ODCHODZĘ

Siedzieliśmy na półce skalnej, przed wejściem do szczeliny. Najdroższy mój i ja. To znaczy Umiłowany mój siedział, a ja leżałam w Jego objęciach, w ramionach. Najdroższy pochylal się nade mną z tkliwoscia i patrzył we mnie Swym cudnym spojrzeniem Miłości i bliskości bez granic. Spojrzeniem z Krzyża. I choć cierpiał niezmiernie, cudnie się do mnie uśmiechał. Promienial cały uśmiechem. I ja choć cierpialam bardzo, choć bolało mnie całe ciało, uśmiechałam się do Niego radośnie! Od ucha do ucha! Milczeliśmy. Zapatrzeni w siebie nawzajem. Zakochani do szaleństwa! Leżałam w ramionach Najdroższego jak niemowlę w ramionach najczulszej matki. Bezpieczna i bardzo szczęśliwa. Wiedziałam że odchodzę. Odchodzę do Niego. Codziennie bardziej i bardziej. Głębiej. Może niezauważalnie dla kogoś obok. Ale ja wiedziałam. Coraz mniej fizycznie mogę sama zrobić. Ot, choćby ręka. Nawet na Mszy znaku Krzyża nie mogę zrobić, albo bić się w pierś, żałując za grzechy. Ręka boli i ciężka jak kamień. Nie mogę podnieść. A pisać mogę tylko jak oprę o stół. To jakoś piszę. To tylko przykład.
Najdroższy zanurza mnie w Sobie. Zamyka w Sobie i jednocześnie na Siebie otwiera. Pociąga mnie ku Sobie, zachęca, zaprasza do Siebie. Idę do Niego z ufnością i tęsknotą. Z radością idę do Umiłowanego mojego. Oblubienica wstępuje w progi Oblubienca swego.
Najdroższy nakarmił mnie Swoim Ciałem i szepnął mi wprost do serca:
„Wisisz teraz ze Mną na Krzyżu, Moja Śliczna! Potem czeka Cię śmierć, zmartwychwstanie i życie wieczne!”
„W Tobie, Najdroższy mój!” – szepnęłam zachwycona cała.
„We Mnie, Maleńka Moja!”
Uśmiechnęłam się do Umiłowanego i patrzyłam Mu w oczy z miłością.
„Będę dla Ciebie tańczyć! Obiecałeś!”
„Obiecałem!!!”
Tańczylismy bardzo. W Miłości. Najdroższy zamykal mnie w Sobie bardziej i bardziej.