KAMIEŃ Z SERCA

Nie będę opisywać rozmowy z Jezusem. Trwa ona ciągle. Teraz też.
Wczoraj zostałam zraniona. Zostało zranione moje serce. I choć osoba, która mnie zraniła szybko mnie za sprawienie mi bólu przeprosiła. A ja wybaczylam i nie chowałam urazy to jednak serce moje przygniatał wielki ciężar. Jak kamień. Głaz. Nie miałam sił na nic. A w moim sercu pojawil się (nie na osobę która mnie zraniła, nie na moje kochane Dziecko raczej na sytuację w której się znaleźliśmy, na okoliczności) gniew. Bezradność. Wróciły obrazy z dzieciństwa. Zmory dzieciństwa. Jakiś czas je rozpamiętywalam. Potem doszłam do wniosku że tak już dłużej nie chcę. Że nie chcę stać w miejscu. Że chcę iść dalej. Z Jezusem pod rękę! I zaczęłam się modlić moje kochane Dziecko. Oddawalam Jezusowi obolałe, wyczerpane i bardzo smutne serce mojego Dziecka i prosiłam, żeby je uleczyl. Żeby wziął serce mojego Dziecka w Swe dłonie i przytulił do SERCA Swego. Żeby dodał mu sił. Modliłam się długo, żarliwie… W intymności i bliskości Jezusa. W Jego objęciach. Jezus milczał. Patrzył we mnie płonący cały i dotykał moje serce. Długo modliłam się za moje Dziecko. Gdy skończylam,, odkryłam ze zdumieniem, że na moim sercu już nie ma kamienia. Że już go nic nie przygniata. Ciężar znikł.
Spojrzałam w mojego Jezusa i uśmiechnęłam się do Niego od ucha do ucha! Jezus patrzył we mnie rozpromieniony Miłością i zachwytem. I tak trwamy razem w Miłosci.
A moje Dziecko się nawet też troszkę uśmiecha.