MÓJ KLEJNOT

Wczoraj podjechaliśmy pod tylne drzwi kościoła. Akurat szli: ksiądz proboszcz i misjonarze o Piotr i o Wojciech. Zaczekali aż tata wyjmie mnie z auta i posadzi na wózku.
– Szczęść Boże! – przywitali się.
– Szczęść Boże! – odpowiedzieliśmy ja i tata.
– No, kochana, ty pierwsza! Ty jesteś szczególną naszą parafianką! – powiedział ksiądz proboszcz z uśmiechem i gestem dłoni zaprosił mnie do kościoła.
– Ja? Szczególną?! A to niby dlaczego? – zaśmiałam się wesoło.
– A, wiesz… – proboszcz uśmiechnął się do mnie jeszcze bardziej, tajemniczo jakoś.
– Kobiety przodem! – zaśmiał się o Piotr, a Wojciech cudnie się do mnie uśmiechał.
Zaśmiałam się perliscie i tata wwiózł mnie do kościoła. Za mną gęsiego szli księża. Tak wyglądało jakbym ich prowadziła.
Potem poszłam do spowiedzi. Ojciec Wojciech mnie spokojnie wysłuchał, udzielił rozgrzeszenia. Powiedział, że wszystkie moje krzyże, które dźwigam, wszystkie cierpienia i bóle będą kiedyś w Niebie pięknymi klejnotami.

Leżałam w objęciach Jezusa tańcząca bardzo.
“Dużo tych klejnotów będzie, kochany mój Jezu!”
“Dużo?! Baaaaaardzo dużo, maleńka Moja! Baaaaaardzo dużo!” – wyszeptał Jezus ogniście.
Patrzyłam mojemu umiłowanemu w oczy głęboko.
“A mogłabym te wszystkie klejnoty zamienić na jeden WIEEEEEEELKI?” – spytałam z uśmiechem.
“Na jaki?”
“Na Ciebie, Jezu! Ty jesteś moim KLEJNOTEM!”
Jezus patrzył we mnie płonący cały miłością i zachwytem…
Uśmiechnęłam się do mojego ślicznego umiłowanego od ucha do ucha!