Wczoraj wieczorem dostałam cios. Cios miedzy oczy. Cios w serce. Tak silny, że mnie zamroczylo. Zachwialam się i opadłam jak martwa.

Lezalam na ziemi w Ogrójcu. Serce przygniatal głaz. Ciężki ogromnie. W sercu ciemnośc i wielki ból. Najdroższy mój klęczał przy mnie i cierpiał ze mną. Od razu po przyjęciu ciosu oddałam Mu całe moje cierpienie. Cały mój ból. Najdroższy pochylal się nade mną. Miłość sama. Milczał. Ale ja nie potrzebowałam słów. Potrzebowałam Jego. I dawał mi Siebie. Szanowal mój ból. Pozwalał mi cierpieć. Niczego nie przyspieszal. Nie pouczal, nie tłumaczył. Był przy mnie. Był ze mną. Cierpiał ze mną. Po prostu. Długo tak leżałam cierpiąca cała… Bardzo długo. Nagle przypomnialam sobie kazanie abp Rysia, które słyszałam kilka godzin wcześniej. Arcybiskup mówił o prawdziwej radości. O tym czym ona jest. Zaczęłam sobie przypominać słowo po słowie. Było to jak powiew świeżego powietrza. Najdroższy zbliżył Swą twarz do mojej twarzy i patrząc mi w oczy głęboko wyszeptal:

„Ty znasz prawdziwą radość, prawda, Moja Śliczna?”

„Znam!” – szepnęłam z trudem wielkim.

Zaczęłam Umiłowanemu mojemu jeszcze raz oddawać cały mój ból. I powoli, bardzo powoli, ciężar w sercu zaczął malec i malec… Ciemnośc zaczęła szarzec.

Najdroższy nakarmił mnie Swoim Ciałem i przytulił do SERCA Swego.

A serce choć jeszcze boli, to już jest w nim pokój. I radość. Prawdziwa radość.

Maleńka MOJE MYŚLI

Dodaj komentarz