ZAPACH DESZCZU

Zimny marcowy wiatr tańczył w za oknem szpitala w Dallas kiedy lekarz
wszedł do małego pokoju w którym leżała Diana Blessing która była
wciąż wykończona po operacji.

Jej mąż, David, trzymał jej rękę kiedy drżeli w oczekiwaniu na
wiadomości. Tamtego popołudnia 10 marca 1991 roku, komplikacje zmusiły
Dianę, która była dopiero w 24 tygodniu ciąży, do cesarskiego ciecia
które miało sprowadzić na świat córeczkę pary, Danę Lu Blessing.
Rodzice mieli świadomość, że mierząca 30 i pół centymetra i ważąca 708
gram córeczka urodziła się niebezpiecznie wcześnie, jednak słowa
lekarza nadal wydawały się być raniącymi ich bombami. „Nie wydaje mi
się żeby były szanse na jej przeżycie,” powiedział tak delikatnie jak
mógł.
„Jest tylko 10 procent szans, że przetrwa tą noc, a nawet wtedy, jeśli
jakimś cudem przetrwa, jej przyszłość może być bardzo okrutna”.
Sparaliżowani niedowierzaniem David i Diana słuchali lekarza który
opisywał problemy jakim Dana musiałaby stawić czoła gdyby przeżyła.
Nigdy nie byłaby w stanie chodzić, mówić, prawdopodobnie byłaby
niewidoma i podatna na inne urazy tj. porażenie mózgowe, całkowity
niedorozwój mózgowy i wiele innych.
Wszystko co mogła wyksztusić Diana to zaprzeczenie.

Ona i mąż David wraz z ich 5-letnim synem Dustinem długo marzyli, że
pewnego dnia Dana stanie się częścią ich rodziny.
Teraz, w ciągu kilku godzin ich marzenie oddalało się coraz bardziej.
Jednak z biegiem dni nowe troski spadały na barki Diany i Davida.
Okazało się, że system nerwowy Dany jest niedojrzały  i
najdelikatniejszy pocałunek lub pieszczota mogły tylko przyczynić się
do jej cierpienia, więc rodzice nie mogli nawet kołysać ich malutkiej
dziewczynki przy piersi i wspomagać jej siłą ich miłości.

Wszystko co mogli robić, kiedy Dana w plątaninie rurek i przewodów
walczyła o życie pod ultrafioletowym światłem, było modlić się aby Bóg
był blisko ich drogocennej maleńkiej córeczki.

Nie przydarzały się chwile kiedy Dana nagle rosła w siłę. Ale kiedy mijały tygodnie, przybywały kolejne gramy i znikome ilości sił.
W końcu kiedy Dana miała 2 miesiące jej rodzice mogli ją wziąć w
ramiona po raz pierwszy.
A dwa miesiące  później, chociaż lekarze nadal delikatnie acz
nieustępliwie ostrzegali że to tylko szansa na przetrwanie a nie na
normalne życie, Dana wyszła ze szpitala i rodzice, tak jak od początku
tego pragnęli, zabrali ją do domu.
Pięć lat później, Dana była drobną acz zaczepną małą dziewczynka z
lśniącymi szarymi oczami i nienasycona chęcią życia.

Nie okazywała żadnych oznak psychicznego czy fizycznego osłabienia.
Była po prostu wszystkim czym może być mała dziewczynka? i więcej
.Jednak to jeszcze nie jest koniec jej historii.
One gorącego popołudnia lata 1996 roku Dana siedziała na kolanach mamy
w parku niedaleko domu (Irving, Texas) gdzie jej brat Dustin trenował
ze swoja drużyną piłkarską.

Jak zawsze Dana szczebiotała do swojej mamy mars kilku innych
dorosłych kiedy nagle ucichła. Przytulając ramiona do siebie mała Dna
zapytała „Czujecie to?”
Diana wyczuwając w powietrzu nadchodzącą burze odpowiedziała „Tak
pachnie jak nadchodzący deszcz.”
Dana zamknęła oczy i spytała jeszcze raz, „Czujesz to?”

Jeszcze raz jej mama odpowiedziała, „Chyba zaraz będziemy mokre,
pachnie deszczem.”

Nadal zauroczona chwilą Dana potrząsnęła głową, pogłaskała ramiona
swoimi malutkimi rączkami i głośno oznajmiła, „Nie, pachnie jak ON.

Pachnie jak Bóg kiedy kiedy kładziesz głowę na jego piersi.”

Łzy zaszkliły się w oczach Diany kiedy Dana radośnie zeskoczyła z
ławki by bawić się z innymi dziećmi.

Słowa jej córki potwierdziły to co do czego Diana i jej najbliżsi nie
mieli wątpliwości, przynajmniej głęboko w sercach, od początku.
Podczas tych długich dni i nocy swoich pierwszych dwóch miesięcy, kiedy
jej nerwy były zbyt delikatne aby jej dotykać, Danę Bóg przytulał do
swojej piersi i to Jego zapach przesycony miłością Dana pamięta tak
dobrze.

„Jestem zdolny do wielu rzeczy bo ON daje mi siłę”

 Miłość Boga jest jak ocean, widzisz jego początek ale nie jesteś w stanie
dostrzec końca.

komentarz

Jak zgodnie twierdzą serwisy Snopes i TruthOrFiction.com, historia jest zasadniczo prawdziwa, w tym sensie, że istnieje rodzina Blessingów, Diana powiła córkę w 24 tygodniu ciąży, dzięki Bogu Danae Lu Blessing przeżyła (z takim nazwiskiem to nie dziwota), no i dzisiaj ma 16 lat.

NIE AKCEPTUJĘ

  Im dłużej żyję na tym  świecie, coraz częściej myślę że do niego nie pasuję. Nie nadaję się, że go nie rozumiem. Nie akceptuję niektórych ludzkich czynów, poglądów,
zachowań .
Bo jak można zaakceptować takie coś:
” 22-letnia mieszkanka Indii urodziła dziecko w toalecie na pokładzie samolotu i usiłowała pozbyć się go spuszczając je w sedesie. Noworodka znaleziono zaklinowanego w sedesie, gdy samolot lecący ze stolicy Turkmenistanu wylądował w mieście Amritsar w północno-zachodnich Indiach, w stanie Pendżab, w pobliżu granicy z Pakistanem. Natychmiast zabrano go do szpitala – wciąż w misce klozetowej.
Lekarz ze szpitala Escorts Hospital w pobliżu lotniska powiedział, że zespół chirurgów użył piły, by uwolnić dziecko.
22-letnia matka opuściła pokład samolotu, ale później odnaleziono ją i aresztowano, gdy załoga samolotu linii Türkmenistan Howaýollary znalazła noworodka.
Lekarze mówią, że dziecko jest w stanie krytycznym.
Kobieta jest niezamężną absolwentką medycyny, która wracała do domu po zakończeniu studiów za granicą.”
tvp.info.
Włos się na głowie jeży kiedy się czyta taką informację. Brakuje słów, żeby skomentować ten czyn.Bestialstwo, skrajne okrucieństwo, barbarzyństwo….to jeszcze za mało.
Nie akceptuję  tzw. ” Parad Miłości ” uważam, że promują różnorakie dewiacje i zboczenia. Takie dewiacje są teraz ” na topie ” a przyznawanie się to tego, że się jest gejem uchodzi za coś modnego.
Nie akceptuję też tzw. „małżeństw homoseksualnych”. Małżeństwo to kobieta i mężczyzna a nie dwóch  panów lub dwie panie.
Nie akceptuję  „aborcji ” – zabójstwo
Nie akceptuję ” eutanazji ” – też zabójstwo.
NIE AKCEPTUJĘ .
I chyba jestem w mniejszości….
 

ZATRZYMAJ SIĘ

Człowiek jest tak skonstruowany, że łatwo się przyzwyczaja. Szczególnie do czegoś dobrego. Łatwo się przyzwyczajamy.
Przyzwyczailiśmy się, że słońce świeci, deszcz pada. Że po dniu następuje noc. Że ptak śpiewa. Traktujemy to jako normalność. Tak jest i już.
Zdziwilibyśmy się dopiero wtedy gdyby nagle nam tego zabrakło.
Jak to, tak miało być.
Czy na pewno?  Nie.
Żyjemy w biegu, praca, dom, dzieci. I tak w kółko. Zabiegani, zapracowani. W kołowrotku.
O Bogu też zapominamy. Przypominamy sobie o Nim tylko wtedy kiedy coś od Niego potrzebujemy. Traktujemy jak maszynę do spełniania próśb.
” Jak trwoga to do Boga”.
Dziwimy się , że nas nie wysłuchuje, jesteśmy na Niego źli. Obrażamy się.
Tymczasem On widzi w nas partnerów i sam też chce być tak traktowany. Jak przyjaciel.
W tych dobrych chwilach naszego życia a także w tych trudniejszych.
 Chce być obecny.
Trzeba umieć cieszyć się każdym  dniem, każdą chwilą. Cieszyć się, że słońce świeci a deszcz pada, że jest noc i dzień. Że ptak śpiewa.
Trzeba pamiętać, że na tym świecie jesteśmy tylko chwilę…
Nie oczekiwać za wiele. Cieszyć się z najmniejszych nawet rzeczy
Wiem z doświadczenia, że im mniej się oczekuje tym więcej można otrzymać.
Na przykład, wiele lat temu, idąc do Liceum Plastycznego  chciałam tylko nauczyć się  malować. Tylko tyle. Dla mnie ” aż ” tyle. To było moje marzenie.
Kończąc ” plastyk” nie tylko umiałam malować.
Dzięki pomocy – dopingowi – rodziców i nauczycieli udało mi się zdać  maturę , zrobić i obronić dyplom. Zdobyć zawód.
Patrząc z perspektywy czasu, można powiedzieć,że nie było mi to potrzebne.
Jednak wtedy było potrzebne bardzo. Choćby dlatego, żeby udowodnić ( przede wszystkim sobie), że ” ja też potrafię”.
Zaczynałam liceum pełna kompleksów i obaw ” czy dam radę, czy podołam”.
Kończyłam z maturą i dyplomem „technika plastyka” w kieszeni.
A chciałam tylko nauczyć się malować…

W życiu – w pracy, w domu, w rodzinie  też Ktoś nas dopinguje. Trzyma za nas kciuki.
Wierzy w nas.Zawsze. Podtrzymuje w trudnych chwilach. Tęskni za nami.
Tylko czy my wierzymy w Niego? Czy wierzymy Jemu?
Czy my chcemy Go dostrzec?
Zatęsknić za Nim? Ucieszyć z każdej chwil jaką nam daje?
Zadziwić się tym, że słonko jeszcze świeci.
Dla nas.  

POCHWAŁA ;-)

Malujemy razem. Mój trzyletni bratanek i ja. On przy swoim stoliku, ja przy biurku.
Po chwili maluch podchodzi do mnie i mówi z zachwytem :
– Ciociu !  Jak ty  pięknie malujes. Prawie tak pięknie jak ja.
– Tak  Łajku , prawie tak pięknie jak ty – odpowiadam z trudem powstrzymując śmiech.
– Ja tes jestem artista, ciociu – mówi z dumą chłopczyk.
– To  prawda- uśmiecham się – Ty jesteś prawdziwy  artista.
                                      haha 

NA WIEKI……..

-W starożytnym Rzymie w czasach Tyberiusza

 żył pewien zacny człowiek,

który miał dwóch synów.

Jeden zaciągnął się do wojska

i wysłany został do najdalszych prowincji Cesarstwa.

Drugi był poetą

i oczarowywał Rzym wierszami.

Pewnej nocy ojciec miał sen.

Zjawił mu się we śnie anioł i rzekł,

że słowa jednego z jego synów staną się sławne

i będą powtarzane na całej kuli ziemskiej

z pokolenia na pokolenie.

Starzec zbudził się płacząc ze szczęścia,

bo życie było dla niego łaskawe

i objawiono mu coś,

co napełniłoby dumą serce każdego ojca.

Krótko potem zginął,

niosąc ratunek jakiemuś dziecku,

które dostało się pod koła wozu.

A skoro przez całe życie był prawy i uczciwy,

poszedł prosto do nieba i spotkał anioła,

który niegdyś odwiedził go we śnie.

-Byłeś zawsze dobrym człowiekiem

-rzekł do niego anioł

-Żyłeś otoczony miłością i umarłeś godnie.

Mogę zatem dzisiaj spełnić każde twoje życzenie.

-Życie również łaskawie się ze mną obeszło

-odrzekł starzec.

-Gdy zjawiłeś się w moim śnie pojąłem,

że moja starania nie idą na marne.

Poematy mojego syna pozostaną w ludzkiej pamięci  na wieki.

Dla siebie o nic nie proszę,

niemniej każdy ojciec szczyciłby się sławą dziecka,

które pielęgnował w dzieciństwie i  wychowywał,

gdy był dorastającym młodzieńcem.

Pragnąłbym posłyszeć słowa mojego syna w przyszłości.

Anioł dotknął leciutko ramienia starca

i obaj przenieśli się w daleką przyszłość.

Ukazał się przed nimi ogromny plac,

gdzie tysiące ludzi porozumiewało się przedziwnym językiem.

Radość wypełniła oczy starca łzami.

-Wiedziałem zawsze

-rzekł do anioła

-że strofy mojego syna są piękne i nieśmiertelne.

czy mógłbyś mi powiedzieć,

który z poematów recytują ci ludzie?

Wówczas anioł zbliżył się do niego ostrożnie

i usiedli na jednej z ławek ustawionych na placu.

-Wiersze twojego syna poety były bardzo sławne w Rzymie

-powiedział anioł

-Wszyscy czytali je z rozkoszą.

jednak gdy dobiegły końca rządy Tyberiusza,

poszły w  niepamięć.
Słowa powtarzane przez tych oto ludzi wyszły  z  ust

twojego drugiego syna,

tego który był żołnierzem.

Starzec słuchał anioła nie dowierzając własnym uszom.

-syn twój służył w odległej prowincji,

gdzie został mianowany setnikiem.

Był to człowiek pełen dobroci i sprawiedliwości.
pewnej nocy jeden z jego sług ciężko zachorował

i bliski był śmierci.

Twój syn słyszał kiedyś wieści o Rabinie,

który uzdrawiał chorych.

Ruszył zatem bez zwłoki na jego poszukiwanie.

Po długich dniach wędrówki dowiedział się,

że człowiek, którego szuka, jest Synem Boga.

Spotkał po drodze ludzi przez niego uleczonych,

poznał jego nauki,

i mimo ze był rzymskim setnikiem,

przyjął jego wiarę.
Pewnego ranka stanął wreszcie przed obliczem owego Rabina.

Powiedział mu, ze jeden z jego sług zaniemógł

i Rabin był gotów pójść do jego domu.

Setnik ów był jednak człowiekiem wiary

i gdy powstali wszyscy wokół

a on spojrzał Rabinowi głęboko w oczy,

pojął, że naprawdę stoi przed obliczem Syna  Bożego.

-A oto słowa twego syna

-rzekł anioł do starca.

-Słowa, którymi przemówił do Rabina,

i których nie zapomniano nigdy:

Panie, nie jestem godzien

abyś przyszedł do mnie,

ale powiedz tylko słowo,

a będzie uzdrowiony sługa mój.

                                                                    / Paulo Coelho  ” Alchemik ” /

OD NOWA

  
 
Wróciłam kilka dni temu, odpoczęłam po podróży i piszę :).
Gdzie byłam ? W Kołobrzegu, z rodzicami. Chciało się choć na trochę uciec od codzienności…odpocząć. Codzienność też męczy…
I odpoczęłam , bardzo ….
Potrzeba było mi takiego odpoczynku, relaksu, nic nierobienia . Ranne spacery brzegiem morza, szum fal, śpiew mew i  rybitw. Karmiliśmy łabędzie. Kołobrzeg też piękny, bardzo piękny cały w zieleni.Co chwila jest jakiś skwer albo park, fontanna, ławeczki. Można sobie posiedzieć, odpocząć.
To były cudne dni, chwile. Nie wiem kiedy znowu przeżyję coś takiego…. Może dopiero za rok.
Jednak po takim wypoczynku, „naładowaniu akumulatorów”  mogę od nowa wrócić do codzienności.
Zacząć jakby od nowa.

BŁOGOSŁAWIONY

Ks. Jerzy Popiełuszko został dzisiaj ogłoszony błogosławionym. List apostolski z decyzją papieża Benedykta XVI odczytał podczas uroczystej mszy św. na pl. Piłsudskiego w Warszawie prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, abp Angelo Amato.

Ks. Popiełuszko ogłoszony błogosławionym
PAP/Radek Pietruszka ©

Na Placu Piłsudskiego w Warszawie

„Spełniając życzenie naszego brata Kazimierza Nycza, arcybiskupa warszawskiego, jak również wielu innych braci w biskupstwie oraz licznych wiernych, za radą Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, naszą władzą apostolską zezwalamy, aby odtąd czcigodnemu słudze bożemu Jerzemu Popiełuszce, prezbiterowi i męczennikowi, wytrwałemu i niestrudzonemu świadkowi Chrystusa, który zwyciężył zło dobrem aż do przelania krwi, przysługiwał tytuł błogosławionego” – napisał papież Benedykt XVI w liście apostolskim, który w języku włoskim odczytał abp Amato.

List został także odczytany w języku polskim przez abp. Nycza. Zgodnie z postanowieniem papieża, święto błogosławionego ks. Popiełuszki będzie obchodzone corocznie 19 października, czyli w dniu jego śmierci.

                                                                         / wiara .pl /

Błogosławiony – w Kościele katolickim osoba zmarła, która za życia odznaczała się szczególnymi cnotami inspirowanymi doświadczeniem religijnym lub też która z powodu swojej religii poniosła śmierć męczeńską.

BOŻE CIAŁO

Sakrament obecności

Niosąc Hostię w monstrancji w procesji,
wyznajemy wiarę w zmartwychwstałego Chrystusa
obecnego w Eucharystii.
Jak rozumieć tę obecność?

Tekst ks.
Tomasz Jaklewicz

Pytali Żydzi: „Jak On może nam dać swoje ciało do spożycia?” (J 6,52). Przyznajmy, że wyrażenia „jedzenie ciała” i „picie krwi” brzmią szokująco. Zdumienie tajemnicą Mszy świętej towarzyszyło chrześcijanom przez wieki. O tajemnicę eucharystycznej przemiany spierali się w historii teologowie. Św. Tomasz z Akwinu, najpotężniejszy teologiczny umysł średniowiecza, pisał: „Obecność prawdziwego Ciała Chrystusowego i prawdziwej Krwi w tym sakramencie można pojąć nie zmysłami, lecz jedynie przez wiarę, która opiera się na autorytecie Bożym”. Wiara żywa szuka rozumienia. Zachowując szacunek dla Bożych tajemnic, wolno i trzeba pokornie pytać: czym jest obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie? Jak ją pojmować?

Adoracja to chwile głębokiej intymności. Jeśli kogoś kochasz, to chcesz z nim przebywać, długo, sam na sam

Mówiąc o obecności Jezusa w Eucharystii, nie powinniśmy ograniczać się tylko do samych postaci chleba i wina. Sobór Watykański II przypomniał, że Jezus jest obecny na wiele sposobów w swoim Kościele. Jest obecny w swoim słowie, w modlitwie Kościoła, tam „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje” (Mt 18,20), w ubogich, chorych, więźniach, w sakramentach, w ofierze Mszy świętej i w osobie kapłana celebrującego Eucharystię. Sobór podkreśla jednak, że Chrystus jest obecny „zwłaszcza pod postaciami eucharystycznymi”. Uczniowie idący do Emaus rozpoznali Zmartwychwstałego dopiero wtedy, gdy „zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im”. Same słowa nie pomogły, dopiero eucharystyczny znak otworzył ich oczy na obecność Zmartwychwstałego. Z nami jest trochę tak jak z uczniami w Emaus. Jezus jest z nami w drodze, ale my często Go nie widzimy. Potrzebujemy momentu, w którym łuski opadają nam z oczu. Eucharystia, czyli „łamanie chleba”, jest sakramentem otwierającym oczy na obecność Chrystusa. To spotkanie, które ma zapalić serca.

Eucharystii nie wolno odrywać od prawdy o zmartwychwstaniu Chrystusa. Jezus żyje w swoim Kościele właśnie dlatego, że powstał z martwych. Cieleśnie, nie tylko duchowo. Uczniowie spotykający Zmartwychwstałego mogli Go dotknąć, widzieli Go jedzącego posiłek. Zmartwychwstanie Jezusa było wydarzeniem jednorazowym i niepowtarzalnym. Dzięki Kościołowi ludzie wciąż na nowo mają dostęp do tej tajemnicy. Eucharystyczne Ciało Chrystusa jest ciałem chwalebnym, które nie podlega już ograniczeniom czasu i przestrzeni. To jest to samo ciało, które narodziło się z Maryi w Betlejem, to samo ciało, które zostało zmasakrowane na krzyżu i jednocześnie przemienione mocą zmartwychwstania.

Ludzkie ciało nie jest „rzeczą”. Owszem, ma swoją fizyczną stronę: komórki, tkanki, kości itd., ale ponieważ jest to ciało ludzkie, dlatego jest ono czymś więcej niż materią. Jest cudownym „nośnikiem” ludzkiej duszy. Jest wymiarem, aspektem osoby ludzkiej. Człowiek nie tyle ma ciało i duszę, co jest ciałem i duszą. Ciało pełni rolę komunikacyjną. Spotkanie, miłość, osobowa więź – to wszystko jest możliwe dzięki ciału. Pomyślmy o pocałunku. To przecież jeden z podstawowych cielesnych komunikatów. Sedno nie leży w fizyczności tego znaku, ale w tym, co on oznacza. Eucharystyczne, ludzkie ciało Jezusa nie jest czymś, lecz Kimś. Kiedy bierzemy do ust Ciało Chrystusa, kiedy pijemy Jego Krew – chodzi o spotkanie, o miłość, o zjednoczenie osób. Ojcowie Kościoła nie bali się porównania Eucharystii do związku małżeńskiego, w którym ciała małżonków, stając się wzajemnym darem, komunikują miłość. W centrum Eucharystii jest więc Osoba Chrystusa zmartwychwstałego, żyjącego, obecnego, dającego się nam. Jezus daje nam nie coś, ale Kogoś. Daje nam siebie.

Słowo „komunia” oznacza zjednoczenie, wspólnotę. Celem Eucharystii jest realna obecność Chrystusa w ludziach, w Kościele zbudowanym z ludzkich serc. Eucharystyczna obecność Jezusa jest zawsze dla kogoś. Dla mnie, dla ciebie, dla świata. Przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa służy temu, aby człowiek przemieniał się w Chrystusa, aby ostatecznie świat wypełnił się Bogiem. Papież Benedykt XVI pisze: „Przyjmowanie Eucharystii oznacza, że nie spożywa się tu {{rzeczowego}} daru (ciała i krwi), lecz że dokonuje się tu wejście Osoby w osobę. Żywy Pan ofiarowuje się mnie, wkracza we mnie i zaprasza mnie, bym się Mu oddał tak, aby wypełniły się słowa: {{Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus}} (Ga 2,20)”.

Katolicka tradycja rozwinęła w drugim tysiącleciu adoracyjną pobożność Eucharystii. W nurcie tej tradycji pojawił się kult Najświętszego Sakramentu poza Mszą świętą, a więc monstrancja, procesje. O. Daniel Ange mówi: „Adoracja to chwile głębokiej intymności. Trzeba ich doświadczyć. Uklęknąć przed Bogiem ukrytym w Najświętszym Sakramencie, otworzyć swoje serce. Tego nie da się nauczyć, bo modlitwa wypływa z osobistego doświadczenia. Adoracja jest jak terapia na raka naszych grzechów. Przebywanie w obecności Jezusa uzdrawia. Poza tym jeśli kogoś kochasz, to chcesz z nim przebywać, długo, sam na sam. Miłość tego potrzebuje”. Kiedy klękam przed tabernakulum lub Hostią na ołtarzu, adoruję miłość Boga. To gest poddania się tej miłości, uznania jej, przyjęcia. Obecność Boga przyzywa ludzkiej obecności. Adoracja służy pogłębieniu komunii z Chrystusem, komunia zaprasza do adoracji.

Eucharystyczna procesja jest przypomnieniem kosmicznego wymiaru Eucharystii. Chrystus chce iść z nami drogami naszej codzienności. Chce, byśmy budowali Mu ołtarze zawsze, nie tylko w Boże Ciało. Każdy, kto spożywa Ciało Pańskie, ma stawać się żywą monstrancją. Ma nieść Boże Ciało w swoim kruchym, grzesznym ciele. Ma stawać się „czerwoną lampką” przypominającą światu: „Bóg jest!”.

Tygodnik Katolicki „Gość Niedzielny” Nr 21 – 25 maja 2008r.

WIARA – WYZNANIE

Czym jest wiara? Kim jest człowiek wierzący?

Aby wyjaśnić  te terminy, najpierw posłużyłam się słownikiem języka polskiego: 

  Wiara –przekonanie, pewność, że coś jest prawdziwe; wierzenie

  1. ufność, zaufanie
  2. przekonanie o istnieniu istoty nadprzyrodzonej – Boga, i uznawanie za prawdziwe objawień boskich
  3. wierność, stałość; dochowanie wiary
  4. grupa ludzi zżytych ze sobą; paczka

II rz. ż Ia religia, wyznanie, obrządek

Wierzący –wyznawca jakiejś religii; wierny

Lakonicznie, pomyślałam.Szukałam czegoś innego. Zajrzałam do Katechizmu Kościoła Katolickiego. –przeczytałam tam : „Wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia i udziela, przynosząc równocześnie obfite światło człowiekowi poszukującemu ostatecznego sensu swego życia”. Już lepie jale też krótko i lakonicznie. Zaczęłam się zastanawiać jak ja rozumiem wiarę i czym ona jest dla mnie. Według mnie wiara polega na przyjęciu istnienia czegoś co w  żaden sposób nie można potwierdzić rozumowo.Przekonanie o czymś. Czym jest wiara w Boga? Wiara w Boga to coś więcej niż teoretyczne wierzenie w Niego. Mieć wiarę w Boga to ufać Mu, być Go pewnym i być gotowym do działania w oparciu o wiarę w Niego. Zawsze  wzruszają i jednocześnie zadziwiają  mnie historie biblijne  mówiące o  wierze człowieka. Porusza  mnie opowieść  o Noem, Abrahamie… W Nowym Testamencie robi na mnie wrażenie opowieść o kobiecie  kananejskiej, której  wystarczyły „okruszki  ze stołu ‘’,Setniku,  który uwierzył, że wystarczy  tylko Słowo  Jezusa a „ będzie uzdrowiony  sługa    mój’’, o Jairze i żebraku Bartymeuszu  a także o wielu, wielu  innych.Pomyślałam,  że im było  łatwiej uwierzyć, że Jezus  jest  kimś więcej niż  tylko człowiekiem  ponieważ Go widzieli, widzieli  Jego cuda.Co więcej, doświadczali ich na  sobie i  swoich najbliższych.Tymczasem Jezus mówi : ” Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”.

Dla mnie Jezus nie jest tylko postacią historyczną, która żyła w określonym czasie i miejscu, która umarła śmiercią złoczyńcy.On jest Bogiem, który przyszedł na świat. Jest moim Zbawicielem, Przyjacielem. Tak bardzo mnie kocha, że nie zawahał się aby cierpieć i oddać Swoje życie. Za mnie. Abym mogła żyć, z Nim.Co więcej, On Żyje. Zmartwychwstał. Jest obecny w moim życiu, w mojej chorobie. Tu i teraz. Zawsze mogę się do Niego zwrócić kiedy jest mi trudno. Wiem, że On zawsze mnie zrozumie. On także przeżywał samotność, niezrozumienie, odrzucenie. On także cierpiał.

Dlatego zrozumie.

On mnie nigdy nie zawiódł. Ludzie tak, On nigdy. Zawsze mogę na Niego liczyć.

Jednak wiara w Boga to przede wszystkim Radość przez duże” R”. Radość z faktu, że Chrystus Zmartwychwstał i ja też kiedyś zmartwychwstanę. Będę żyć razem z Nim. Radość jest darem Pana Boga. Pozwala przechodzić w życiu przez to co trudne. Ponad tym co trudne.Radość kojarzona jest z taką postawą: „uśmiechu od ucha do ucha”,wesołkowatości. Chodzi mi o prawdziwą radość tą pochodzącą od Ducha Świętego,ta autentyczna radość jest czymś głębszym i polega na nie załamywaniu się kiedy  jest ciężko.

Często się śmieję.Ktoś kiedyś zapytał mnie z czego tak się cieszę. Odpowiedziałam, że”cieszę się, że żyję”. Wtedy w oczach tego człowieka zobaczyłam zdumienie.„Nie chodzisz, nic sama nie zrobisz, musisz liczyć na innych. Z czego tu się  cieszyć?” – zdawały się pytać jego oczy.

To wszystko prawda ale ja w swojej chorobie widzę  głębszy sens. Wychodzę  z założenia, wierzę, że Pan Bóg tak chciał, że miał taki plan. A On wie co robi. Zawsze. Wierzę, że ta moja choroba jest „po coś ‘’. U Niego wszystko  ma sens.Chrystus też cierpiał „ po coś”.

To właśnie wiara w Boga nie pozwala mi się poddać. To  Jezus mi nie pozwala. W Nim widzę sens mojego życia. Dlatego optymistycznie patrzę w przyszłość. Wiem, że nie zawsze będzie tak jak jest. Jednak chcę przejść przez wszystko co  Pan Bóg dla mnie przygotował. Nieważne czy będzie lepiej czy gorzej, najważniejsze aby przejść przez to z Jezusem.

Wierzę. Przymnóż mi wiary.

To miał być inny post. Teoretyczny. Powstało wyznanie. I dobrze, już dawno chciałam o tym napisać. Podzielić się.

 

„Nie ma jak u Mamy”

  

                                                 / St. Wyspiański ” Macierzyństwo / 

  Ona jedna dostrzegała

w durnym świecie tym jakiś ład

własną piersią dokarmiała

oczy mlekiem zalewała

Wychowała jak umiała

a gdy wyjrzał już człek na świat

wziął swój los w ręce swe

i nie w głowie mi było że

                                            

Ref :

Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd

Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz

T tym czasem człeka trawił

spać nie dawał mu taki mus

żeby sadłem się nie dławił

lecz choć trochę świat poprawił

nieraz w trakcie tej zabawy

świeży na łbie zabolał guz

człowiek jadł z okien kit

i zanucić mu było wstyd

Ref : Nie ma jak u mamy …

Te porywy te zapały

jak świat światem się kończą tak

że się wrabia człek pomału

w ciepłą żonę stół z kryształem

I ze szczęścia ogłupiały

nie obejrzy się człowiek jak

w becie ktoś się drze

komu nawet nie w głowie że


Ref : Nie ma jak u mamy …

           

                                                                 / W. Młynarski /

O IKONIE

Ikona (gr. εικων, eikón oznaczające obraz) – obraz sakralny,powstały w kręgu kultury bizantyńskiej wyobrażający postacie świętych, sceny z ich życia, sceny biblijne lub liturgiczno-symboliczne. Charakterystyczna dla chrześcijańskich Kościołów wschodnich, w tym prawosławnego  i greckokatolickiego. Ikony się „pisze ” , nie maluje.

Ikony powstają w rozmaity sposób, jako mozaiki, freski, czy też płaskorzeźby, jednak najważniejszą techniką jest  ” pisanie”  temperą jajową na drewnie. Zasadnicze tajniki tej metody, przekazywane z pokolenia na pokolenie, pochodzą czasów poprzedzających chrześcijaństwo. Pisanie ikony wymaga nie tylko opanowania koniecznych technik, co jest możliwe tylko dzięki terminowaniu i mistrza: jest to również dzieło modlitwy. Teologia ikony nie pozwala na malowanie z żywego modelu, ponieważ oznaczałoby to całkowite zerwanie z praobrazem. Teologia ikony wyznaczyła kanon ikonograficzny, sposób malowania, technikę, wreszcie statut malarza ikon. Tworzenie ikony jest dziełem tradycji modlitwy, postu i medytacji. Mówi się że przygotowanie do namalowania ikony przypomina przygotowanie do celebrowania Liturgii Świętej.

—————————————-

Przygotowanie

Większość ikon nie posiada podpisów wykonawców, bowiem zgodnie z zasadami malarze ikon w tworzonych przez siebie dziełach nie widzieli niczego własnego, autorskiego, a swój trud traktowali jako uświęcony wynik wspólnotowego doświadczenia Kościoła. Co więcej, artysta był traktowany jako natchniony przez Boga, ale zarazem wymagano od niego przestrzegania norm moralnych i obyczajowych. Sześćset lat temu Sobór Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego uchwalił, że „ikonografowi przystoi skromność, łagodność, nabożność,powściągliwość w mowie, umiarkowanie w wesołości, życzliwość, zgodność, jak najdalsze powinny mu być wszelkie myśli o jakichkolwiek przemocy, nie może też mieć na sumieniu zabójstwa”.

Podjęcie zamiaru sporządzenia ikony według kościoła prawosławnego jest darem; jak każde dobre pragnienie, którego sprawcą jest Bóg.Umiejętność pisania ikon jest darem szczególnym i dlatego należy o nią prosić.Kto podejmuje się zadania tworzenia ikony, ten wchodzi w strefę bliskiego przestawania ze świętością. Dlatego ikonografowi nie może być obojętny temat obrazu, nie powinien również podejmować się wykonania go bez znajomości wydarzenia czy postaci, którą chce przedstawić. Stąd stara tradycja, że ikonografami byli mnisi, jako osoby zgłębiające znajomość Pisma świętego i życiorysów świętych. Ikonograf ma wejść w pole bliskości a nawet w zażyłość z osobami, które chce przedstawić.

Nie małe znaczenie ma, zatem w procesie powstawania ikony modlitwa – o czystość intencji w podjęciu dzieła, umiejętność jego wykonania  oraz wierność (trafność) przedstawienia, aby obraz mógł służyć modlitwie i czci Boga i jego świętych. Mnisi Kościoła wschodniego, podczas całego okresu malowania ikony zachowują milczenie – zwłaszcza podczas ozdabiania ścian świątyni. Jest to danie miejsca natchnieniu Bożemu, aby ono samo prowadziło rękę artysty dla ukazania tego co niewidzialne. Przez wieki Kościół wypracował zasady które mnich musiał zachować podczas pracy nad ikoną:

przed rozpoczęciem pracy przeżegnaj się; módl się w milczeniu i daruj swym winowajcom,

pracuj w skupieniu nad każdym szczegółem swej ikony, jakbyś pracował przed samym Bogiem,

w czasie pracy módl się, by wzmocnić się fizycznie i psychicznie; unikaj przede wszystkim zbędnych słów i zachowuj ciszę,

swe modlitwy kieruj w szczególności do tych świętych,których oblicza malujesz. Pilnuj, by umysł twój nie rozpraszał się, a święty będzie blisko ciebie,

gdy masz wybrać kolor, wyciągnij w głębi swego serca rękę do Boga i spytaj Go o radę.,

nie bądź zazdrosny o pracę swego bliźniego; jego powodzenie należy również do ciebie,

gdy twa ikona jest już skończona, podziękuj Bogu, że w miłosierdziu Swym obdarzył cię łaską malowania świętych wizerunków.

Osobowość artysty, jego indywidualizm są na ogół skrywane,bo nie one mogą być uwidocznione na ikonach, ale wierność tradycji. Ikona jest wykonywana według Tradycji i dokumentów nienależących do malarza. Natchnienie pochodzi od Ducha Świętego. Jeżeli nawet wielu współczesnych greckich ikonografów podpisuje swoje ikony to podpis poprzedza wzmianką „Ręką…”, podkreślając, że ich posługa kościelna zależy od Boga. Takiemu postrzeganiu roli artysty sprzyjała powszechna praktyka warsztatowa posługiwanie się przez malarzy ikon, co najemnej od XV w. wzornikami, które zawierały konturowe rysunki poszczególnych postaci i fakt, że ikony były w większości dziełem zbiorowym, nie indywidualnym. Lecz nie jest prawdą, że ikonograf jest kopistą. Musi, bowiem wyjawić swoją wiarę przez swój talent, i to w duchu kanonów. Status malarzy ikon był o wiele wyższy niż średniowiecznych malarzy zachodnich, mogli oni nawet pouczać teologów, do ich dziel przywiązywano o wiele większą wagę, a przy tym dostęp do ikon nigdy nie był elitarny, tak jak do obozów religijnych. Malarz ikon, a przede wszystkim ci,określani jako ikonografowie, mieli pełnić funkcję bliskie tym, które były udziałem duchownych, mieli być „innymi duchownymi”, od których wymagano nie tylko talentu artystycznego, ale także duchowości oraz głębokiej wiedzy ożyciu Kościoła i jego tradycji.

Podobrazie

Nośnikiem ikony jest deska. Drzewo jest symbolem życia; na nim rosły w Raju życiodajne owoce, z drzewa została wykonana Arka, w której Izraelici przechowywali tablice Prawa Bożego i wreszcie krzyż stał się nowym Drzewem Życia, dzięki któremu na nowo mamy dostęp do wieczności. Dlatego podobrazie ikony przygotowuje się na kawałku drzewa .

Deska jako nośnik treści ikony domaga się długiego przygotowania. Od niego zależy zachowanie malowidła. Pod malowidło deski musiały być odpowiednio przygotowane. Najczęściej poddawano je kilkugodzinnemu działaniu pary wrzącej wody. Odbywało się to w miedzianym kotle, gdzie deski były odpowiednio ułożone. Para przenikając deski ługowała składniki rozpuszczalne w wodzie. Następnie deski suszono w piecu piekarniczym zaraz po wypieczeniu chleba. Tak przesuszone zawieszano na belkach stropowych poddając je działaniu zmiennej cyrkulacji powietrza i dymu. Deski nasycone dymem były ponoć chronione przed atakiem korników i pleśni. Często umacniano deski gotując je w oleju lnianym. Od strony odwrotnej zabezpieczano je tzw. szpongami przed ewentualnym paczeniem się i pękaniem. Często ikona jest wydrążona na głębokość kilku milimetrów, w odległości 2 do 5 centymetrów od brzegu deski. To płytki wgłębienie w tradycji ruskiej, nosi w języku słowiańskim nazwę kowczeg, czyli arka. Ten termin, używany na określenie skrzyneczki przeznaczonej do przechowywania relikwii i obiektów sakralnych, po prostu przypomina, że pierwszym celem obramowania nie jest kadrowanie ikony, ale przechowywanie obrazu sakralnego jako swego rodzaju klejnotu, rzeczy świętej. Wypukłe obramienie nazywane jest „łuzgą”(pole) służy jako rama i ochrona wizerunku.

Obok najczęściej stosowanej lipy używano różnych gatunków drewna zależnie od warsztatów malarskich i okolic, w których ikony powstawały.Przykładem mogą być ikony bizantyjskie malowane na drewnie lipy i cytrusa,szkoły rosyjskie używały desek lipowych, sosnowych, jodłowych, a także modrzewiowych. Może być zrobiona z jednego kawałka drewna lub też klejona.Klejenie stosuje się zwłaszcza do dużych podobrazi, aby uchronić ikonę przed zbyt dużym odkształceniem lub też pęknięciem. Deskę żłobi się delikatnie na całej powierzchni, po to aby lepiej trzymała nanoszone substancje. Taką suchą deskę pokrywa się gruntem klejowo-kredowym. Proces gruntowania polega na przygotowaniu roztworu z kleju naturalnego, np. króliczego i różnych odmian białej kredy. Po przygotowaniu takiego gruntu, smaruje się deskę rozrobionym klejem i nakłada płótno. Ono nadaje gruntowi sprężystość. Jest także przypomnieniem, że wizerunek Chrystusa został utrwalony właśnie na płótnie -całun, legenda o wizerunku z Edessy, czy też w zachodniej tradycji chusta Weroniki.

Na przyklejone na deskę płótno nakłada się kilka cienkich warstw gruntu, tak, aby w efekcie uzyskać odpowiednio gruby podkład pod złocenia i warstwę malarską. Takich warstw jest około pięciu do siedmiu. Każda warstwa musi schnąć co najmniej dwanaście godzin, zanim nałoży się następną.Sam proces przygotowania powierzchni zajmuje, co najmniej tydzień. Po wyschnięciu grunt jest gładzony i polerowany pumeksem, aby uzyskać właściwą powierzchnię malarską. Wszystkie materiały i elementy używane w procesie powstawania ikony pochodzą ze świata minerałów, roślin lub też ze świata organicznego „użyte taką, jak Bóg ją stworzył”- materia jest wezwane do uczestniczenia w przemienianiu kosmosu, tak jak ikonografa praca jest uduchowieniem rzeczywistości zmysłowej.

Szkic

Równorzędnym, czy nawet poprzedzającym krokiem jest przygotowanie szkicu postaci sceny biblijnej czy też z życia świętych. Szkic opiera się na zasadach proporcji wyznaczanych geometrycznie, co zresztą ułatwia wykonanie poprawnego rysunku. Szkic pod ikonę wyznaczany jest również odpowiednimi kanonami, stosownymi do określonej sceny, które zostały wypracowane przez tradycję. Postać czy scena przedstawiane są zawsze w pewnym uproszczeniu, zarysie symbolicznym tak, aby nie zatrzymywać się na samej formie, lecz wskazywać na tego, kogo przedstawia. W tak symboliczny sposób zarysowana jest twarz jak i draperie szat. Pomimo kanonów przedstawiania postaci ikonograf dysponuje dużą możliwością interpretacji i własnej inwencji.Dlatego geniusz i mistrzostwo ikonografii nie polega na przekraczaniu tradycyjnych form ale na znakomitym ich wykorzystaniu. W swoistej hierarchii malarza umiejętnością najbardziej cenioną jest sporządzanie rysunków konturowych i przenoszenie ich na deskę ikony i dlatego czynność tę powierza się najlepszym mistrzom, na których spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie podobieństwo wyobrażenia do pierwowzoru. To ich uznać wypada za strażników wierności tradycji i gwarantów kanoniczności ikon. Już na etapie szkicu ikonograf musi uwzględniać elementy tradycji: read more

WIELKA WODA

Wielka woda… Gdzie nie spojrzeć woda… Potopione wsie i miasta. Domy pozalewane po strych. Ludzie siedzą  na dachach oczekując pomocy. Lamentujące kobiety, płaczące dzieci, potopione zwierzęta.

Bezradne spoglądanie w niebo…kiedy deszcz przestanie padać.

W telewizji komunikaty jak z wojny. Obrazy walki  z żywiołem.Tu przyjechał premier, słucha skarg bezradnych, bezdomnych powodzian, obiecuje pomoc, tam kandydat na prezydenta, też słucha,obiecuje.

Czy zawsze musi tak być? Czy znowu Polak musi być mądry po szkodzie? W  1997 roku „przerabialiśmy”to samo. Czy nic nas nie nauczyła tamta powódź? Wtedy obiecywano odbudowę wałów,  budowę nowych zbiorników retencyjnych, poszerzanie i pogłębianie rzek. Obiecywano. Teraz też się  obiecuje.

I co ? I nic. Ktoś powiedział, że zainteresowanie powodzią trwa tak długo jak trwa powódź…

Mam nadzieję, że ta „wielka woda” czegoś nas jednak  nauczy, że zaczniemy remontować wały przeciwpowodziowe, budować zbiorniki retencyjne. Że przy następnej powodzi nie będzie tak samo.

I nie po raz kolejny nie sprawdzi się przysłowie, że Polaki  przed szkodą i po szkodzie

głupi.    

WNIEBOWSTĄPIENIE

Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma,  i rzekł do nich: «Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie,  w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie przyobleczeni mocą z wysoka». Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich.  A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba.

Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, gdzie stale przebywali w świątyni, <wielbiąc i> błogosławiąc Boga.

                                  / zakończenie ew. św. Łukasza /

——————————————————————————–

  Dzisiejsza ewangelia opowiada o wniebowstąpieniu Jezusa. Mówi, że uczniowie gdy Jezus ich opuścił „z wielką radością” wrócili do Jerozolimy.

W pierwszej chwili ich zachowanie wydaje się dziwne. Kiedy ktoś bliski opuszcza nas, np. wyjeżdża, żegnamy go ze smutkiem. Tęsknimy.                                                    Gdy ktoś umiera, boli nas serce, dusza, boli nas całe ciało. Trudno jest nam z tym pogodzić…

Jezus opuszcza swoich uczniów, przyjaciół, a oni zamiast się smucić są radośni.  Dlaczego?                                                                                                                 

Po pierwsze, są pewni, że Jezus rzeczywiście zmartwychwstał. Są pewni, że to On  jest obiecanym Mesjaszem. Powiedział, że idzie przygotować dla nich miejsce. W niebie.

Po drugie obiecał im, że ześle im „Moc z wysoka” , „obietnicę Ojca”. Ducha Świętego.

Pocieszyciela.

Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym». Zapytywali Go zebrani: «Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?» Odpowiedział im: «Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą,  ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi». /Dz.Ap.1,5-9/
 Po trzecie Jezus zapewnił swoich uczniów, że mimo to, iż ich opuszcza, zostaje z nimi. Jest z nimi, przez wszystkie dni. Aż do skończenia świata.

Dlatego byli radośni.      


KONICZYNA

  
Lubię wiosnę, słońce, ciepło. Mogę wtedy wyjść na podwórku i pojeździć na moim wózku elektrycznym.
Dzisiaj, choć za ciepło nie było też sobie trochę pojeździłam. Bardzo lubię obserwować przyrodę, patrzeć na kwitnące kwiaty, przyglądać się motylom i ptakom. Kilka dni temu udało mi się zobaczyć dudka z pięknym rozłożonym czubem.
Dziś pośród trawy znalazłam dwie czterolistne koniczynki.
„Chyba jakieś mutanty” – pomyślałam.
Każdy wierzy, że czterolistna koniczynka przynosi szczęście i bardzo trudno znaleźć jedną, która by miała cztery listki, a co dopiero znaleźć dwie, i to w jednym miejscu. To prawie niemożliwe.
Teraz każdy może sobie kupić i wyhodować czterolistną koniczynkę. To jakby kupić sobie szczęście. A przecież szczęścia nie można kupić, za żadne pieniądze.
Ludziom, którzy kupują nasionka czterolistnej koniczyny może się wydawać, że kupują szczęście, a przynajmniej jego namiastkę.
Ja zamiast kupować czterolistną koniczynę wolę ja znaleźć. Nie dlatego, że ponoć przynosi ona szczęście. Może i przynosi.

Popatrzyłam na roślinkę i za chwilę pojechałam do domu bo zrobiło się zimno.
Pomyślałam, że najważniejsze jest to,  żeby być szczęśliwym i mieć  wiosnę w sercu.
Ja szczęśliwa jestem i wiosnę w sercu mam.

Szczęścia nie można kupić. Na szczęście.

— Phil Bosmans
 

Zmaltretowany pies tonął w lodowatej wodzie

Przywiązany do gałęzi, na dodatek z obciążnikiem u szyi -ostatkiem sił utrzymywał się na powierzchni stawu. Znaleźli go wędkarze.Zamęczone zwierzę trafiło pod opiekę członków fundacji „Świat zwierzętom”.Całą dobę walczyło o życie – i udało mu się.

Informacje o zdarzeniu i film nakręcony zaraz po wyłowieniu psa otrzymaliśmy od fundacji „Świat zwierzętom”.

Zmaltretowany pies tonął w lodowatej wodzie

W poniedziałek 3 maja wędkarze łowiący ryby nad rzeką niedaleko wsi Potępa w powiecie tarnogórskim zauważyli psa, który nie mógł się wydostać z lodowatej wody. Smycz zwierzęcia prawdopodobnie zaplątała się w jeden z podwodnych konarów. Do smyczy był też przywiązany głaz, który nie pozwalał psu wydostać się na brzeg. Na dodatek zwierzę na szyi miało założoną kolczatkę ze specjalnie zaostrzonymi kolcami, która dodatkowo utrudniała mu poruszanie się.

– Miał poraniony grzbiet, jakieś zmiany chorobowe wokół oczu. Był skrajnie wycieńczony – opowiadał Karol Kominek z miejscowej Straży Pożarnej. Mimo to agresywnie reagował na osoby, które próbowały się do niego zbliżyć. Strażacy, którzy przybyli na miejsce opowiadają, że w życiu nie widzieli tak źle potraktowanego zwierzęcia.

Trafił pod skrzydła fundacji

Psem zaopiekowała się fundacja „Świat zwierzętom”,której członkowie także przyjechali na miejsce. Zwierzę od razu trafiło do kliniki weterynaryjnej w Katowicach, gdzie zostało opatrzone. Jak opowiadają,zwierzę wróciło do siebie dopiero po dwóch dniach intensywnych zabiegów. Pies czeka teraz na nowego właściciela.

Policja dotarła do właściciela psa. Tłumaczy on, że zwierzę uciekło mu podczas spaceru w lesie. Jeśli jego wersja nie potwierdzi się,będzie mu grozić kara grzywny lub dwa lata więzienia.

                                                      /  tvn24.pl /

——————————————————————-

Jak można określić tego, kto to zrobił? Czy w ogóle można nazwać takiego kogoś mianem ” człowieka „…? Na usta cisną się niecenzuralne słowa.
Widziałam oczy tego zwierzęcia, przestraszone, dzikie. Na pewno bardzo trudno będzie mu zaufać człowiekowi. Może już nigdy nie zaufa nikomu.

Co myślał ten, który zrobił coś takiego temu psu? Czy w ogóle myślał…? Chyba nie, bo jakby choć trochę pomyślał pewnie by czegoś takiego nie zrobił.

Kto nie szanuje zwierząt ten nie będzie szanował ludzi.


” PIETA „

 

       Pieta to najpiękniejsza rzeźba w Bazylice Św.Piotra. Jest dziełem Michała Anioła. Artysta, gdy zaczynał rzeźbę w 1498 rokumiał 23 lata. Wykonywał ją na zamówienie francuskiego kardynała Jeana deBilberesa, legata papieża Aleksandra VI na dworze Karola VIII. Kardynał wymagałw kontrakcie stworzenia „najpiękniejszego dzieła w marmurze w całym Rzymie”.Michał Anioł ukończył swoje dzieło w 1500 roku.Kilka dni powystawieniu rzeźby na widok publiczny Michał Anioł usłyszał że autorstwo dziełajest przypisywane Christoforo Solari. Pod wpływem złości, na szarfie znajdującejsię na piersi Marii, umieścił napis „MICHEL ANGELUS BONAROTUS FLORENTFACIBAT” (Uczynił to Florentczyk, Michał Anioł Buonarroti).

       Pieta powstała z jednego bloku śnieżnobiałego marmuru z Carrary, który jestjednorodny, nie rozłamuje się i łatwo można  go modelować.

Postać Maryi  jest bardzo młoda ipiękna. Jej twarz nie wyraża dramatu. Emanuje z niej spokój, zaduma i miłość.Nie ma na tej twarzy bólu Matki po stracie Syna, tak widocznego w ekspresyjnychpietach gotyckich. Jest to twarz kobiety całkowicie ufającej Bogu. Chrystussprawia wrażenie śpiącego, jego ciało swobodnie spoczywa na kolanach matki. Natwarzy Maryi rysuje się smutek i zaduma, ale jej twarz jest równie młoda jaktwarz syna. Być może artysta sugeruje tu symboliczną jedność niezmiennejopiekuńczej matki, której nie dotyka czas, matki, która jest jednocześnieMadonną z Dzieciątkiem i Mater Dolorosa.

Niektórzy artyści początkowo zarzucalitwórcy, że twarz Maryi jest zbyt młoda jak na matkę trzydziestoletniego mężczyzny.Wtedy Michał Anioł uzasadniał swoją koncepcję racjami teologicznymi.Przedstawiając piękne, gładkie oblicze Matki Bożej, pragnął odzwierciedlić Jejczystość. Ostatecznie więc uznano, że dzieło przesycone jest boskością.

       Irving Stone w swojej książce o Michale Aniele  Udręka i ekstaza” pisze na temat Piety:„Kiedy Maryja znalazła odpowiednią chwilę, by złożyć na kolanach ciało Syna?Może wtedy, gdy żołnierze położyli ciało Chrystusa na ziemi, a Józef z Arymateiudał się z prośbą do Piłata, aby pozwolił wziąć ciało, gdy Nikodem gromadziłmirrę i aloes (…) Maryja (…) żyła intensywnie, pełna bólu. Jej Syn leżałumarły. Choć później miał zmartwychwstać, teraz był martwy, a twarz Jegoodzwierciedlała , co przeszedł na krzyżu”.

21 maja 1972 roku Pieta Michała Anioła została uszkodzona przez 33-letniego LaszloTotha australijskiego geologa urodzonego na Węgrzech, który krzycząc „Ja jestemJezusem Chrystusem” uderzył ją kilkadziesiąt razy młotkiem, odłupując praweramię Madonny aż do łokcia, łamiąc nos, i uszkadzając twarz. Po ataku, dziełozostało pieczołowicie odrestaurowane i zwrócone na swoje miejsce w Bazylice Św.Piotra, po prawej stronie tuż przy wejściu, pomiędzy Świętymi Drzwiami iołtarzem Św. Sebastiana.
Miałam to szczęście  widzieć to dzieło „na żywo” . Byłam pod ogromnym wrażeniem.

WSTĘP

Pragnę poinformować wszystkich, którzy zaglądają na mój blog, że zamierzam rozpocząć nowy cykl (kategorię). Pod tytułem : SZTUKA I…JA.
Będą to zdjęcia obrazów,rzeźb, witraży itp., które lubię i podziwiam ale nie tylko, które budzą kontrowersje.
Będą też ich opisy a raczej moje – subiektywne- zamyślenia nad nimi.
Kiedyś chciałam studiować historię sztuki – okazało się to niemożliwe.
Jednak zainteresowanie sztuką zostało mi do dziś.
Zapraszam wszystkich do komentowania dzieł, do wyrażania swojego zdania.

Maryjne zadumanie majowe

     Witam Was gorąco w radosnej majowej atmosferze. Ten piękny miesiąc, w którym świat wokół nas maluje się tak wielu kolorami, w Kościele poświęcony jest szczególnie Matce Bożej - możemy powiedzieć, że jest miesiącem maryjnym. Wielu wiernych w majowe wieczory gromadzi się w świątyniach, przy przydrożnych krzyżach, kapliczkach, figurach, by wyśpiewać cześć Maryi. Z wielu ust płyną wtedy wezwania Litanii Loretańskiej. W tym czasie gorąco dziękujemy Panu Bogu za Matkę Syna Bożego, za Jej wstawiennictwo i prosimy o dalszą opiekę nad nami.

     W naszej wierze i narodowej tradycji obecność Maryi jest szczególnie ważna. Znakiem tego są liczne rozsiane na polskiej ziemi sanktuaria maryjne, których sercem jest Jasna Góra - duchowa stolica naszej Ojczyzny. Łączymy się z nią każdego dnia poprzez szczególną modlitwę. Ma ona charakter apelu i śpiewana jest lub odmawiana w pozycji stojącej. Łączymy się wtedy duchowo z miejscem, gdzie gromadzą się ojcowie paulini z pielgrzymami, aby uroczyście odśpiewać Apel Maryjny, łączymy się także z tysiącami polskich rodzin, które o godz. 21 stają przed Królową Polski, by wyznać Jej wierność i oddanie. Czujemy się wtedy ogarnięci modlitwą całego Kościoła polskiego.

     O tej samej godzinie modlą się tymi samymi słowami biskupi, kapłani i wierni. Choć dzielą ich niekiedy wielkie odległości, to przecież łączy ich mocniejsza więź duchowa. Apel Jasnogórski jest szczególnym wyrazem pamięci o sprawach Ojczyzny, która winna być droga każdemu Polakowi.

     Ciekawa jest historia powstania tego modlitewnego zwyczaju. Wiąże się ona z kapitanem Podlesińskim. Był to próbny lot, taki jak wiele innych. Nic nie wskazywało żadnego niebezpieczeństwa. A jednak pilot poczuł nagle jakiś niepokój i wydawało mu się, że usłyszał wyraźnie czyjś głos rozkazujący: - Ląduj! Usłuchał. Wysiadł z samolotu i - kiedy oddalił się o lalka kroków - w samolocie nastąpił wybuch. Spojrzał na zegarek, była godzina 21.00. Po powrocie do domu dowiedział się, że w tym samym czasie żona, niespokojna o niego, modliła się gorąco do Matki Najświętszej, aby mu się nic nie stało. Historia ta wydarzyła się w roku 1934. Od tej pory kapitan Podlesiński, dawniej trochę niewierzący, zmienił swoje życie. I codziennie o godz. 21 stawał przed Matką Bożą na Apel. Wieść o tym wydarzeniu rozchodziła się i coraz więcej było takich, którzy z wybiciem tej godziny przerywali swoje prace, a myśli kierowali ku Maryi, Królowej Polski. Bardzo szybko też ten szczególny rodzaj modlitwy nabrał szerszego znaczenia - był modlitwą osobistą, ale modlitwą człowieka żyjącego na polskiej ziemi.

     Przejęty całą tą historią ks. Leon Cieślak ułożył słowa Apelu. A ks. prymas Stefan Wyszyński, kiedy wrócił z uwięzienia w 1956 r., przyjął tę formę modlitwy dla całego narodu. Dlatego też na Jasnej Górze codziennie o godzinie 21 biją dzwony. Wzywają na Apel - wzywają wszystkich nas.

     Słowa Apelu Jasnogórskiego są bardzo krótkie: Maryjo Królowo Polski jestem przy Tobie pamiętam czuwam. Jednak ich treść niesie ze sobą wielkie bogactwo. O tych słowach Apelu mówił Ojciec Święty Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski. Jest rzeczą niesłychanie doniosłą, aby w młodości - w tym wieku, w którym budzą się nowe uczucia miłości, uczucia decydujące nieraz o całym życiu - chodzić z takim dojrzałym wewnętrznym programem miłości, właśnie takim, o jakim mówi Apel Jasnogórski. Odpowiadając na miłość, którą jesteśmy odwiecznie umiłowani przez Ojca w Chrystusie, odpowiadając na nią zarazem jako na miłość macierzyńską Bogarodzicy - sami uczymy się miłości.

     Pani Jasnogórska jest nauczycielką pięknej miłości dla wszystkich. Jest to zaś szczególnie ważne dla Was, młodych. W Was bowiem rozstrzyga się ów kształt miłości, jaką będzie miało całe Wasze życie. A przez Was - życie ludzkie na ziemi polskiej. Życie małżeńskie, rodzinne, społeczne, patriotyczne - ale także: życie kapłańskie, zakonne, misyjne. "Powiedz mi, jaka jest twoja miłość - a powiem ci, kim jesteś".

As. Edmund

Tekst pochodzi z pisma
"Królowa Apostołów" maj 2001 r.


MOJE ŻYCIE cz. 2

Pan Bóg wysłuchał modlitw mamy- przeżyłam. Po kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu, wróciłam do domu. Lekarze ostrzegali rodziców, że po tak silnym niedotlenieniu mózgu mogę być niedorozwinięta umysłowo. Ja jednak rozwijałam się tak jak inne niemowlęta,uśmiechałam się na widok  znajomych  twarzy,   gaworzyłam. Mama mi opowiadała,że bardzo często (ciągle)  płakałam bez powodu. Wręcz       ryczałam. Lulali i uspakajali  mnie wszyscy, mama, tato,babcia…. 24  godz. na dobę. W  dzień i w nocy… W końcu tato w akcie desperacji skonstruował specjalny motorek, który zamontował do wózka. Miał on trząść wózkiem, lulając mnie. W tym czasie rodzice i babcia mieli odpoczywać.  Niestety motorek trząsł wózkiem tak mocno, że mama bała się,  że wypadnę. Wolała lulać mnie sama… Kiedy skończyłam 7  miesięcy nagle ucichłam (wspominając to,  rodzice śmieją się i mówią :pomyślałaś, że  dosyć tego ryku – niech starzy się w końcu wyśpią).Dalsze miesiące upływały spokojne.

Niepokój rodziców zaczęło wzbudzać to, że nie siadałam ( obkładano mnie poduszkami), nie raczkuję, nie zaczynam chodzić…

Poszli do lekarza rodzinnego,on  wypisał skierowanie do neurologa.

Poszliśmy.           

On  zbadał mnie  dokładnie i orzekł :DZIECIĘCE PORAŻENIE MÓZGOWE

                                                                       / cdn…/

———–

Psalm 23: Dobry Pasterz

Psalm. Dawidowy.

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy.

ZAPRASZANIE WIOSNY

 
Najbardziej z czterech pór roku lubię wiosnę. Wtedy wszystko budzi się do życia, wstaje z martwych. Spod zmarzniętej jeszcze ziemi wychodzą pierwsze kiełki traw i kwiaty.Pierwsze wiosenne kwiatki jeszcze wątłe i blade ale odważnie wspinają się do słońca. Ptaki budują gniazda. Pojawiają się pierwsze motyle…
Jednak w tym roku wiosna jest wyjątkowo nieśmiała. Jakoś nie chce zagościć na stałe, pokazać się w pełni.
Chciałabym, żeby już przyszła na dłużej.
Kiedy patrzy się jak robi się kolorowo na świecie, jak kwitną jabłonie, tulipany, hiacynty, kiedy słyszy się radosny świergot ptaków to chce się żyć. Zaczynać wszystko od nowa.      

„10.04.2010”

Kazanie wygłoszone przez o. Wojciecha Ziółka SJ w Kaplicy Miłosierdzia na Łagiewnikach 11 kwietnia 2010 r.  – w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Druga Niedziela Wielkanocna, ten ósmy dzień od Zmartwychwstania, święto, które od wielu już lat obchodzimy jako Święto Miłosierdzia.
Jest to zawsze dzień, w którym Pan Jezus przychodzi i pociesza swój zalękniony, przestraszony i zapłakany Kościół. Przychodzi mimo drzwi zamkniętych, mimo cofania i chowania się apostołów. Staje po środku i mówi: „pokój wam”. Przywraca radość, przywraca spokój, przywraca uśmiech…
Tak bardzo chciałoby się dziś powiedzieć do przestraszonego, zalęknionego, a przede wszystkim zapłakanego Kościoła w Polsce: Nie bójcie się, nie płaczcie. Spójrzcie na Pana Jezusa, On też cierpiał w Wielki Piątek. Umarł. Ale potem przecież zmartwychwstał, przecież przezwyciężył śmierć. Nie płaczcie, bo ostateczne zwycięstwo należy do Niego. Zobaczycie, kiedyś będzie dobrze. Zobaczycie, kiedyś i dla nas przyjdzie Wielka Niedziela. Zobaczycie, kiedyś i dla nas przyjdzie Zmartwychwstanie.
Tak bardzo by się chciało tak powiedzieć, ale tak nie powiem, bo mi to przez gardło nie przejdzie. Bo takie pocieszanie dzisiaj, wobec ogromu tego cierpienia, tego zła, które nas dotknęło, jakoś mi nie pasuje.
Patrząc na rozmiary tej tragedii, jakoś nie mogę uwierzyć, że kiedyś będzie dobrze, że kiedyś będzie Wielka Niedziela. Nie tylko nie mogę uwierzyć, ale chce mi się krzyczeć i myślę, że nie tylko mnie. Tu, w tym sanktuarium Pana Jezusa Miłosiernego, chce mi się krzyczeć!
Panie Jezu! Czy naprawdę uważasz, że to już nie jest za dużo, czy Ty nie widzisz, że w tej mojej, w tej naszej Ojczyźnie, ciągle jest Wielki Piątek?! Siedemdziesiąt lat temu i teraz, i tyle jeszcze innych razy w ciągu wieków naszej historii. Naszej historii, którą można byłoby streścić w tym jednym wersecie pieśni, którą śpiewaliśmy w czasie stanu wojennego: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”.
Panie Jezu Miłosierny! Czy Ty nie widzisz, czy Ty nie rozumiesz, że po kolejnym ciosie – i to takim ciosie – nie sposób tak po prostu pocieszać się zmartwychwstaniem i wierzyć w to zmartwychwstanie?
Panie Jezu. Nie uwierzę, bo za bardzo boli, bo za wielkie cierpienie, bo za wielki ból i płacz – i nie tylko mój, gdyby tylko mój. Co powiedzieć tym rodzinom? Co powiedzieć tym dzieciom? Nie uwierzę, bo jakieś się to wydaje takie za łatwe, takie za słodkie. Co więcej, wydaje się być zdradą wobec wszystkich tych, którzy zginęli. Przecież nie można tak łatwo przejść do porządku dziennego nad ich śmiercią.
Jeśli jest jakaś postać ewangeliczna bliska mi, jeśli jest jakaś postać, w której zachowaniu jakoś się odnajduje, to tylko Tomasz. Często wyśmiewany, pogardzany, napiętnowany. Ten niewierny, a przecież święty – Tomasz.

Jest właśnie ósmy dzień, ten dzień, o którym Pismo Święte mówi: „a po ośmiu dniach znów byli razem w Wieczerniku i Tomasz z nimi, i znów przyszedł Jezus.” Właśnie dlatego, że jest dziś ten ósmy dzień, spójrzmy na Tomasza i zobaczmy, co on robi. Może on nam pomoże przeżyć ten ból?

Co robi Tomasz? Mówi przede wszystkim to, co myśmy powiedzieli przed chwilą: „nie uwierzę”. Nie chcę uwierzyć od tak po prostu, bo mu inni powiedzieli. Nie chcę uwierzyć tak łatwo, nie chcę sobie tego tak łatwo wytłumaczyć, bo za bardzo boli, bo za bardzo zaangażował serce, bo za wielka rana.
Chce dotknąć ran Pana Jezusa, chce sprawdzić czy rzeczywiście, czy naprawdę, czy na pewno. Co ciekawe, Pan Jezus nie mówi do niego, że nie będziesz mnie tu na próbę wystawiał, tylko się godzi i co więcej sam się do niego fatyguje.
Czy dotknięcie ran może cokolwiek zmienić? Czy dotkniecie ran może cokolwiek uleczyć, cokolwiek polepszyć, w czymkolwiek pocieszyć? Na przykładzie Tomasza okazuje się, że tak. Nie chodzi tylko o sprawdzenie prawdziwości zmartwychwstania, lecz o sprawdzenie prawdziwości śmierci.
Jeśli ktoś nie umarł, to nie może i zmartwychwstać. Jeśli się nie umarło, to się i nie zmartwychwstało. Jeśli się nie cierpiało, to się i nie kochało. Jeśli się cierpienia nie dotknęło, to nie można zasmakować radości uleczenia.

Kochani! Zachęceni przykładem Tomasza, chciejmy i my. Dziś, kiedy patrząc na naszą Ojczyznę, chcielibyśmy krzyczeć, tak jak przed laty w czasach stanu wojennego: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana, jakże wielka dziś Twoja rana”, nie bójmy się tej rany dotknąć. Włóżmy tam palec i rękę, i sami wejdźmy w te ranę. Nie bójmy się przeżyć jej do końca. Teraz w dniach żałoby narodowej przeżyjmy ten ból do końca.

Kochani! Znajdźmy czas, by go przeżyć. Znajdźmy czas na to, by być razem, by mieć czas, by to wspólnie przeżyć podczas transmisji, uroczystości oraz modlitwy. Nie uciekajmy, nie uśmierzajmy tego bólu. Dlaczego? Bo jeśli mamy zachować choć cień wiary w zmartwychwstanie, jeśli mamy zmartwychwstanie Pana Jezusa i jego samego traktować na poważnie – a nie tylko jako środek znieczulający, uśmierzający ból istnienia – to musimy również doświadczyć prawdziwości bólu. Ból, cierpienie i śmierć to jest też część życia, to jest przedsionek zmartwychwstania.

Kochani! Przeżyjmy to tak, jak Tomasz, czyli nie w samotności, ale – jak mówi pismo – razem z nimi. To znaczy z tymi, od których się uciekało i izolowało, których się nie chciało widzieć, z którymi się nie chciało rozmawiać, których się krytykowało i przez których się było krytykowanym.
Od wczoraj pytamy: Czy to coś zmieni? Czy teraz się wreszcie pogodzą? Czy wreszcie przestaną się kłócić? Ale czy my się już pogodziliśmy? Czy ja się już pogodziłem? A czy Ty się już pogodziłeś?
Z tym sąsiadem, który głosował na nich właśnie, z córką, z którą od lat nie rozmawiasz. Pogodziłeś się już?
Z ojcem, z którym się kłócisz i z którym nie możesz normalnie rozmawiać. Pogodziłaś się już?
Ze współpracownikiem, któremu nie możesz przebaczyć. Pogodziłeś się już?
Kochani! Nie czekajmy na polityków. Nie czekajmy aż Oni to zrobią. Bo jeśli my się nie pogodzimy, to nic z tego nie będzie. Bez tego nie będzie zmartwychwstania.

Na nic ta rana, na nic jej dotykanie, na nic śmierć tych wszystkich ludzi, jeśli my, ja, Ty nie pogodzimy się na tym poziomie. Nie czekajmy aż tam na górze to zrobią. Pogódź się ze swym przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze. Nie wiadomo – patrząc na wczorajszą tragedię – ile czasu zostało.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego – tak jak Tomasz – warto dotknąć tej wielkiej krwawiącej rany. Dotykając ją, nawiązujemy z tym kimś relacje osobistą, bliską i serdeczną. O to właśnie chodzi w chrześcijaństwie i w życiu. Tomasz, dotykając ran Pana Jezusa, mówi potem: „Pan mój i Bóg mój.” Nie bójmy się dotknąć tej wielkiej rany, bo dzięki temu nawiążemy osobistą i serdeczną relacje z tymi, którzy zginęli, z Kościołem, z Ojczyzna.

Przestańmy mówić o nim i przestaniemy mówić o Kościele. Że Kościół powinien to, powinien tamto. Tak, jakby to nie był mój Kościół, moja koszula. Jakbym to nie był ja. Przestaniemy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed która się klęka, której się służy, o której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic ta śmierć.
Na koniec Kochani jeszcze jedno. Analogia, która sama się narzuca od wczoraj, od której nie uciekniemy, tyle razy powtarzana.
Pięć lat temu w sobotę, przed drugą Niedzielą Wielkanocną, przed Świętem Miłosierdzia dotarła do nas wiadomość o śmierci Jana Pawła II. Wczoraj, w sobotę przed Niedzielą Miłosierdzia dotarła wiadomość o tej tragedii.
Pięć lat temu, choć się tak samo płakało, nosiliśmy na ubraniach białe wstążeczki, mówiąc wszystkim, że chodzi o to, by na czerni żałoby zakwitła biel wdzięczności i nadziei.
Dzisiaj, choć tak samo się płacze, nie pozwólmy, by czerń żałoby zatopiła nas, zacieniła. Niech na tej czerni zakwitnie też biel i czerwień barw narodowych. „Czerwień to miłość, biel to serce czyste, piękne są nasze barwy ojczyste” jak mówi dziecięcy wierszyk. Niech zakwitnie i choć się samo płacze, to podnieście głowy. Nie dajmy się żałobie zatopić, by ta ofiara nie poszła na marne.
Lecieli, żeby świat się dowiedział, że wtedy – 70 lat temu – stała się straszna krzywda i że nie można o tej krzywdzie zapomnieć. Czyż może być większy krzyk o to, żeby pamiętać, niż ofiara z własnego życia? Lecieli, by pokazać, że pamiętają, że kochają i że nie zapomną. Czyż może być większa miłość niż oddanie własnego życia? Nikt nie ma większej miłości niż ten, kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich…A wszystko w tym samym lesie, przez tę samą mgłę, o której tyle lat temu pisał Herbert w wierszu „Guziki”. Wielki nasz ból i wielka rozpacz serca. I wątpliwość co do zmartwychwstanie. Ale i ta nadzieja… Pisał Herbert: read more

………WOKÓŁ TRAGEDII…

Dlaczego doszło do takiej tragedii...? Jak się o niej
dowiedziałam byłam w szoku... nie mogłam w to uwierzyć do tej pory jakoś
nie mogę.
Można powiedzieć, że znałam tych ludzi. Widywałam ich codziennie w
tv.Denerwowały mnie ich spory, kłótnie. Niektórych lubiłam bardziej, innych
mniej.
Wydaje mi się, że przez takie katastrofy Bóg przemawia do
nas i wzywa do nawrócenia, do przemiany. Obserwując

reakcję ludzi widzę zmianę ale czy to potrwa dłużej...? Wątpię. Podobne
reakcje widziałam po śmierci Jana Pawła II. Także były tłumy na ulicach,
zapalali znicze, płakali. Mówiono także wtedy o pojednaniu, zgodzie,
przemianie. I co z tego zostało...? Nic. Obawiam się, że teraz będzie
podobnie. Bardzo chciałabym się mylić. Jednak widzę to pesymistycznie.

Dlaczego tak jest, że kiedy człowiek żyje wyśmiewa się z niego (np. z

jego miłości do matki, brata), kpi, a gdy umrze wychwala się go pod
niebiosa? Chodzi mi o L. Kaczyńskiego uważam, że wszystko zależy od mediów, od
stworzonego
przez nie wizerunku człowieka.
Na przykład jego tzw. wady (według mediów) teraz ukazane są jako zalety,
wręcz cnoty. Jego " nacjonalizm" teraz pokazany jest jako wielki
patriotyzm, przedtem pokazywano go jako niezaradnego,
zależnego od matki i brata.

Teraz mówi się, że to bardzo dobry, ciepły, rodzinny człowiek. To takie
dwulicowe, fałszywe. Ja rozumiem, że o zmarłych nie wypada mówić źle,
jednak to nie znaczy, że o żywych nie można mówić dobrze a przynajmniej
obiektywnie.

MIŁOSIERDZIE BOŻE

  Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.  


Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie,  o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

Dopomóż mi do tego, o Panie, aby moje oczy były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich i przychodziła im z pomocą.

Dopomóż mi, Panie, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętnena bóle i jęki bilźnich.

Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, a na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

Dopomóż mi, Panie, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze spieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpoczenie jest w usłużności bliźnim.

Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój (…).

Jezu mój, przemień mnie w siebie, bo Ty wszystko możesz. (163)

                              / Św. s. Faustyna /

KATASTROFA

     Prezydent Lech Kaczyński, jego małżonka Maria oraz kilkadziesiąt najważniejszych osób w państwie zginęło w sobotę w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, którym lecieli na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.Samolot z polskim prezydentem na pokładzie rozbił się w rejonie Pieczerska w czasie podejścia do lądowania na lotnisku wojskowym Siewiernyj. Samolot runął ok. 2 km od pasa startowego. Według pierwszych doniesień do katastrofy doszło w trudnych warunkach pogodowych, przy czwartej próbie podejścia do lądowania.

Pełna lista pasażerów samolotu
Lech Kaczyński
Maria Kaczyńska
Delegacja oficjalna
1. Pan Ryszard KACZOROWSKI b. Prezydent RP na Uchodźctwie
2. Pan Krzysztof PUTRA Wicemarszałek Sejmu RP
3. Pan Jerzy SZMAJDZIŃSKI Wicemarszałek Sejmu RP

4. Pani Krystyna BOCHENEK Wicemarszałek Senatu RP
5. Pan Jerzy BAHR Ambasador RP w Federacji Rosyjskiej

6. Pan Władysław STASIAK Szef Kancelarii Prezydenta RP
7. Pan Aleksander SZCZYGŁO Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego
8. Pan Jacek SASIN Sekretarz Stanu, Zastępca Szefa Kancelarii Prezydenta 

9.Pan Paweł WYPYCH Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP
10. Pan Mariusz HANDZLIK Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP
11. Pan Andrzej KREMER Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych
12. Pan Stanisław KOMOROWSKI Podsekretarz Stanu w MON
13. Pan Tomasz MERTA Podsekretarz Stanu w MKiDN
14. Gen. Franciszek GĄGOR Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego
15. Pan Andrzej PRZEWOŹNIK Sekretarz ROPWiM
16. Pan Maciej PŁAŻYŃSKI Prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”
17. Pan Mariusz KAZANA Dyrektor Protokołu Dyplomatycznego MSZ
Przedstawiciele Parlamentu RP
1.Pan Franciszek DEPTUŁA Poseł na Sejm RP
2. Pan Grzegorz DOLNIAK Poseł na Sejm RP

3. Pani Grażyna GĘSICKA Poseł na Sejm RP
4. Pan Przemysław GOSIEWSKI Poseł na Sejm RP
5. Pan Sebastian KARPINIUK Poseł na Sejm RP
6. Pani Izabela JARUGA – NOWACKA Poseł na Sejm RP
7. Pan Zbigniew WASSERMANN Poseł na Sejm RP
8. Pani Aleksandra NATALLI – ŚWIAT Poseł na Sejm RP
10. Pan Arkadiusz RYBICKI Poseł na Sejm RP
11. Pani Jolanta SZYMANEK – DERESZ Poseł na Sejm RP
12. Pan Wiesław WODA Poseł na Sejm RP
13. Pan Edward WOJTAS Poseł na Sejm RP
14. Pani Janina FETLIŃSKA Senator RP
15. Pan Stanisław ZAJĄC Senator RP
Osoby towarzyszące
1. Pan Janusz KOCHANOWSKI Rzecznik Praw Obywatelskich
2. Pan Sławomir SKRZYPEK Prezes Narodowego Banku Polskiego
3. Pan Janusz KURTYKA Prezes Instytutu Pamięci Narodowej
4. Pan Janusz KRUPSKI Kierownik Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych
Przedstawiciele kościołów i wyznań religijnych
1. Ks. Bp. gen. dyw. Tadeusz PŁOSKI Ordynariusz Polowy Wojska Polskiego
2. Abp gen. bryg. Miron CHODAKOWSKI Prawosławny Ordynariusz Wojska Polskiego
3. Ks. płk Adam PILCH Ewangelickie Duszpasterstwo Polowe
4. Ks. ppłk Jan OSIŃSKI Ordynariat Polowy Wojska Polskiego

5.Ks.  Roman Indrzejczyk, kapelan prezydenta RP
Przedstawiciele Rodin Katyńskich i innych stowarzyszeń
1. Pan Edward DUCHNOWSKI Sekretarz Generalny Związku Sybiraków
2. Ks. prałat Bronisław GOSTOMSKI
3. Ks. Józef JONIEC Prezes Stowarzyszenia Parafiada
4. Ks. Zdzisław KRÓL Kapelan Warszawskiej Rodziny Katyńskiej 1987-2007
5. Ks. Andrzej KWAŚNIK Kapelan Federacji Rodzin Katyńskich
6. Pan Tadeusz LUTOBORSKI
7. Pani Bożena ŁOJEK Prezes Polskiej Fundacji Katyńskiej
8. Pan Stefan MELAK Prezes Komitetu Katyńskiego
9. Pan Stanisław MIKKE Wiceprzewodniczący ROPWiM
10. Pani Bronisława ORAWIEC – LOFFLER
11. Pani Katarzyna PISKORSKA
12. Pan Andrzej SARIUSZ – SKĄPSKI Prezes Federacji Rodzin Katyńskich
13. Pan Wojciech SEWERYN
14. Pan Leszek SOLSKI
15. Pani Teresa WALEWSKA – PRZYJAŁKOWSKA Fundacja „Golgota Wschodu”
16. Pani Gabriela ZYCH
17. Pani Ewa BĄKOWSKA wnuczka Gen. bryg. Mieczysława Smorawińskiego
18. Pani Maria BOROWSKA
19. Pan Bartosz BOROWSKI
20. Pan Dariusz MALINOWSKI
Przedstawiciele sił zbrojnych RP
1. Gen. broni Bronisław KWIATKOWSKI Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych  2. Gen.broni pil. Andrzej BŁASIK Dowódca Sił Powietrznych RP
3. Gen. dyw. Tadeusz BUK Dowódca Wojsk Lądowych RP
4. Gen. dyw. Włodzimierz POTASIŃSKI Dowódca Wojsk Specjalnych RP
5. Wiceadmirał Andrzej KARWETA Dowódca Marynarki Wojennej RP
6. Gen. bryg. Kazimierz GILARSKI Dowódca Garnizonu Warszawa
————————————————-

Zginęli najważniejsi ludzie w państwie. Przedstawiciele różnych partii politycznych. Biskupi, księża, generałowie….

Na codzień, rywale polityczni.Widywałam ich często w tvp. Denerwowały mnie ich kłotnie, konflikty, waśnie.

Zginęli ojcowie, matki, dziadkowie, babcie, synowie i córki…

Zginęli ludzie. Śmierć przyszła nagle.Nikt się jej nie spodziewał.

WIECZNY ODPOCZYNEK…..

Ten który nie poznał

 

Jak Kleofasie nie poznałeś
Że obok Jezus zmartwychwstały
Na drodze do Emaus

Jakeś nie poznał Kleofasie
Że się wypełnia słowo w czasie
Na drodze do Emaus

Co też się z sercem twoim stało
Że Pana Boga nie poznało
Na drodze do Emaus

Ci co po falach z nim wędrowali
Zdradzili, wyparli się
Nie uwierzyli, nie poznali

Słów nie usłyszeli
Twarzy nie dojrzeli
Sercem nie poczuli
Nie pojęli bólu

Ci którzy przecież szczerze kochali
Zdradzili, wyparli się
Nie uwierzyli, nie poznali

Jak Kleofasie nie poznałeś
Że obok Jezus zmartwychwstały
Na drodze do Emaus

Jakeś nie poznał Kleofasie
Że się wypełnia słowo w czasie
Na drodze do Emaus
Co też się z sercem twoim stało
Że Pana Boga nie poznało
Na drodze do Emaus

Ci którzy wierność zaprzysięgali
Zdradzili, wyparli się
Nie uwierzyli, nie poznali

Słów nie usłyszeli
Twarzy nie dojrzeli
Sercem nie poczuli
Nie pojęli bólu

Ci co o życie swoje się bali
Zdradzili, wyparli się
Nie uwierzyli, nie poznali

Słów nie usłyszeli
Twarzy nie dojrzeli
Sercem nie poczuli
Nie pojęli bólu

Jak Kleofasie nie poznałeś
Że obok Jezus zmartwychwstały
Na drodze do Emaus

Jakeś nie poznał Kleofasie
Że się wypełnia słowo w czasie
Na drodze do Emaus
Co też się z sercem twoim stało
Że Pana Boga nie poznało
Na drodze do Emaus

Ci co widzieli i dotykali
Zdradzili, wyparli się
Nie uwierzyli, nie poznali

Słów nie usłyszeli
Twarzy nie dojrzeli
Sercem nie poczuli
Nie pojęli bólu

Ci co nad sobą wnet zapłakali
Zdradzili, wyparli się
Nie uwierzyli, nie poznali

Słów nie usłyszeli
Twarzy nie dojrzeli
Sercem nie poczuli
Nie pojęli bólu

Jak Kleofasie nie poznałeś
Że obok Jezus zmartwychwstały
Na drodze do Emaus

Jakeś nie poznał Kleofasie
Że się wypełnia słowo w czasie
Na drodze do Emaus

Co też się z sercem twoim stało
Że Pana Boga nie poznało
Na drodze do Emaus

autor: Zbigniew Książek
kompozytor: Piotr Rubik


Trwa wysyłanie komentarza… http://s.emuzyka.pl/img/emuzyka_ajax_gray.gif



WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com