszystko, umiłowana Moja” – usłyszałam w głębi serca cichy głos. Nieśmiały i zawstydzony.
Rozczuliły mnie te słowa, poruszyły…
Patrzyłam w Niego w milczeniu.
Po chwili usłyszałam:
„Mam dla ciebie jeszcze jedną wiadomość. Twoje ofiarowanie cierpienia pomaga zbawić  wielu grzeszników”.
Byłam uradowana! Szczęśliwa! Powiedziałam Mu o tym.
„Ja też cieszę! A razem ze Mną raduje się całe Niebo”- usłyszałam.
Ucieszyłam się jeszcze bardziej!”Cierp dalej w pokorze i ciszy”.
„Będę”.

„Dla ciebie wszystko, umiłowana Moja”… Jeździłam po podwórku i rozmyślałam o tych słowach. A właściwie o czynach. Urodził się i  umarł za mnie. Zmartwychwstał dla mnie. Żyje i działa działa. Dla mnie. Uszczęśliwia, zadziwia, zachwyca i onieśmiela mnie. Kocha.
Bóg, zakochany Amant… 🙂
Pragnę i ja odpowiadać na TĘ Jego Miłość, sprawiać Mu radość. Tak, jak potrafię.
Pragnę i ja móc Mu powiedzieć: „Dla Ciebie wszystko, Umiłowany mój”.
Cierpiąc w ciszy i pokorze.

U SIEBIE

Pustynia, dzień 34
No i jak ja mam to wszystko opisać? 🙂 Może jakoś w skrócie.
Wczoraj leżąc w łóżku, rozmyślałam o tym co usłyszałam od Ukochanego…. Czy za mało siebie kocham? Za mało się troszczę o siebie? Lubię siebie, kocham, to pewne. Ale może za mało? Może za dużo myślę o innych, a za mało o sobie? Coś w moim wnętrzu mówiło mi, że właśnie tak jest. Piszę „coś”.  bo nie wiedziałam czy to był Jezus, czy może moje sumienie. I tak na chwilę zasnęłam.
Obudziłam się przed północą. Znów zaczęłam rozmyślać. Myślałam o Irku, o moim duchowym dzieciątku, które 4-go kwietnia skończyło piąty miesiąc. I tak ogólnie o sobie…
Potem zaczęłam układać bukiety Madonnie… ale zanim zaczęłam, spytałam Ukochanego czy mogę na jakiś czas przerwać nagrywanie bukietów, bo nie daję rady.
„Dobrze, wystarczy, mój robaczku. Odpocznij”.
„Raz na jakiś czas mogę nagrać, ale codziennie nie daję rady”.
„Wystarczy, odpocznij”.
I zaczęłam odmawiać Różaniec… w czasie modlitwy zobaczyłam obraz… Zobaczyłam siebie jak biegnę po jakichś schodach. Krętych i stromych. W zupełnej ciemności. Tylko ja jestem cała w świetle, Wokół jest całkowita  ciemność. Schody prowadzą w dół. I tak biegnę coraz niżej i niżej, głębiej. Jakby w głąb siebie. Głębiej i głębiej. Naraz słyszę głos, jakby płacz. Cichy na początku, potem coraz głośniejszy. Biegnę coraz szybciej, bo znam ten głos, płacz. Płacz dziecka… biegnę i biegnę. Potykam się na tych krętych schodach. W końcu jestem na dnie. Patrzę, a na gołej ziemi niemowlę leży i płacze. Niemowlę też jest całe w świetle, jak ja. Przypadam do niego, biorę szybko je na ręce i zaczynam lulać, tulić, całować…. Dziecko uspokaja się, uśmiecha się do mnie. I słyszę: „Moniko, to ty. Opiekuj się sobą”. Dziecko zniknęło, ale jednocześnie było we mnie. Ono i ja staliśmy się jednością. Potem wszystko zniknęło a ja modliłam się dalej.
Kiedy skończyłam, miałam takie poczucie, że odnalazłam siebie, wróciłam do siebie. Byłam u siebie… 🙂

Potem patrzyłam w Ukochanego. Uśmiechaliśmy się do siebie.
„Dziękuję Ci, mój Wariacie” – roześmiałam się serdecznie.
Patrzył rozpromieniony.
„Znów jesteś Moja!”
„Całkowicie!”‚

ZE ŚMIERCIĄ W TLE…

Pustynia, dzień 33.
Wpatrywałam się w Ukochanego i prosiłam w bardzo pilnej i nagłej intencji. Umiłowany zapewnił mnie, że czuwa nad wszystkim.

Właśnie dowiedziałam o śmierci mojego  bliskiego kolegi… Przyjaciela. Też malował  ustami, jak ja. Też był na wózku, chorował na SM.
Trudno mi, jestem w szoku, szczerze mówiąc…
.Ale  jednak spróbuję pisać dalej. Ufam, że Irek jest  już u PANA. I polecam jego duszę Waszej modlitwie.
http://www.amun.com.pl/artysci/betlewicz/betlewicz_ireneusz.htm

Więc wpatrywałam się dalej w Oblicze Jezusa…
„Troszczysz się o innych”- usłyszałam w głębi serca.
Oburzyłam się.
„Panie, jak mam się nie troszczyć o innych, nie martwić się o nich? Przecież to moi bliźni”.
„Kochasz Mnie i ich. A kochając Mnie i bliźnich, nie możesz nie kochać siebie”.
Zdumiała mnie ta odpowiedź! Czułam, że ma ona związek z naszą wczorajszą rozmową.
„Tak…. kocham siebie!
Jezus uśmiechnął się do mnie a  ja do Niego. I tak trwaliśmy….

JAK DZIECKO…

Pustynia, dzień 32
Miałam zamiar napisać dziś długą notkę. Niestety nie dam rady, sił brakuje. Jednak trochę spróbuję.
Dziś także wpatrywałam się w Ukochanego. I rozmawiałam z Nim o sobie.
Zanim zaczęlam się w Niego patrzeć, musiałam jeszcze coś skończyć a On na mnie czekał. Na początku więc Go za to przeprosiłam, że czekał. I pomyślałam, że to ja potrzebuję spotkania z Nim, modlitwy,  a  nie On.
„Mylisz się, Moniko – usłyszałam w głębi serca – Ja także pragnę spotkania z tobą. Tęsknię za tobą. Kocham cię tak, jakbyś była jedyną na świecie”.
Potem odnowiliśmy nasz ślub… 🙂 Byłam bardzo szczęśliwa.
A potem… właśnie rozmawialiśmy o mnie. O moich słabościach, ranach ukrytych głęboko na dnie serca. Dawno z Nim o tym nie rozmawiałam, bardzo dawno…. A teraz czułam się jak małe dziecko, siedzące na kolanach kochającego Ojca i wyjawiające swoje najskrytsze sekrety.
Jak dziecko… W nocy kiedy układałam bukiety Madonnie i kiedy odmawiałam „Ojcze nasz”, wyobraziłam sobie siebie  jako małą dziewczynkę, która tańczy przed swoim Tatą, dla Niego.
Tak czułam się i teraz, przed Ukochanym. Jak dziecko…
Rozmawiałam i słuchałam… a przede wszystkim otwierałam się przed Nim. A jednocześnie, dziwne… ale miałam takie poczucie, że to ON sam otwiera mnie przede… mną samą. Otwiera, pokazuje, leczy, i przytula do  Serca moje rany, słabości, nędzę.
Potrzebowałam tego bardzo. Nie miałam świadomości, że we mnie kryje się aż tyle…
A teraz mam poczucie wielkiej ulgi. I tęsknię za Nim, jeszcze bardziej…

WALKA

Pustynia, dzień 31
Wpatrywałam się w Umiłowanego… dziś był poważny. Byłam zmęczona.Wiedział o tym.
„Jeszcze wiele podobnych walk cię czeka” – usłyszałam w głębi serca.
„Będę walczyć. Ile będzie trzeba”.
Zauważyłam, że też był zmęczony.
„Byłem dzisiaj z tobą, robaczku”.
Wiem. Dziękuję Jezu Ukochany”.
Patrzyłam w Niego długo… Potem poszłam za  Nim, Drogą krzyżową. I teraz też idę.

W OBECNOŚCI UKOCHANEGO

Pustynia, dzień 30.
Patrzyłam w Niego… a On patrzył we mnie.
„Odpocznij, Mój robaczku. Dużo się dziś napracowałaś. Odpocznij przy Moim Sercu”.
I odpoczywałam. Trwałam w Jego Obecności…
„Panie… boli” – wyrwało mi się.
„Cierpię z Tobą. A ty cierpisz dla Mnie”.
„Tak, tańczę….”
I nadal odpoczywałam dalej. I teraz też odpoczywam. Trwam w Obecności.

TAK WIELE…

Pustynia, dzień 29.
Wpatrywałam się w Umiłowanego…
„Kocham Cię Jezu”- szeptałam.
Patrzył we Mnie łagodnie i czule.
„Wiem. Widzę jak działasz dla innych”.
„Jeśli działam, to tylko dzięki Tobie. I na Twoją chwałę”.
I dziękowałam, że uczynił mnie Swoim narzędziem, że mogę czynić dobro…
„To TY działasz, ja jestem tylko TWOIM narzędziem. Tylko, dla mnie AŻ”.
Potem długo patrzeliśmy w siebie…. w ciszy. To mój ulubiony moment modlitwy. On i ja… i cisza. I Obecność. Tak trudno to opisać. Niby nic się nie dzieje, a  jednocześnie dzieje się tak wiele. Bardzo wiele… Wtedy właśnie nasyca mnie, karmi. Przytula do Serca. Tak wiele mi daje. Tak wiele…

KONKRETNIE

Pustynia, dzień 28
Malując „Bukiet dla Maryi” rozmyślałam o dzisiejszej Ewangelii. Jerozolima. Przy Sadzawce Owczej leży wielu chorych. Czekają na „poruszenie wody”, żeby w odpowiedniej chwili znaleźć się w sadzawce i zostać uzdrowionymi.
Jezus spośród tych chorych wybiera jednego i pyta się… czy chce być zdrowym. Chory, który cierpi już 38 lat, odpowiada, że nie ma kto mu pomóc wejść/ zsunąć do sadzawki, a zanim on sam się do niej wczołga, woda się poruszy i zostaje uzdrowiony inny chory…
Kilka lat temu ktoś zapytał mnie, kiedy mówiłam, że jestem bardzo szczęśliwa, „i nie chciałabyś chodzić?” Odpowiedziałam, że nie.
Dziś już bym tak nie powiedziała. Dlaczego? Czy wtedy kłamałam? Nie. Co się więc zmieniło? Nie  kłamałam wtedy, po prostu inaczej myślałam. Miałam wszystko „poukładane”. Tak uważałam. Byłam szczęśliwa, spełniona. I przyszedł Jezus, pochylił się nade mną. I wszystko
„namieszał” 🙂
Teraz widzę, że wtedy byłam w jakiś sposób zamknięta. Uważałam, że już tyle wspaniałych rzeczy mnie spotkało. I nie oczekiwałam więcej.
Tymczasem kiedy ON „na całego” 🙂 wszedł w moje życie to dopiero zaczęło się dziać!!! 🙂 🙂
Dlatego  teraz jestem gotowa na wszystko, co ON dla mnie przygotował, z uzdrowieniem włącznie.  A co bym zrobiła jakbym była zdrowa? 🙂 Kto uważnie czyta ten blog, ten wie 🙂 Tak! Wstąpiła bym  do klasztoru. Do  moich Sióstr Karmelitanek Misjonarek. Poszła bym za NIM. Od razu!
Tak rozmyślałam a bukiet dla Madonny malował się „sam”.

Wpatrywałam się w Ukochanego…. prosiłam o zdrowie do Jego Cudu.
„Twoje Cudo jest bardzo chore”- szeptałam. Mówiłam, że Ono bardzo cierpi, gorączkuje bardzo. „Już tak wiele się nacierpiało w swoim króciutkim życiu… jeśli ktoś musi cierpieć, niech to będę ja, a nie Ono”- prosiłam.
Jezus patrzył we mnie i się uśmiechał.
„Jestem z nim”- usłyszałam.
„Wiem. Więc go uzdrów”- powiedziałam przekornie.
Prosiłam dalej… nie tylko ja prosiłam. Wielu ludzi modliło się o jego zdrowie.
Naraz słyszę jak mama przyszła i mówi do taty, że Cudowi (Cudzie, oj, Adasiowi, po prostu 🙂 ) spadła gorączka. Wcześniej miał 40 stopni.
Aż podskoczyłam z radości! Dziękowałam baaardzo!
„Właściwie to chciałam sobie przed Tobą posiedzieć” – roześmiałam się serdecznie.
” Posiedź”.
Do Ukochanego trzeba konkretnie 🙂 Bóg lubi konkretne odpowiedzi i konkretne prośby.

%d bloggers like this: