MÓJ CEL

Patrzyła we mnie… Patrzyła we mnie Swymi dużymi, pięknymi oczami. Spojrzeniem Miłości… Patrzyła i tulila mnie do Siebie. Byłam niemowleciem w ramionach MAMY. Jej maleństwem byłam. „Jak bardzo potrzebuję takiego przytulenia, takiej czułości, takiego spojrzenia,..”- pomyślałam uśmiechałam się do MAMY, szczęśliwa, bezpieczna i bezbronna bezbronnoscia dziecka, które wie, że jest bardzo kochane i któremu w tej chwili niczego nie brakuje.
„Jestem z Ciebie bardzo dumna, Córeczko! Idziesz we właściwym kierunku. Jak będziesz tak dalej szła to dojdziesz do Celu!”
„Często nie wiem w którą stronę iść… Wszystko takie pogmatwane, pokręcone. Pomóż mi, proszę… Wskazuj drogę. Bądź mi Gwiazdą na niebie!” – szepnęłam uśmiechając się do MAMY.
I Ona uśmiechała się do mnie cudnie.
„Dobrze, Córeczko. Gdy tylko nie będziesz wiedziała dokąd iść, wezwij Mnie, a Ja wskaże Ci drogę. Dobrze?”
„Dobrze. Dziękuję Ci MAMO!”
MAMA ucalowala mnie i… zniknęła.

Nie wiem gdzie byłam… Nade mną ciemne, ciężkie chmury. A pode mną ni to bagno, ni pustynia, ni szkliste morze. Ciemne i straszne. Co chwilę z tego morza – pustyni wyskakiwaly węże, które próbowały mnie kąsać. W oddali, z tego morza – bagna – pustyni wyrastał Krzyż, na którym wisiał Najdroższy mój… Musiałam jednak uważać żeby węże mnie nie ukąsiły, albo nie wciągnęły do tego bagna -morza. Patrzyłam więc na dół i odganiałam je od siebie. Nagle… przyszła mi do głowy… myśl!!!
„Przecież umiem latać!”
Wzbiłam się w powietrze i… zaraz byłam przy Najdroższym moim! Objęłam Go… wtuliłam się w Umiłowanego całą sobą… Najdroższy wziął mnie w ramiona. Istniał tylko On! Maleńki mój…! Mój Cel!!!
Nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA.
„Cierpisz bardzo, wiem Maleńka. Jestem z Tobą.”
Patrzył we mnie… Miłość sama.