PRZYJŚCIE

Adwent (z łac. adventus – przyjście, przybycie) to okres w roku liturgicznym, który rozpoczyna się od I Nieszporów niedzieli po sobocie XXXIV tygodnia Okresu Zwykłego, a kończy przed I Nieszporami uroczystości Narodzenia Pańskiego w wieczór 24 grudnia. Trwa od 23 do 28 dni i obejmuje cztery kolejne niedziele przed 25 grudnia. Stanowi pierwszy okres w każdym nowym roku liturgicznym.

Adwent składa się z dwóch odrębnych okresów:
1. czasu, w którym kierujemy nasze serca ku oczekiwaniu powtórnego przyjścia Jezusa w chwale na końcu czasów (okres od początku Adwentu do 16 grudnia włącznie);
2. czasu bezpośredniego przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, w której wspominamy pierwsze przyjście Chrystusa na ziemię.
Zwornikiem wszystkich tekstów liturgii adwentowej obydwu części jest czytanie ciągłe księgi proroka Izajasza. Czytanie to obrazuje tęsknotę za wyczekiwanym Mesjaszem.

Pierwsze ślady obchodzenia Adwentu spotykamy w IV w. między innymi w liturgii galijskiej i hiszpańskiej. Z pewnością Adwent nie istniał zanim zaistniała stała data świąt Narodzenia Pańskiego. Została ona wyznaczona dopiero w II połowie IV wieku. W Hiszpanii pierwsze wzmianki o przygotowaniu do obchodu Narodzenia Pańskiego (choć nie jest ono określane mianem Adwentu) pochodzą z roku 380. Kanon 4 synodu w Saragossie, który odbył się w tym roku, poleca wiernym, aby od dnia 17 grudnia do Epifanii (6 stycznia) gorliwie gromadzili się w kościele, nie opuszczając ani jednego dnia. Adwent miał tam charakter pokutny i ascetyczny (post, abstynencja, skupienie), co wspomina św. Hilary (+ 367). W V w. w Galii biskup Tours, Perpetuus, wprowadził obowiązek postu w poniedziałki, środy i piątki w ciągu trzech tygodni od dnia św. Marcina (11 listopada) do Narodzenia Pańskiego. W Rzymie okres przygotowania do Narodzenia Pańskiego został wprowadzony dopiero w drugiej połowie VI wieku. Adwent miał tu charakter liturgicznego przygotowania na radosne święta Narodzenia Pańskiego, ze śpiewem Alleluja, Te Deum laudamus, z odpowiednim doborem czytań i formularzy, bez praktyk pokutnych. W Sakramentarzu z Werony znajduje się 37 formuł modlitw na dni postu dziesiątego miesiąca.
Od czasów św. Grzegorza Wielkiego (590-604) Adwent w Rzymie obejmował już 4 tygodnie. Był to czas bezpośredniego, liturgicznego przygotowania na obchód pamiątki historycznego przyjścia Chrystusa. Na początku IX w. Adwent nabiera także charakteru eschatologicznego – staje się czasem przygotowania na ostateczne przyjście Chrystusa. W wyniku połączenia tradycji gallikańskiej i rzymskiej ukształtował się Adwent, jaki przeżywamy do dziś – liturgicznie rzymski, a ascetycznie gallikański (kolor fioletowy, bez Gloria i Te Deum). Formę tę rozpowszechniały klasztory benedyktyńskie i cysterskie. W XIII w. znana ona była już w całym Kościele, do czego przyczyniły się nowe zakony, zwłaszcza franciszkanie.

Teksty liturgiczne Adwentu ukazują postacie Starego i Nowego Testamentu, przez których życie i działalność Bóg zapowiadał i przygotowywał świat na przyjście Jego Syna, m.in. Maryję, Jana Chrzciciela, Izajasza. Adwent to czas radosnego oczekiwania na spotkanie z Panem i przygotowania się do niego przez pokutę i oczyszczenie. Dlatego Kościół zachęca do udziału w rekolekcjach, przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania. W zatwierdzonej niedawno nowej wersji przykazań kościelnych nie ma już zapisu o zakazie zabaw hucznych w czasach pokuty. Adwent nie jest w sensie ścisłym czasem pokuty, tak jak na przykład Wielki Post. Ma on bowiem charakter radosny.

Jak czytamy w “Ogólnych normach roku liturgicznego i kalendarza” z 1969 r.: “Adwent ma podwójny charakter. Jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez który wspominamy pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi. Równocześnie jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu Jego powtórnego przyjścia na końcu czasów. Z obu tych względów Adwent jest okresem pobożnego i radosnego oczekiwania”.
W czasie całego Adwentu, poza niedzielami i uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP (8 grudnia), odprawiane są Roraty. Są to Msze święte ku czci Najświętszej Maryi Panny, odprawiane bardzo wczesnym rankiem. Ich nazwa pochodzi od łacińskich słów pieśni często śpiewanej na ich początku – Rorate caeli desuper (Spuśćcie rosę, niebiosa). Najstarsze ślady Rorat w polskiej tradycji pochodzą z XII w. W XVI w. były powszechnie znane w całym kraju. W czasie Rorat przy ołtarzu znajduje się dodatkowa, ozdobna świeca – symbolizuje ona obecność Maryi. Eucharystia rozpoczyna się przy zgaszonych światłach; zapalają się one dopiero podczas uroczystego hymnu “Chwała na wysokości Bogu”. Jest to jeden z nielicznych przypadków w roku liturgicznym, kiedy hymn ten śpiewa się każdego dnia (chociaż wyłącznie podczas Rorat).
Od IX w. dla drugiej części Adwentu charakterystyczne są tzw. antyfony “O”, ponieważ wszystkie rozpoczynają się właśnie od tej litery: O Sapientia, O Adonai, O Radix Jesse, O Clavis David, O Oriens, O Rex gentium, O Emmanuel. Tak uszeregował je Amalariusz z Metzu (+ 850). Oparte są na obrazach i symbolach biblijnych. Antyfony te w tłumaczeniu polskim stanowią siedem kolejnych zwrotek dawno śpiewanej pieśni “Mądrości, która z ust Bożych wypływasz”. Ich treść obrazuje tęsknotę Izraelitów za Mesjaszem. Stosowane były pierwotnie jako antyfony do Magnificat w Liturgii Godzin. W odnowionej liturgii zachowały swoje tradycyjne miejsce. Ponadto włączone zostały w Mszę świętą jako wersety aklamacji przed Ewangelią.

III Niedziela Adwentu jest nazywana Niedzielą Różową lub – z łaciny – Niedzielą GAUDETE. Nazwa ta pochodzi od słów antyfony na wejście: “Gaudete in Domino”, radujcie się w Panu. Szaty liturgiczne mogą być – wyjątkowo – koloru różowego, a nie, jak w pozostałe niedziele Adwentu, fioletowe. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i odkupienia, jakie przynosi. Warto pamiętać, że oprócz Niedzieli Gaudete jest jeszcze tylko jedna okazja do używania szat liturgicznych koloru różowego – jest nią Niedziela LAETARE – IV Niedziela Wielkiego Postu.

/ katolik.pl /

KSIĄŻKA

Listopad… Dni coraz krótsze. Pochmurno, dżdżysto, mglisto.
Ponuro i przygnębiająco.
Moim sposobem na depresję jest książka. Czytanie.

Wielu ma rywalów książka w naszych czasach

– i przez to właśnie może staje się niemodna.
Radio, telewizja, kino – lwią część zabrały te wynalazki z uroku książki!
Jednej rzeczy nie mogą zabrać: jej ciszy, jej milczenia.
Milczenie książki jest tym elementem, który na nas najwyraźniej działa.
Milczenie to – to czara, którą możemy napełnić własną treścią, własną wyobraźnią.
Kino, telewizja narzucają nam obraz, nie pozwalają go uzupełnić na swój sposób.
Książka utwierdza naszą indywidualność,
wybrania naszą osobowość przed atakiem wszystkiego,
co brutalne, napastliwe w naszej dzisiejszej kulturze.

Kocham książkę nie dlatego, że jest piękna zewnętrznie,
ale dlatego, że wprowadza mnie w mój własny świat,
że odkrywa we mnie, me na zewnątrz mnie,
bogactwa, których nie przeczuwałem.
Dlatego też taką miłością otaczam moją bibliotekę.           ”

                                                                             

Jarosław Iwaszkiewicz


Bardzo lubię czytać. To dobre nie tylko na jesienną depresję, nudę ale i na samotność. Ta ostatnia doskwiera mi coraz częściej.

Jednak dzięki książce, dzięki czytaniu zapominam o niej. Długo czytam jedną książkę. Z powodów technicznych, bardzo trudno odwrócić mi kartkę. Denerwuję sie z tego powodu, ciekawi mnie co jest napisane dalej a nie mogę przewrócić kartki, żeby przeczytać.
Inni przeczytają książkę w 2 dwa dni, ja w kilka tygodni.

Jednak nie zamieniłabym papierowej książki na e-booki czy książki nagranej na płycie.

Tradycyjna książka ma w sobie to “coś”. Magię, tajemnicę…

Czytanie książki jest, przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem.

                                             / Jonathan Carroll /

 Nic dodać, nic ująć.                                                               

 

SĄD OSTATECZNY

http://kultura.trojmiasto.pl/Memling-wiecznie-zywy-n35560.html
Hans Memling
, Memlinc (ur. 1435 w Seligenstadt, zm. 11 sierpnia 1494 w Brugii) – malarz niderlandzki niemieckiego pochodzenia, jeden z najważniejszych przedstawicieli wczesnego odrodzenia w Europie.

Prawdopodobnie uczył się u Stephana Lochnera w Kolonii i u Rogiera van der Weydena w Brukseli. Od 1465 pracował w Brugii. W 1467 został członkiem gildii św. Łukasza w Brugii. W 1480 należał do najbogatszych mieszkańców tego miasta, prowadził pracownię, w której zatrudniał wielu uczniów i pomocników.

Pod koniec XVIII w. powstała legenda dotycząca jego osoby. Głosiła ona, iż Memling był żołnierzem armii Karola Śmiałego. Znaleziono go rannego na progu szpitala św. Jana (Sint-Janshospitaal) w Brugii. Aby odwdzięczyć się za otrzymaną opiekę artysta postanowił pozostać na usługach tej charytatywnej instytucji. Dzięki legendzie malarz zyskał dużą popularność wśród niemieckich romantyków na początku XIX w. Zaczęto mu wtedy przypisywać większość anonimowych dzieł szkoły niderlandzkiej.

Obrazy Memlinga nacechowane są liryzmem, spokojem, czystym i harmonijnym kolorytem oraz miękkim modelunkiem, manierą wysmuklania ciał i wielością szczegółów. Przy zachowaniu zdobyczy warsztatowych Jana van Eycka, jego malarstwo skłania się ku manieryczności i wytworności, kojarzącej się z „międzynarodowym gotykiem”. Dramatyzmem wyróżnia się ołtarz Sąd Ostateczny (1473), wczesne dzieło artysty (obecnie w Muzeum Narodowym w Gdańsku). Jednym z ostatnich jego dzieł jest Relikwiarz św. Urszuli (1489) – drewniana skrzynka ozdobiona scenami z życia świętej i innymi miniaturami. Memling korzystał z doświadczeń mistrzów: van der Weydena, D. Boutsa, H. van der Goesa.

Malarz lubił sięgać do typu ikonograficznego zwanego Sacra Conversazione (święta rozmowa), który zrealizował m.in. w tryptyku Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny. Stworzył także szereg innych ołtarzy: Trzech Króli (1479), Opłakiwania (1480), Św. Krzysztofa (1484), Męki Pańskiej (1491).

Do najlepszych dzieł o tematyce religijnej należą także wizerunki Madonny z Dzieciątkiem. Jego Madonny cechuje nastrój poetyckiej czułości i wdzięku oraz miłości macierzyńskiej (Zwiastowanie, Adoracja Madonny). W późniejszych latach poetyckość i wdzięk Madonn przekształciła się w konwencję pozbawioną życia. Malarz powtarzał podobne do siebie kompozycje, sadowiąc Madonnę osiowo na tronie z brokatowym zapleczem, ustawionym w renesansowej komnacie z puttami trzymającymi girlandy kwiatów i owoców (w latach 80. przeniknęły na Północ włoskie wzory).

Był świetnym portrecistą. Jednym z najsłynniejszych jego portretów jest wizerunek Martina van Nieuwenhove, stanowiący część dyptyku.

       

      Sąd Ostateczny – tryptyk malarza niderlandzkiego Hansa Memlinga stworzony między 1467 a 1471 rokiem (obecnie w Muzeum Narodowym w Gdańsku). Obraz wykonany został w technice olejnej na desce. Autor dzieła pozostawał nieznany aż do połowy XVII wieku. Od tego czasu zaczęto przypisywać go braciom van Eyck. Dopiero w 1843 roku Heinrich Gustav Hotho stwierdził autorstwo Memlinga, co zostało później dowiedzione.

Obraz został wykonany na zamówienie filii brugijskiej banku Medyceuszy i był pierwotnie przeznaczony dla florenckiego kościoła Badia Fiesolana. Podczas transportu do Italii na pokładzie galeonu Saint Matteo został zdobyty przez gdańskiego kapra   Pawła Beneke dowodzącego karaką Piotr z Gdańska. Gdańscy właściciele statku kaperskiego (podczas podziału łupów) ofiarowali ołtarz Memlinga gdańskiemu kościołowi Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. W erze napoleońskiej, dzięki Vivant Denonowi tryptyk trafił do zbiorów paryskiego Luwru jako zdobycz wojenna. Po klęsce Napoleona został rewindykowany do Berlina by wreszcie w roku 1817 wrócić do Gdańska. Pod koniec II wojny światowej dzieło Memlinga zostało wywiezione przez Niemców w głąb Rzeszy i wpadło w ręce Armii Czerwonej. Jako zdobycz wojenna stał się eksponatem ówczesnego leningradzkiego Ermitażu. W roku 1956 tryptyk Memlinga powrócił ponownie do Gdańska. Nie zawisł jednak na filarach Kościoła Mariackiego (jak poprzednio) tylko stał się eksponatem muzealnym ówczesnego Muzeum Pomorskiego w Gdańsku. W Kościele Mariackim znajduje się kopia obrazu.

                                                        / Wikipedia /

Kim jest (dla nas ) BÓG ?

          Żyjemy w biegu, ciągle za czymś gonimy. Za pieniędzmi, za pracą, karierą. Czy w tej całej bieganinie, natłoku spraw mamy czas,żeby choć na chwilę i  pomyśleć jakie miejsce zajmuje w naszym życiu Pan Bóg? Kim On dla nas jest?

Jakie jest współczesne wyobrażenie Boga ? Jego obraz? Nasze wyobrażenie Boga jest całkowicie inne niż sam Bóg. Niektórzy stworzyli sobie nieprawdziwy  obraz Boga. Najczęściej widzą Go jako dobrotliwego staruszka z siwą brodą grożącego z pobłażaniem palcem. Inni  oczekują, że Bóg będzie czarodziejem spełniającym ich zachcianki i kaprysy, a w razie wpadki cudownie interweniującym, aby ich wybawić z kłopotu. Jeszcze inni w Bogu widzą sędziego,który tylko czeka na ich potknięcie, żeby ich od razu ukarać.

Tymczasem Bóg jest całkiem inny niż nam się wydaje. Jaki jest ?  Trudno sobie wyobrazić a  jeszcze trudniej wyrazić to słowami.  Każde słowo będzie zbyt małe.Bo czy można  sobie wyobrazić kogoś wielkiego i wszechmocnego a jednocześnie bezbronnego, pokornego?Samowystarczalnego i  tęskniącego? Miłość samą?

Zacznijmy od tego, że Bóg jest naszym Stwórcą i jesteśmy częścią Jego stworzenia. Bóg powiedział, że człowiek został stworzony na Jego obraz. Człowiek jest ponad resztę stworzenia i dlatego została mu dana władza nad nim.Zważywszy na bezmiar stworzenia, jego złożoność, piękno i porządek, możemy zrozumieć Bożą wspaniałość. Przejrzenie imion Boga może pomóc nam zrozumieć,kim jest Bóg. Oto one:

 

Elohim– silny, sprawiedliwy, święty (Księga Rodzaju 1:1)

Adonai– Pan, w relacji Pan – sługa (Księga Wyjścia 4:10,13)

ElElyon – Najwyższy, Najsilniejszy (Księga Izajasza 14:20)

ElRoi – Silny, który widzi (Księga Rodzaju 16:13)

ElShaddai – Wszechmocny Bóg (Księga Rodzaju 17:1)

ElOlam – wieczny Bóg (Księga Izajasza 40:28)

Yahweh– PAN „Ja jestem”, wieczny istniejący od zawsze samoczynnie Bóg (Księga Wyjścia3:13,14).

Bóg to przede wszystkim realna Osoba. Osoba,z którą można nawiązać prawdziwa relacje. Osobą ,która kocha ale i chce być kochaną. Która żyje i działa w życiu człowieka, w moim życiu.

Teraz ludzie traktują  Boga jako ułudę, iluzję albo maszynkę do spełniania próśb. Przypominają sobie o Nim, zdarzy si jakaś  tragedia…

Kiedy uświadomimy sobie, ze Bóg to Osoba jakby naturalnie zaczynamy szukać z Nim kontaktu.  Chcemy Go poznawać,  odkrywać. Fascynować się  Nim. Słuchać Go,  nie tylko mówić do Niego. Słuchać  co chce nam powiedzieć.

On jest bliżej niż nam się wydaje. Chce, żebyśmy Go  szukali, pozwala się znaleźć. On chce być naszym przyjacielem. Takim, który nigdy nie zdradzi, nie oszuka. Jest przy nas  zawsze. Nawet  wtedy gdy myślimy, że Go nie ma – JEST.

On nas kocha. Bardziej niż najczulszy ojciec, matka. Miłością  bezwarunkową.   Bóg jest Miłością, stworzył nas z miłości i nigdy nie przestanie nas kochać. Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdy z nas popełnia w swoim życiu błędy. Ilekroć byśmy nie upadli, tyle razy Bóg może nam przebaczyć. Pomimo, że On jest Święty a my grzesznikami, to Jezus  nie odpycha nas od Siebie, ale wyciąga Swoją dłoń aby nas podnieść z upadku, przebaczyć. Bóg jest naszym Ojcem i kocha nas-Swoje dzieci.  Miłość Boga do człowieka nie ma granic…. jest nieskończona… I nikt nie pokocha nas bardziej niż sam Bóg- Jezus Chrystus.   Jezus nie pragnie niczego tak bardzo jak naszych serc, naszego uczucia miłości do Niego, poświęcenia choćby kilku chwil…na spotkanie z Nim.

„Potem Jezus, wiedząc, że już wszystko się dokonało, aby wypełniło się Pismo, rzekł:„Pragnę”. A znajdowało się tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę nasączoną octem i podano Mu do ust”. (J 19,28-29)

Wśród słów Jezusa z krzyża, tylko to jedno jest skargą na fizyczne cierpienie. Ukrzyżowany, wypalony żarem słońca,krańcowo wyczerpany, w śmiertelnej gorączce, w agonii prosi o wodę.

Jezus nie pragnie jednak tylko wody. Jego słowo nie jest jedynie wołaniem o ulgę w fizycznym cierpieniu. To słowo płynie z serca Bożego. Mówi coś bardzo ważnego o pragnieniu samego Boga, o Jego tęsknocie za człowiekiem. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli. Bóg pragnie być miłowany. Bóg nie jest jakąś bezosobową energię lub niewzruszoną, doskonałą istotą, tak doskonałą, że aż zimną. Być może Bóg mógłby być Bogiem bez nas.Ale Jezus objawił nam Boga, który chce być Bogiem z nami i dla nas. I dlatego pragnie. Bóg nas pragnie . Człowiek jest pragnieniem Boga .

Ja jestem jego pragnieniem.

Pragnąć znaczy więcej  niż kochać…. Trudno to sobie wyobrazić.

Amy? Kogo lub co kochamy ? Czego lub Kogo pragniemy? Czy wśród naszych pragnień  jest jeszcze miejsce dla  Boga….? Kim On dla nas jest?

SPOTKANIE ZE ZBAWIENIEM

W Jerychu rozpoczyna się przedostatni etap drogi Jezusa. Tutaj zaczyna się ona wznosić od doliny Jordanu, przez Pustynię Judzką, ku Jerozolimie. O całym wędrowaniu Jezusa Piotr powiedział, że: „przeszedł On dobrze czyniąc” (Dz 10, 38). Jest to znamienne przede wszystkim dla ostatnich odcinków Jezusowej drogi. Wszędzie Jezus pomaga i ratuje. Niewidomemu, który na skraju drogi woła z ufnością: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” – daje wzrok, zdolność wychwalania Boga i pójścia za Nim (18, 35-43). Zacheuszowi, który wspiął się na przydrożne drzewo, bo chciał Go zobaczyć, daje możliwość ugoszczenia siebie w jego domu i nawrócenia, czyli też zbawienia. Sytuacja tych dwóch ludzi jest bardzo różna, jak różne jest także ich spotkanie z Jezusem. Obydwaj otrzymują pomoc Bożą przez Jezusa, który nie mija ich lekceważąco, ale zatrzymuje się przy nich.

Zacheusz jest bogatym człowiekiem. Ale jako poborca podatkowy należy do kategorii ludzi, którzy wśród Żydów otaczani są pogardą. Celnik, który z racji swego zawodu stale kontaktował się z różnymi ludźmi, także z poganami – uważany był za nieczystego. Powszechnie przypisywano celnikom chciwość (por. 3, 12-13), nienawidzono ich i unikano. Żyd, przestrzegający Prawa, nie powinien mieć nic wspólnego z celnikiem. Zacheusz był więc człowiekiem z marginesu. Miał wprawdzie bogactwo i dobrą posadę, ale nie cieszył się szacunkiem u ludzi o decydującym wpływie na społeczeństwo. Być może to było przyczyną, że Zacheusza tak bardzo interesował Jezus. Zacheusz nie był, jak widać, jednym z tych bogaczy, którzy chcą tylko przyjemnie korzystać z dóbr, nie myśląc o niczym innym (por. 12, 16-21; 16, 19-31). Jego interesuje coś więcej.

Zacheusz bardzo pragnie zobaczyć Jezusa. Powodem może tu być w dużej mierze ciekawość. W każdym razie to pragnienie jest tak silne, że zadaje sobie trudu, byle tylko dojrzeć Jezusa. Liczne osoby wokół Jezusa zasłaniają widok Zacheuszowi, który jest człowiekiem niskiego wzrostu. Ale Zacheusz jest pomysłowy. Biegnie naprzód, wyprzedza pochód, a zyskawszy na czasie, wchodzi na drzewo: wreszcie znalazł miejsce, z którego będzie mógł zobaczyć Jezusa. Zapewne nie dodaje powagi bogatemu człowiekowi wspinanie się na drzewo. To zajęcie dla dzieci. Ale Zacheusz godzi się na takie ośmieszenie, bo tak bardzo pragnie zobaczyć Jezusa. Jak widzimy, wszystko działo się dotąd z inicjatywy Zacheusza.

Jezus daje się zobaczyć Zacheuszowi; co więcej, zawiera z nim znajomość i obdarza go zbawieniem. Podejmuje Jezus rękę, którą Zacheusz wyciągnął nieśmiało w Jego kierunku; przejmuje Jezus inicjatywę i stawia Zacheusza na nowej drodze. Każe mu zejść z kryjówki na drzewie i przygotować gościnę. Wcześniej Jezus bynajmniej nie lekceważył celników, jadał z nimi przy jednym stole (por. 5, 27-32; 15, 2). Tutaj jednakże postawa Jezusa osiąga punkt kulminacyjny: On sam podejmuje inicjatywę i spontanicznie sam chce zasiąść z celnikiem do uczty, wiedząc, że w ten sposób spełni wolę Bożą:

„Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Bóg nie zrezygnował również z celników, ani ich nie odepchnął. Przez wspólny stół z Jezusem są oni wezwani do wspólnoty z Bogiem. I właśnie na tym polega usprawiedliwienie i zbawienie: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama”. Jezus przyszedł jako Zbawiciel do wszystkich ludzi (2, 10). Wbrew wszelkiej krytyce i w sposób jasny dla wszystkich poświadcza, że celnicy nie zostali wykluczeni ze zbawienia. Jednocześnie daje poznać, że odrzuca uogólniony sąd o całej kategorii osób. Swoją postawą mówi, że Bóg żywo interesuje się wszystkimi ludźmi, stale na nich czeka i zbliża się do nich. Wszyscy powinni się nawrócić, zwrócić się ku Bogu, pozwolić, żeby On ich pociągnął, i przyjąć Go. Zbawienie oznacza to właśnie, że człowiek znów otwiera się na Boga i odnajduje wspólnotę z Nim.

Postawa Jezusa została przyjęta w różny sposób. Tłum jest oburzony (por. 5, 30; 7, 34; 15, 2); zdaje się mu, że wie, co wypada, a co nie wypada. Mieć coś do czynienia z celnikiem – to dla tłumu znaczy: splamić się. Sąd tłumu jest twardy. Dlatego też Jezus nie przyłącza się do niego i bierze na siebie oburzenie tłumu. Ludzie pochwalili uzdrowienie niewidomego (18, 43), ale nie akceptują miłosierdzia okazanego celnikowi. Jezus swoim postępowaniem odrzuca taką surowość i objawia, że postawa Boga jest zupełnie odmienna od postawy tłumu.

Zacheusz zareagował przeciwnie niż tłum. Fakt, że Jezus wprosił się do niego w gościnę, wzbudził w nim wielką radość. Jego pragnienie zobaczenia Jezusa zostało spełnione w nadmiarze i Zacheusz z radością ów nadmiar przyjmuje. Nie złości się, że Jezus pokazał jego kryjówkę i że kazał mu zejść z drzewa na oczach wszystkich. Nie zważa na szemranie tłumu, ale cieszy się spełnieniem swego pragnienia. Przyjmuje Jezusa w swoim domu i odbywa z Nim serdeczną rozmowę. O żadnym innym bogaczu św. Łukasz nie podaje niczego podobnego do decyzji Zacheusza. Nieco wcześniej Jezus, po odrzuceniu Jego wezwania przez bogatego młodzieńca, powiedział: „Jak trudno bogatym wejść do królestwa Bożego!” (18, 24). Lud zapytał wtedy: „Któż więc może być zbawiony?” (18, 26). Zacheusz otrzymuje teraz zbawienie przez pośrednictwo Jezusa (19, 9). I decyduje się na szlachetną dobroczynność i naprawienie krzywd. Nie ogranicza się tylko do zobaczenia Jezusa, ale postępuje według Jego woli. W ten sposób dzięki życzliwości Jezusa dom pogardzanego przez ludzi człowieka staje się domem zbawienia. Jezus spotkał człowieka, który był zepchnięty przez ludzi na margines, a sam uwikłał się w różnych wykroczeniach i błędnych postawach. Zostawia zaś człowieka, który poznał z radością, co znaczy otrzymać przebaczenie od Boga, i wrócił na właściwą drogę. W tym dniu Zacheusz doświadczył niezwykłej przemiany.

Końcowe słowa Jezusa mogą dodać odwagi i nadziei każdemu człowiekowi. Jezus nie przyszedł po to, aby potępiać i odrzucać. On chce szukać i zbawiać właśnie zagubionych, tych, którzy się pomylili i skończyli w ślepym zaułku; chce wyprowadzić ich z nędzy i zagrożenia. Zacheusz pragnął zobaczyć Jezusa. Dzięki temu został przez Jezusa znaleziony i zbawiony.

Pytania

  1. Jakie są etapy drogi Zacheusza, od ciekawości aż po zbawienie? Kim jest Jezus, jeśli się zważy, że Jego życzliwość dla osoby społecznie pogardzanej jest czymś więcej niż tylko zwyczajnym gestem ludzkiej przyjaźni i oznacza łaskę Bożą i zbawienie?
  2. Co przeszkadza nam spotkać Jezusa? Co czynimy lub czym pomagamy sobie, aby poznać Jezusa?
  3. O czym wydajemy pobieżne sądy? Z jakimi osobami nie chcemy przestawać?


  
                      

Klemens Stock SJ

MAŁY MĄDRALA

      – Babciu- mówi mój bratanek (3 lata) – ciocia Monika jest bajdzo mądja. Wie wszystko.
Jest taka mądja jak ta ksiąska- dodaje pokazując Encyklopedię PWN.


  Uśmiałam się z tego bardzo  hehe 

Ten maluch ma taką wyobraźnię, że trudno za nim nadążyć. Teraz fascynuje się rybami i całym podwodnym światem, rakami, konikami morskimi, a nawet syrenkami 😉 . Chciałby mieć swoje akwarium. Często prosi o encyklopedię i ogląda zdjęcia.
Pyta mnie “a dlaczego to, a dlaczego tamto”. Staram się odpowiadać. Często mnie prosi ” ciociu najisuj mi jaka” i ciocia rysuje raka. Najpierw muszę sobie przypomnieć jak wygląda
rak :)).

***

Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!

                                         [Flp 4,13]

  

OFIAROWANIE CIERPIENIA

Kiedyś, wiele lat temu ofiarowałam Bogu swoje życie. Zaufałam Mu. On wie lepiej czego mi potrzeba. Byłam tego pewna I rzeczywiście wiedział. Ofiarowałam Mu też swoją chorobę, cierpienie. Zrobiłam to jednak bez jakiejś konkretnej intencji. Niech On zrobi ze mną i moją chorobą co chce. On wie co zrobić co z tym wszystkim zrobić, ja nie muszę.
Teraz jednak pomyślałam, że mogę zrobić coś więcej. Mogę ofiarować w jakiejś konkretnej intencji. Nie wiedziałam jednak w jakiej. Zwróciłam się o pomoc do księdza Tomasza. On mi radził intencję przemodlić. Zrobiłam tak jak radził. Wieczorem kiedy modliłam się o wskazanie intencji przed oczami stanęły mi dawno zapomniane obrazy…Straszne i wstrząsające.
Kilka miesięcy temu na youtube wysłuchałam świadectwa kobiety, która przeżyła aborcję. To świadectwo zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Obok tego filmu ze świadectwem były też inne filmy dotyczące aborcji (wcześniej nigdy nie oglądałam takich filmów). Kliknęłam na jeden z nich. To co tam zobaczyłam tak mną wstrząsnęło, że w pierwszym odruchu chciałam stamtąd wyjść, wyłączyć ten film. Nie wyłączyłam, oniemiała oglądałam dalej. Zobaczyłam tam zwłoki maleńkich dzieci, porozrywane, porozszarpywane na części.
Nóżki oddzielnie, rączki oddzielnie, główki też oddzielnie…Wszystkie części ciałek były poczerniałe, chyba były moczone w formalinie, żeby się nie rozłożyły.
Była tam też główka dziecka , jego maleńka buzia wykrzywiona była w ogromnym grymasie bólu. Widać było, że bardzo cierpiało przed śmiercią…
Wcześniej słyszałam wypowiedź jakiegoś “eksperta”, że tzw. “płód” nie czuje bólu przy dokonywaniu aborcji. Przekonałam się, że to nieprawda. Po oglądnięciu tego filmu byłam w szoku. Kilka dni nie mogłam otrząsnąć, dojść do siebie. Nie mogłam się pozbierać.
Jak wspomniałam, było to kilka miesięcy temu.
Codzienne problemy, wydarzenia sprawiły, że jakoś o tym filmie zapomniałam. Podczas modlitwy znowu wszystko stanęło mi przed oczami. Przypomniały mi się najdrobniejsze szczegóły… Widocznie nie bez powodu obejrzałam ten film.
To jest moja intencja – pomyślałam – swoją chorobę, cierpienie ofiaruję w intencji życia dzieci poczętych a nienarodzonych. O to, żeby każde nowe życie było przyjęte przez rodziców i rodzinę jako Boże błogosławieństwo. Aborcja jest zabójstwem, okrucieństwem wyrządzonym bezbronnemu człowiekowi. Nie rozumiem takiej matki która może zabić własne dziecko…. Nie potrafię zrozumieć…
Będę bronić życia ludzkiego . Tak jak potrafię. Przez modlitwę.
Potem okazało się, że ks. Tomasz modlił się, żebym swoje cierpienie ofiarowała właśnie w tej intencji. Ten fakt utwierdził mnie w przekonaniu o słuszności mojej decyzji.
Podjęłam się duchowej adopcji. Oddałam dzieciątko pod opiekę Bogu, niech On sam się o nie troszczy a sama się codziennie za nie modlę. Dziwnie się z tym czuję. Mam takie poczucie, że uczestniczę w czymś wielkim i bardzo ważnym. Do niedawna byłam pewna, że nigdy nie będę matką. Teraz myślę, że nią jestem. Jestem duchową matką.. Moje dziecko, które adoptowałam ma już tydzień. Od kiedy zdecydowałam się na duchową adopcję codziennie ofiaruję swoje cierpienie Bogu. Ofiaruje Mu nie tylko cierpienie ale wszystko co się tyczy mojej choroby. Bezradność, zależność od innych, samotność, niezrozumienie…Ofiaruję nie tylko w intencji tego jednego dziecka ale i innych dzieci zagrożonych aborcją.
To dla mnie bardzo ważne, jestem bardzo szczęśliwa. Szczególnie teraz kiedy ofiarowałam swoją chorobę, cierpienie w bardzo konkretnej, realnej intencji.
Zawsze wiedziałam że moje (jak każde ) cierpienie ma jakiś sens. Teraz wiem jaki.
Może to się komuś wydać dziwne ale dla mnie bardzo ważna jest świadomość, że moja choroba ma sens. Cierpienie wcale nie uszlachetnia. I samo w sobie jest bez sensu. Jedynie przyjęte i ofiarowane z miłości w jakiejś intencji nabiera sensu.To miłość uszlachetnia cierpienie.. Trzeba tylko /aż / mieć odwagę je przyjąć i chcieć ofiarować. Właśnie takiej odwagi takiej miłości uczy mnie Jezus. To On pierwszy odważnie i wielkodusznie podczas całego życia a szczególnie podczas męki na krzyżu wziął moje cierpienie, wziął cierpienia wszystkich ludzi. Przyjął je i ofiarował za nasze zbawienie. Chcę się od Niego uczyć i chcę Go naśladować. Chcę przynajmniej spróbować. Na tyle na ile potrafię.
Chcę starać się codziennie przyjmować swój krzyż i codziennie go ofiarowywać. Z miłości do Jezusa i ze względu na Jego Miłość do mnie.
Doświadczam jej każdego dnia i chcę Mu za Nią podziękować.
W ten sposób.

Co wiemy o uroczystości Wszystkich Świętych?

Znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada.Uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najbardziej radosnych dni dla chrześcijan. W ciągu roku niemal codziennie wspominamy znanego świętego. Jednak  liczba świętych jest znacznie większa.

Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest – wbrew spotykanym niekiedy opiniom – „Świętem Zmarłych”, ale przypomina wszystkim wiernym o ich powołaniu do świętości. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2 listopada – wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. Jest to dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba.

Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z wierzących, niezależnie od konkretnej drogi życia: małżeństwa, kapłaństwa czy życia konsekrowanego jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar życzliwości Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga dar świętości.

Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego (wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypadającego na 2 listopada. Uroczystość przypadająca na 1 listopada wyraża powszechne powołanie do świętości. Wskazuje na hojność Pana Boga i pogłębia nadzieję, że wszelkie rozstanie nie jest ostateczne, bo wszyscy są zaproszeni do domu Ojca. Razem jednak Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. Wśród tych trzech stanów Kościoła dokonuje się, poprzez modlitwę, pamięć czy ofiarę, ciągła wymiana dóbr duchowych. W tej łączności (komunii) wyraża się świętych obcowanie.

Wspomnienie wszystkich świętych ma źródło w kulcie męczenników. W rocznicę śmierci, która dla chrześcijan jest dniem narodzin dla nieba, odprawiano na grobach męczenników Eucharystię i czytano opisy męczeństwa. Pamięć o tych, którzy krwią potwierdzili swoją wiarę, była w pierwszych gminach chrześcijańskich pieczołowicie przechowywana. Każda z lokalnych wspólnot posiadała spis swoich męczenników, którzy przez sam fakt męczeństwa stawali się bliskimi Chrystusa, dlatego ich wstawiennictwo nabierało szczególnej mocy. Stopniowo do tych list dopisywano imiona nie tylko męczenników, ale też innych osób odznaczających się szczególną świętością. Pierwszym świętym spoza grona męczenników był zmarły w 397 r. biskup Marcin z Tours.

Początki święta sięgają IV w. W Antiochii czczono wtedy pamięć o wielu bezimiennych męczennikach, których wspominano w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. W Rzymie w VII wieku papież Bonifacy IV poświecił dawny Panteon i uczynił go kościołem ku czci Bogurodzicy oraz wszystkich Męczenników. Polecił przy tej okazji umieścić tam kamienie przywiezione z katakumb chrześcijańskich męczenników. Historycy przekazują, iż przywieziono wtedy aż 28 pełnych wozów. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych. Czczono wtedy jedynie Maryję i męczenników. W późniejszych wiekach dołączono kult „wszystkich doskonałych Sprawiedliwych”. Obchody przeniesiono z 13 maja na 1 listopada. Powodem były prawdopodobnie trudności z wyżywieniem rzesz pielgrzymów przybywających do Rzymu na wiosnę.

Listopadowa data była już znana w Irlandii oraz Anglii a od VIII w. rozprzestrzeniło się w całej Europie. Po ostatniej reformie liturgii teologowie podkreślają, że „uroczystość obejmuje nie tylko świętych kanonizowanych, ale wszystkich zmarłych, którzy osiągnęli doskonałość, a zatem także zmarłych krewnych i przyjaciół”.

                                                   / wiara.pl /

ADOPCJA DUCHOWA

PROŚBA

Codziennie  ucz mnie       

                             pokory…

codziennie ucz  mnie miłości

                                wiary  i nadziei

              Ucz  radości

                      pokoju

             Ucz  znosić przykrości

                    i  cierpienia.

            Ucz cieszyć  się  z każdego

                    przeżytego  dnia.

           Ucz cierpliwości…

           Ucz odkrywać  Ciebie

                        w  człowieku.

 

Codziennie ucz  mnie 

                             pokory…   Panie !

 

REFLEKSJA

W związku z brakiem odzewu na mój poprzedni post, chciałam podzielić się refleksją. Smutną refleksją…Długo zastanawiałam się dlaczego nikt nie odpowiedział na zawarty w notce apel.

Doszłam do wniosku, że to bierność, niechęć do jakiegokolwiek  działania. Zobojętnienie, marazm…
Działanie wymagałoby trochę wysiłku, ochoty. A przede wszystkim aktywność. Wymaga zdeklarowania się, inicjatywy. Zobowiązania się do czegoś.
Wszyscy lubimy krytykować, piętnować, ganić.  Krytykować najłatwiej. Krytykowanie nic nie kosztuje. Każdy jest wtedy ekspertem, specjalistą, znawcą. Szczególnie jeśli chodzi o Kościół i księży. Wylicza się wady.Czyjeś łatwiej widać…
Działanie wymaga często jakiegoś poświęcenia.
Tymczasem nasza wiara wymaga od nas wysiłku, ochoty, zdeklarowania się, czasem poświęcenia.
Opowiedzenia się za Chrystusem. Choćby w najdrobniejszej sprawie.
Dzisiejszy katolik w naszym kraju nie musi robić wielkich rzeczy, żeby móc manifestować swoją wiarę. Dziś nie musimy być męczennikami.
Nasza wiara ma być praktykowana na codzień. Ukazywana w najdrobniejszych nawet gestach. Te drobne gesty, szczególnie w dzisiejszych czasach urastają do rangi wielkich czynów.
Takim czynem dziś jest modlitwa, czytanie Pisma Świętego, pójście na Mszę.
Często obserwujemy w kościele jak starsze panie, babcie, odmawiają nabożnie różaniec. Często są wyśmiewane z tego powodu.  Zastanówmy się jednak co będzie kiedy one poumierają? Kto się będzie wtedy modlił w naszych kościołach? My…….?
Jezus chce, żąda od  nas opowiedzenia się czy jesteśmy za Nim, czy przeciw Niemu. Za albo przeciw.
Pośredniej alternatywy nie ma. On nie uznaje bierności, miernoty, marazmu. On oczekuje od nas konkretnego czynu.
Czy jesteśmy w stanie jeszcze go zrobić…?

APEL

Aborcja, eutanazja, zabójstwa, dopalacze. Drwina z Boga, krzyża, Kościoła. Z wiary. Życie wyzute z norm moralnych, etycznych. “Róbta co chceta”.

Właśnie teraz my wierzący w Chrystusa musimy się zjednoczyć. Musimy zacząć mówić jednym głosem. W świecie, który ignoruje Boga i Jego przykazania, który Nim gardzi i z Niego szydzi, musimy o Nim mówić, krzyczeć. Mamy “głosić Go na dachach”.
Mamy o Nim świadczyć. Być Jego świadkami. Świadkami Jego Miłości. Jeśli na serio traktujemy Boga i Jego przykazania. Jeśli chcemy by On nas tak traktował. On nas zawsze traktuje poważnie. Jak przyjaciół.

Jednak sami nic nie możemy zrobić, jesteśmy tylko (aż) ludźmi.
Bóg nie zostawił nas samych, osamotnionych, bezradnych. Przeciwnie. Dał nam Swoją Matkę. Dał różaniec.
Chciałam przyłączyć się do apelu Księdza Tomasza prosić wszystkich, którzy czytają ten blog o modlitwę.
Teraz musimy walczyć z różańcem w ręku i czystym sercem.
Wszystkich, którzy zechcą odpowiedzieć na ten apel zapraszam do zaglądania na ten blog.
 Tu znajdziecie szczegóły.

DEDYKACJA

  Codziennie jesteś przy mnie
ubierasz mnie, myjesz,
prowadzisz przez życie.
Zawsze mogę liczyć na Ciebie.
Twoje włosy przyprószone
srebrnym pyłkiem…
Twoje oczy, w których niegdyś
odbijał się błękit Nieba
dziś zblakłe od zmartwień
trosk i cierpień…
Twarz bez uśmiechu…

Pragnę byś była choć trochę
radośniejsza
abyś umiała się cieszyć
z każdego poranka.
Pragnę by w Twoich oczach
znowu przejrzało się
NIEBO !


———
Tekst ten napisałam w 2000 roku. Do szuflady. 
Dedykowałam go najbliższej osobie.
Mimo upływu tylu lat tekst ten nie stracił na  aktualności.
Przeciwnie, uważam, że jest jeszcze bardziej aktualny niż kiedyś.

 

Jesteśmy arcydziełem Boga

Zdać egzamin z wolności

Bóg stworzył człowieka na ziemi, która jest terenem zmagania dobra ze złem, świętości z grzechem, życia ze śmiercią. Stworzył go na obraz i podobieństwo swoje, czyli wyposażył w wolność i wskazał świat czystego dobra,świętości i życia jako jego wieczne mieszkanie. Na ziemi człowiek ma jednak zdać egzamin z wolności. Jego decyzje muszą uwzględniać owe wielkie wartości.Każda z trafnych decyzji doskonali jego wolność. Jeśli decyzja nie jest właściwa, ogranicza wolność i może prowadzić do jej utraty, czyli wielkiego zniewolenia.

 

W tak trudnej sytuacji Bóg wskazał człowiekowi drogę wiodącą do szczęścia: należy czynić dobro, a unikać zła. Gdy Adam sięgnął po zło, Bóg okazał mu miłosierdzie i wezwał do naprawienia popełnionego błędu oraz do powrotu na drogę czynienia dobra. Źle wykorzystana wolność może być jeszcze spożytkowana w dobrym celu. Żyjemy w czasie i dlatego mamy szansę na doskonalenie mądrości i wolności mimo popełnianych błędów.

 

W Starym Testamencie Bóg wskazał grzesznemu człowiekowi drogę nawrócenia przez Dekalog i przykazania miłości Boga i bliźniego, a w Nowym Testamencie wezwał do miłości nieprzyjaciół i miłości wzajemnej. Dał też przykład Syna Bożego, który, ukrywając swe bóstwo, przyjął ludzkie ciało i żył z nami na ziemi. Ukazał nam, jak trzeba się zachować w zmaganiu ze złem i jak zło może uderzyć w sprawiedliwego człowieka.

 

Sumienie – dar Boga

 

Wielką pomocą w wykonaniu zadań zleconych przez Boga było i jest od samego początku sumienie. To coś w rodzaju telefonu komórkowego, jaki posiada człowiek używający rozumu, potrzebnego do wzajemnego kontaktu Boga z człowiekiem w każdej

sytuacji, w jakiej się znajdziemy.

 

Bóg przez sumienie mówi człowiekowi, co jest Jego wolą,czyli co jest prawdziwie dobre. Szanuje jednak wolność człowieka, tak że ten,mimo głosu sumienia, może postąpić wedle własnego uznania. Sumienie nie determinuje człowieka. Wielu słyszy głos sumienia, postępuje jednak według swoich racji, nie pełniąc woli Ojca niebieskiego.

 

Kto liczy się z głosem sumienia, zostaje wypełniony Bożym pokojem. Pokój ten opromienia rozum (czyli umożliwia poznanie prawdy), wolę(czyli doskonali wolność) i serce (czyli pomaga w rozkwicie miłości). Ów dar odsłania prawdę i pozwala w niej żyć. On daje pewność w podejmowaniu słusznych decyzji, udziela też mocy potrzebnej do spełnienia woli Boga. Za takim pokojem tęskni serce każdego człowieka. Ten pokój doskonali jego charakter i decyduje o najważniejszych rysach jego osobowości. Tak ukształtowane sumienie mają ludzie wielkiego ducha, pełniący wolę Ojca niebieskiego.

Zdrowe sumienie posiada trzy przymioty: prawość, pewność i wrażliwość.

Owoc umiłowania prawdy

 

Prawość polega na precyzyjnym odczytaniu woli Bożej w chwili, w której człowiek słyszy glos sumienia. Tej prawdy nie można lekceważyć, bo gwarantuje ona podjęcie właściwych decyzji.

Pewność sumienia jest owocem umiłowania jedynej prawdy. Obok może być dziesięć tysięcy błędnych, kłamliwych informacji na dany temat, alejest tylko jedna prawda. Wygrywa ona z kłamstwem, gdyż kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Czasem ucieka przed prawdą na ziemi, ale wpadnie w jej światło natychmiast po wejściu w wieczność.

 

Wrażliwość pozwala rozpoznać najmniejsze nawet niebezpieczeństwo towarzyszące obłudzie i kłamstwu. Umożliwia też dostrzeżenie konsekwencji błędnej decyzji. Sumienie wrażliwe żyje zawsze w świecie pełnym światła i wychwytuje nawet najmniejszy cień obłudy.

Dziś wiele mówi się o rozumie człowieka i jego inteligencji.Przyznaje się im na tyle ważne miejsce, że na podstawie testu na inteligencję ocenia się i klasyfikuje ludzi. Dla chrześcijan jest to poważne ostrzeżenie, bo szatan jest superinteligentny i super głupi zarazem. O prawdziwych sukcesach życiowych decyduje mądrość, a nie inteligencja.

 

Mądrość bowiem znakomicie wykorzystuje inteligencję, a inteligencja nie potrzebuje na nic mądrości. Drugą istotną według współczesnych wartością jest wolność. Rozumie się ją jako prawo robienia tego, co się komu podoba, bez brania za to odpowiedzialności. Tak rozumiana wolność jest obecnie przeceniana i to ona stanowi usprawiedliwienie dla wszystkich zachowań prowadzących do zaspokajania potrzeb emocjonalnych i pożądliwości. Przy takim „ubóstwieniu” inteligencji, wolności, uczuć i pożądliwości prawie zupełnie pomija się milczeniem kwestię sumienia. Wielu się z nim nie liczy. Tymczasem o mądrości człowieka decyduje dobrze ukształtowane sumienie. Ten, komu zależy na mądrości, szanuje sumienie swoje i innych.

Zagrożenie sumienia

 

Żyjemy w czasach nieustannego bombardowania naszych sumień.Wykorzystywane są do tego wszystkie dostępne metody. Najskuteczniejszą z nich jest zalew informacji, wobec którego człowiek staje bezradny i zaczyna na własną rękę wybierać to, co wydaje mu się prawdziwe. Brakuje mu jednak czasu na jakąkolwiek głębszą refleksję. Nie jest nawet w stanie zadać pytania, dlaczego w danej chwili podają do wiadomości to, a nie co innego. Podobnie jest z wiadomościami przekazywanymi w naszych środowiskach. Najczęściej nie służą one rozpowszechnieniu prawdy, lecz wywołaniu sensacji, która odwraca uwagę od tego,co ważne. Tematy zastępcze dominują dziś w naszym świecie. Mały temat na kilka godzin urasta do wielkiego i deformuje prawdę.

Książę tego świata jest ojcem kłamstwa i nie wolno o tym zapomnieć. Sumienie dobrze ukształtowane odsłania te codziennie masowo podawane kłamstwa. Ten, kto nie ma czasu na wysłuchanie sumienia, ginie w świecie kłamstwa i postępuje jego ścieżkami. Początkowo czyni to często nieświadomie,by dopiero po jakimś czasie zorientować się, co czyni. Wyrwanie się z zakłamanych układów wymaga heroizmu, do którego dorasta niewielu.

Słuchając sumienia

 

Drugim zagrożeniem jest brak modlitwy. To na niej człowiek poświęca czas na nawiązanie kontaktu z Bogiem. To tak jakby włączył „aparat”swego sumienia i przez kilka minut porozmawiał ze Stwórcą na temat przeżytego dnia. Ten, kto to czyni, potrafi zawsze docenić i ocalić sumienie, bo wie, jak cenny jest ten kontakt. Wielu ludzi zrezygnowało z modlitwy i ich sumienia są prawie wyciszone.

Trzecim zagrożeniem jest utożsamienie sumienia z własnym przekonaniem. W moim przekonaniu to ja decyduję o tym, co jest dobre, a co złe,co jest dla mnie pożyteczne, a co mnie za dużo kosztuje.

W dochodzeniu do przekonania nie ma głosu Bożego. Tylko ludzie głębokiej wiary kształtują swe przekonanie, słuchając sumienia. Bowiem Bóg i Jego autorytet znaczy dla nich więcej niż własne wnioski. Przekonanie jest ważne, bo w lawinie wiadomości wytycza drogę życia. Ale jeśli nie liczy się w nim głos sumienia, czyli autorytet Boga, człowiek ze swoim przekonaniem jest tylko jednym z milionów zagubionych ludzi, którzy prędzej czy później odkrywają swe pomyłki. Uznają się wówczas za niewinnych i tłumaczą się przekonaniem, że czynili dobro. W rzeczywistości prawdziwego dobra nie znali.Przed Bogiem odpowiedzą za to, że nie uwzględnili Jego głosu, czyli nie liczyli się ze swoim sumieniem. To ono jest kamieniem węgielnym odpowiedzialności przed Bogiem. W nim mieszka tak zwana bojaźń Boża, która jest aktem autentycznej miłości Boga.

Błąd utożsamienia przekonania z sumieniem występuje bardzo często. Najłatwiej poznać go, zadając człowiekowi pytanie, czym jest według niego sumienie, a czym przekonanie. Najczęściej nie potrafi odpowiedzieć na pierwsze pytanie, czyli nie wie nic o sumieniu. Nie zna „aparatu telefonicznego” pozwalającego na kontakt z żywym Bogiem. Zastąpił go swoimi poglądami.

Wartość pokoju

 

Kto ma dobrze ukształtowane sumienie, jest wypełniony Bożym pokojem, który przelewa w ludzi w każdym z nimi spotkaniu. Reakcje są dwie.Ludzie dobrej woli otwierają swe serca na taki dar. Poszukują spotkania, bo w nim zostają ubogaceni. Ci, którym brak dobrej woli, bo są nastawieni napełnienie swojej, a nie Bożej, nie lubią takich spotkań. Wzywają ich bowiem doliczenia się z sumieniem, są zawsze pytaniem o nie. Oni zaś sumienie zagłuszyli, wielu wyłączyło je nawet i nie zamierza słuchać. Sumienie jest strażnikiem Bożego pokoju w naszych sercach i w naszych środowiskach. To skarb nad skarby, za który należy dziękować Bogu.

 

ks. Edward Staniek

 

                                                          / KATOLIK.PL /   

JESIENNA NOSTALGIA

    

Siedzę w ogródku. Jesienne słońce świeci mi prosto w twarz. Jednak nie przeszkadza, nie razi. Raczej delikatnie dotyka, muska promieniami, rozświetla.
Obserwuję motyle, które latają wśród kwiatów. Wielobarwne i płochliwe.
Jest mi dobrze. Zatapiam się we własnych myślach…Lubię ten stan. Myślę o ” niebieskich migdałach “. O niczym konkretnym…
Chłonę chwilę, cieszę się nią.
Jesień widać dookoła, czuć. Kolorowe liście spadają z drzew. Tańczą na wietrze. Razem z motylami. Trudno odróżnić liście od motyli…
Babie lato, piękne pajęczyny srebrzą się wśród drzew, złocą w promieniach jesiennego słońca.
Niby nic się nie dzieje, po prostu kolejny jesienny dzień…
Jednak jest w nim coś niezwykłego, pięknego, nieopisywalnego.
Chciałabym, żeby ta chwila trwała i trwała…
Jak najdłużej.   

Jasnogórska zakrystia

               Z mojego okna

2010-10-05

Ks. Tomasz Horak, proboszcz parafii Nowy Świętów


Jeśli cała przestrzeń jasnogórskiej zakrystii wypełniona jest wiarą, to cała ta krzątanina jest modlitwą. Pewnie dlatego mój różaniec mimo tylu rozproszeń nie urwał się na którejś zdrowaśce

Dziś wszędzie tłoczno, przysiadłem więc w zakrystii, blisko drzwi do kaplicy. Czy można bliżej? Różaniec w garści,modlę się. Dookoła cały czas coś się dzieje. Moja obecność niczego nie zakłóca.W głębi zakrystii dyżurni bracia zapisują Msze święte. Widzę tam i moich parafian. Tu znowu diakon poświęca różańce, obrazki, medaliki. Ze swadą odmawia modlitwę i z dużą wprawą macha kropidłem, ma chłopak styl. W końcu on to robi ileś razy dziennie. Za mną cały kąt zastawiony plecakami. Dużo ich jest.

Ciekawe, skąd przywędrowały na czyichś plecach? Schodzą się księża. Widać, że dostojni. Twarze bardzo charakterystyczne, aż by sięgnąć po aparat i portretować po kolei. Byłby album.Nie wypada. Kątem oka zerkają na nieznajomego prałata z różańcem (niby na mnie). Rozmawiają półgłosem, ubierają ornaty. Chyba nie kojarzą mojej twarzy z„legitymacją” w GN. Pewnie to i dobrze. Nagle za moimi plecami jakiś głos huknął: „Czy tu nie za głośno?”. Właściwie to dopiero on narobił hałasu, ale stłumiony gwar na chwilę przycichł. Na chwilę. Życie ma swoje prawa, a jasnogórska zakrystia żyje. I to dość intensywnie. Gwar jest więc nieunikniony.

Przesuwam w palcach paciorki różańca, w myśli zaś tajemnice… Ale ta cała jasnogórska logistyka też jest jakąś tajemnicą. Bo to jest logistyka. Umundurowany strażnik wyjmuje ze schowka gruby sznur z zaczepami, tamten bierze krzesła, ten zaś jakąś tablicę,wychodzą, wracają, inny przygotowuje spore tace. Na co te tace? Za chwilę jakiś zakonnik przynosi woreczki z ziarnem – jasne! Dziś Matki Boskiej Siewnej.Porządnie – osobno sypie pszenicę, osobno żyto, owies, jęczmień. Tam znowu zbiera się orkiestra. Ale nie tylko logistyka jest tu tajemnicą. Tajemnicą jest tu wiara.

Przecież wszyscy ci ludzie są tu dlatego i dlatego robią to, co robią, że jest w nich wiara! Nie mówcie mi, że oni tu tylko pracują. Bez wiary z takiej pracy uciekłbyś po tygodniu albo dwóch. Jeśli zatem cała przestrzeń jasnogórskiej zakrystii wypełniona jest wiarą, to cała ta krzątanina jest modlitwą. Pewnie dlatego mój różaniec mimo tylu rozproszeń nie urwał się na którejś zdrowaśce, ale z całą świadomością kolejnych tajemnic dobiegł do ostatniego paciorka. Jeszcze jakiś zakonnik poprosił mnie o spowiedź. Słuchając go, zrozumiałem: to więcej niż wiara.

Oni kochają swoją Panią.

 

                                                                   http://goscniedzielny.wiara.pl/

WYJAŚNIENIE

 

TU  AUTORKA  TEGO BLOGA – MAK.-  Monika jak kto  woli. Wczoraj skomentowałam  wpis Wiesławy ale chyba ona nie zorientowała się,  że MAK.  to ja.  Piszę więc jeszcze raz.  Nie tylko do  Wiesławy, do wszystkich komentujących  moje notki.

Po pierwsze :  W komentowaniu moich postów nie o to chodzi, żeby wszyscy się ze mną zgadzali i żeby ten blog był  piękny , gładki i bezdyskusyjny. A  przez to nudny  i monotonny. Przeciwnie  tu trzeba rozmawiać,dyskutować  a  nawet się kłócić.To ma być żywy blog. Najważniejsze  jednak, żeby  właśnie była to dyskusja konstruktywna,merytoryczna, rzeczowa i  twórcza. Na argumenty.

Nie ma to być wzajemne ubliżanie,  obrażanie i poniżanie kogoś kto ma odmienne zdanie.

Po drugie : Tutaj może wypowiedzieć  się każdy. Bez względu na swoje poglądy, przekonania religijne,  światopogląd, zapatrywania.  Każdy ma prawo  skomentować  mój  post  i każdy powinien (musi ) być traktowany  z szacunkiem.

Po trzecie : Proszę wszystkich, żeby  traktowali mnie poważnie. Nie bronili mnie. Nie używali  mnie i  mojej  choroby  jako  argumentu  w  dyskusji.  Nie używali mnie jako tarczy obronnej kiedy brakuje innego argumentu.

A po  czwarte :Potrafię  obronić się sama. Nie potrzebuję obrońców. Czasem  nie komentuję  Waszych  wpisów świadomie. Czytam każdy wpis ale nie każdy komentuję.

Ja swoje zdanie wypowiadam w poście  a Wy się  do niego ustosunkowujecie  w komentarzach.

Życzę wszystkim poważnej i  zrównoważonej, spokojnej dyskusji.

Uczmy się szanować zdanie innych.

🙂             

BIBLIA

  Mam w domu Biblię. Swoją własną. Dostałam ją od babci. Wiele lat temu.
Pewnego dnia babcia przyszła do mnie z tą wielką Księgą, dała mi ją mówiąc :” masz Moniś, to dla ciebie. Czytaj ją”.
Kilka lat później babcia umarła.
Biblia, którą od niej dostałam jest do tej pory. Staram się ją czytać codziennie, rozważać, poznawać.
Leży otwarta na moim stoliku.
Jest bardzo sfatygowana przez czas i od mojego czytania. Pożółkła.
Ma bardzo delikatne, cieniutkie kartki, trudno mi je przewracać… Jednak czytam ją bo w niej zawarte jest wszystko w co wierzę. Zawarte jest Słowo Boga. On Sam.
Czasem gdy nie wiem co mam zrobić, kiedy pytania zaprzątają mi głowę, kiedy nachodzą różne wątpliwości, otwieram Pismo Święte i czytam, rozważam.
Zawsze dostaję odpowiedź.
Odpowiedź Boga.

BÓG OJCIEC “STAŃ SIĘ “

  http://galeria.klp.pl/p-7154.html


     Witraż Stanisława Wyspiańskiego to jedno z jego najwybitniejszych dzieł. Budził on i nadal budzi wielki podziw. Umiejscowiony jest w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie. Pierwotna nazwa tego dzieła to ”Bóg wyprowadzający światy z chaosu”. Wpatrując się weń obserwujemy wielkie zamiłowanie autora falistą i płynną linią charakterystyczną dla secesji. Przewaga fioletów, granatów, błękitów i zieleni jest przełamana rozświetlonymi błyskami. Na lewej dłoni Stwórcy uniesionej we władczym geście dominuje ciepła żółć, z drugiej opuszczonej rozsypują się świetlne promienie. Twarz Boga Ojca okolona siwymi włosami i przyozdobiona długą biało niebieską brodą, ukazuje Jego Wszechmoc. Lekko pochylona postać i szaty niczym wstęgi nabierają mocy i akcentują chwilę Stworzenia. Oczy Boga są zalane niebieską barwą. Daje to poczucie pewnej anonimowości. Po oczach najczęściej poznajemy ludzi, oczy Boga są jednak zakryte, niepoznane jak Jego wyroki i plany. Kształt cienia pod powiekami Boga Ojca przypomina spływające łzy. Bóg płaczący – będący poza czasem i przestrzenią – wiedzący jak wiele cierpienia powstanie na świecie, który sam tworzy z Miłości dla człowieka. W opadającej ręce widać czerwone żyły i kości kojarzące się z życiem. Z tyłu postaci widnieją poziome fale morskie. Bóg tworzący „światy” (galaktyki) z chaosu.

Stanisław Wyspiański urodził się 15 stycznia w Krakowie w 1869 jako pierwsze dziecko rzeźbiarza Franciszka Wyspiańskiego i Marii zd. Rogowskich. Zajmował się malarstwem, architekturą, sztuką stosowaną, grafiką (również książkową), witrażem. Był wybitnym dramatopisarzem, poetą i reformatorem teatru. Był niemal tak wszechstronny jak twórcy renesansowi. Trafne jest również porównanie jego osoby do Leonarda da Vinci.
Gdy miał 7 lat zmarła jego mama. Wychowywał się u wujostwa, gdyż jego ojciec nie był w stanie sprawować nad nim opieki (alkohol, problemy materialne). Państwo Stankiewiczowie traktowali go jak własnego syna. Od najmłodszych lat miał kontakt z kulturą. Dom wujostwa był odwiedzany przez taką osobistość jak Jan Matejko. On zauważył jego talent, który zrobił na nim wielkie wrażenie. W gimnazjum poznał Józefa Mehoffera , Lucjana Rydla oraz Stanisława Estreichera.
Będąc studentem w Szkole Stuk Pięknych w Krakowie Stanisław bardzo się wyróżniał. Matejko dał mu więc udział w wykonaniu polichromii w Kościele Mariackim. Gdy Stanisław miał 21 lat wyruszył w podróż po Europie odwiedzając Włochy, Szwajcarię, Francję, Niemcy i Pragę. Przebywając w Paryżu, żył bardzo biednie. Utrzymywał się ze stypendium Szkoły Sztuk Pięknych. W Paryżu spotkał Paula Gauguina i nabistów, którzy wywarli bardzo wielki wpływ na jego sztukę. Wtedy również zainteresował się teatrem zwłaszcza tragedią antyczną i twórczością Szekspira. Miał też swój udział w ruchu modernistycznym. W rok przed śmiercią został profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W czasie śmiertelnej choroby opiekowała się Stanisławem ciotka Stankiewiczową, która mimo wielu konfliktów darzyła go dozgonną miłością. Zmarł w 1907 roku w Krakowie.
Jego ulubioną techniką był pastel, którym najczęściej malował portrety oraz pejzaże. W jego malarstwie widać wielki wpływ Jana Matejki, który łączył z dekoracyjnością, secesyjną giętką linią, (stosował też motywy roślinne), i impresją.
 

Witraż ten jest moim ulubionym przedstawieniem Boga Ojca.

Wspomnienie św. Ojca Pio z Pietrelciny (25.05.1887-23.09.1968)

  

                                Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie, małym miasteczku w Kampanii na południu Włoch, w pobożnej chłopskiej rodzinie, ciężko pracującej na chleb. Bardzo wcześnie wykazywał zamiłowanie do milczenia, samotności, a także do nauki. Od najmłodszych lat pociągał go ideał życia franciszkańskiego braci kapucynów, ewangelizujących okoliczne wsie i będących bardzo blisko prostych ludzi. Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, aby został zakonnikiem, wręcz przeciwnie, gotowi byli na wszelkie poświęcenia, aby mu w tym pomóc opłacając studia teologiczne.

     Gdy Francesco wstąpił do nowicjatu kapucynów w Morcone, nie miał jeszcze 16 lat. Otrzymał imię zakonne Pio. 10 sierpnia 1910 roku, w wieku 23 lat, pomimo bardzo słabego zdrowia przyjął święcenia kapłańskie. Z powodu nagłego pogorszenia się ogólnego stanu zdrowia został odesłany do rodzinnej miejscowości, aby odpoczął i nabrał sił. Tam, wśród najbliższych, pozostał aż 6 lat do 1916 roku, prowadząc życie modlitewne i ascetyczne, na wpół pustelnicze, odpowiadające jego głębokiemu pragnieniu kontemplacji.

     Po krótkim pobycie w wojsku jako kapelan i sanitariusz w okresie I wojny światowej, w której uczestniczyły Włochy powrócił do wspólnoty zakonnej. Wysłany do San Giovanni Rotondo, wioski u podnóża Gargano, niedaleko od sanktuarium Świętego Michała Archanioła. Tu powierzono mu opiekę nad chłopcami z Niższego Seminarium Zakonnego. Wkrótce stygmaty, jakimi Bóg obdarzył Ojca Pio, zaczęły przyciągać uwagę władz kościelnych i sprowokowały interwencję Świętego Oficjum, które nakazało przeniesienie go do innego domu zakonnego (1922). Wywołało to tak wielkie poruszenie w wiosce, bo ludzie chcieli zatrzymać człowieka, który już wtedy był przez wielu uważany za świętego, że władze kościelne wyraziły zgodę na pozostanie Ojca Pio, ale na okres 3 lat zabroniono mu wykonywania funkcji kapłańskich, aż do zakazu publicznego odprawiania Mszy świętej włącznie (1931-1933).

      Ojciec Pio posługiwał się trzema prostymi środkami. Było to: kierownictwo duchowe, spowiedź oraz Msza święta. To właśnie ta prosta, kapłańska służba, pełniona z najwyższym oddaniem, przyciągała ludzi. Przyjeżdżali do San Giovanni Rotondo z całego świata lub kierowali do niego tysiące listów, powierzając modlitwie ciężary swoich cierpień tak duchowych, jak i materialnych. Po śmierci  pochowano go w krypcie kościoła Matki Bożej Łaskawej w San Giovanni Rotondo, gdzie nieprzerwanie pielgrzymują tłumy wiernych z całego świata. Ta miejscowość, gdzie żył i umarł święty jest co roku odwiedzana przez ponad 7 mln pielgrzymów, jest drugim na świecie (po Gwadelupe w Meksyku) sanktuarium pod względem liczby pielgrzymów.

CHCĘ

 Na pewno  czytelnicy mojego bloga zauważyli,że posty (notki) pojawiają  rzadziej. Nie odpowiadam też na komentarze kiedy nie muszę. Maluję tez mniej…  Kilka miesięcy temu malowałam po 8 godzin dziennie- teraz pomaluję 1,5- 2 godz. i jestem b. zmęczona. nie daje rady…

Najbardziej mi przeszkadza, żal mi tego, że  nie mogę malować tyle co kiedyś…. To moja pasja. Dawało i nadal daje mi poczucie samodzielności, wolności, radości… Jest dla mnie wszystkim.

Teraz  coraz częściej odczuwam bezradność, niemoc, chorobę.

A raczej jej skutki.

Wiedziałam,że kiedyś przyjdzie czas kiedy nie będę mogła ani pisać ani malować, nie wiedziałam ze to już…

Wyobrażałam sobie jak się  będę wtedy  czuć. Co  będę myśleć …

Chociaż  fizycznie jestem coraz słabsza, psychicznie, duchowo jestem silna. Coraz silniejsza. Paradoksalnie. Rozpiera mnie energia wewnętrzna. Dlatego wcale poddawać się nie zamierzam. Zamierzam walczyć, chcę móc jeszcze pomalować. Popisać.

Teraz trochę się przeciw temu wszystkiemu buntuje.,A to pozytywny bunt, dający siłę  i  energię do walki. Ale nie przeciw Bogu. Bo wiem, że On jest teraz przy mnie. Bliżej niż kiedykolwiek.

Pomaga mi.

Dlatego  będę walczyć z samą sobą, z bezsilnością, niemocą . Ale nie z Nim. A raczej z  Nim jako moim sprzymierzeńcem przeciw chorobie.

W Bogu jest moja siła. Tylko w Nim.

Poddanie się w moim wypadku oznaczało by skazanie na wegetację. Siedziałabym tylko na wózku i patrzyła w sufit bo nie mogłabym nic innego zrobić. A ja nie takiego scenariusza nie przewiduję. Nie przyjmuje do wiadomości. Nie  mogę przyjąć.

Dlatego będę walczyć. Chcę i muszę.

Jestem  w bojowym nastroju .

Trzymajcie za  mnie kciuki.  haha 

***

         
      „Módl się i ufaj tak, jakby wszystko zależało wyłącznie od Boga – ale jednocześnie działaj tak, jakby
                                                      wszystko zależało od ciebie!”.

                                                           / św. Ignacy Loyola/

WYPRAWA

  Kilka dni temu wróciłam z Częstochowy i Krakowa. Byłam tam z rodzicami. To były dni pełne niesamowitych przeżyć i wrażeń. Najpierw Apel Jasnogórski. Przyszliśmy na niego trochę wcześniej. Akurat zaczynała się Msza Św. dla pielgrzymów z  Węgier. Nie było za dużo ludzi więc mama zawiozła mnie pod prezbiterium. Po Mszy podszedł do nas paulin i zaprosił (!), żeby mama podwiozła mnie jeszcze bliżej. Zawiozła mnie więc pod sam ołtarz. Patrzałam Madonnie w oczy. Nie prosiłam o nic. Tylko tak trwałam….
Potem zaczął się Apel.
Słowa “Bogurodzicy”, apelu. Potem rozważania i jeden dziesiątek różańca. Do mamy podszedł paulin z mikrofonem. Modliła się. Zmówiła jedno pozdrowienie Anielskie.
Po Apelu – zasłonięcie Obrazu.

Potem był Kraków. Cały rozkopany ale i tak cudny. Byliśmy na Wawelu, w kościele franciszkanów, na Skałce, w muzeum Wyspiańskiego, w sukiennicach, w kościele Mariackim. Na cmentarzu Rakowickim i w Łagiewnikach.
Dużo czasu spędzaliśmy na krakowskim rynku.
Najbardziej lubię spacery uliczkami Krakowa. Wtedy można poczuć atmosferę miasta. Jego klimat, nastrój.
Piękne stare kamienice z bogato zdobionymi fasadami i figurami świętych umieszczonymi na rogach budynków.
Stałym motywem Krakowa są gołębie. Było ich dużo,szczególnie na rynku.
Rynek krakowski jest zawsze pełen ludzi, turystów, z kraju i zagranicy. Wycieczek.
Były tłumy. Momentami wydawało się ciasno :).
Kocham to miasto z jego zabytkami muzeami, kościołami.
Może uda nam się tam jeszcze kiedyś pojechać… 🙂

UFAM

Panie…nie wiem co będzie jutro ale wiem jedno. Przyjmę wszystko cokolwiek dla  mnie przygotowałeś.

Codziennie ograniczasz moją  samodzielność, resztki samodzielności,

odbierasz mi ją. Kawałek po kawałku. Dzień po dniu…

Ograniczasz,doświadczasz cierpieniem, bezradnością… zamykasz  mnie.

Nie wiem dlaczego  to robisz. Nie muszę.

Wystarczy mi, że Ty wiesz. Ty wiesz lepiej.Skoro to robisz musi być w tym głębszy sens. Wiem to.

Wierzę Ci. Ufam Tobie.

Tylko Tobie wierzę.

Zabierając wiele dajesz mi niepomiernie więcej…

To ograniczanie mnie  tak naprawdę  nie jest ograniczaniem

Tylko otwieraniem,

Otwieraniem na Ciebie, na  Twoją  Miłość

Zamykanie nie jest zamykaniem.

owszem,zamykasz mnie przed światem i ludzi

Lecz

otwierasz  na Siebie, pokazujesz mi  Siebie. To otwarcie sprawia, że widzę więcej i patrzę głębiej.

Dajesz mi Wolność

Prawdziwą Wolność  w  Tobie.

Obdarzasz mnie wielką Miłością i  zaufaniem. Pociągasz mnie ku sobie.

Zachwycasz mnie Sobą. Wtedy nic się nie liczy… tylko Ty i ja.

Uwielbiam  Cię  za wszystko czym  mnie obdarzasz.

Za radość,  pokój, szczęście. Rozpiera mnie radość  wewnętrzna i siła.

Tak!Jestem szczęśliwa!

Wiem,że zawsze jesteś przy mnie,

We mnie.

Kiedy przyjdą trudne dni  bezradność

Wtedy także będziesz.

Dlatego pójdę  gdzie mnie poprowadzisz

Bo Ci ufam.   

CZARNA MADONNA

  
Najstarszym i najdawniejszym dokumentem informującym o cudownym obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, jest łaciński rękopis z archiwum klasztoru, który w tłumaczeniu brzmi:


“Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy ,który własnymi rękami namalował św. Łukasz”.

Dokument ten pochodzi z XV wieku. Być może został on przepisany z dokumentu wcześniejszego. Co w tym dokumencie jest prawdą?
Obraz mógł powstać w Konstantynopolu i stamtąd dotrzeć na Ruś. W czasie wojny, prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego, obraz ukryto w zamku bełskim.
Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zabrał obraz i podarował go sprowadzonym właśnie z Węgier paulinom, którzy przejęli drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie 23 czerwca 1382r. Paulini z biegiem czasu wybudowali nowy kościół, umieszczając w nim
obraz Najświętszej i Najczcigodniejszej Dziewicy, Pani i Królowej świata i naszej Matki, rzadkim i przedziwnym malowaniem ozdobiony, o przesłodkim spojrzeniu…
 
Obraz od początku ściągał tłumy pielgrzymów, doznających na tym miejscu wielu łask. Pobożna legenda głosi, że obraz namalował św. Łukasz Ewangelista na desce stołu, przy którym Najświętsza Rodzina modliła się i spożywała posiłki.


Najnowsze badania oraz analiza rentgenogramu pozwoliły na stwierdzenie, że obraz Matki Jasnogórskiej pochodzi z XIII wieku i pierwotnie znajdował się w bałkańskim ikonostasie. Technologia obrazu i wspomniane badania wskazują na cechy ikonowego malarstwa bizantyjskiego i pozwalają stwierdzić, że pod obecnym XIII-wiecznym malowidłem istnieją ślady pierwszej, wczesnochrześcijańskiej ikony.


W samą Wielkanoc 1430 roku dwaj panowie polscy: Nadobny z Rogowa, herbu Dziadosza i Jan Kuropatwa z Łacuchowa, herbu Szreniawa, wraz z księciem ruskim, Fryderykiem, posługując się grasującymi na Śląsku bandami husyckimi, napadli na kościół paulinów, rabując go, zabijając pięciu zakonników. Zniszczyli też obraz Matki Bożej, rozbijając go na trzy części. Śladem tego zdarzenia są szramy, celowo podczas dokonanej renowacji pozostawione na obrazie.

Na prośbę paulinów król Polski, Władysław Jagiełło, pozwolił zabrać zniszczony i zbezczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że byli to wyspecjalizowani w sztuce bizantyjskiej malarze z Rusi. Praca ta zabrała im dwa lata, lecz stworzyli obraz jak nowy, zachowując część starego.

Obraz jest namalowany na trzech deskach lipowych, sklejonych, na które położona została zaprawa kredowa 2-3 mm gruba. Samo malowidło jest na Płotnie, namalowane temperą. Matka Boża ma na sobie suknię czerwoną, na nią zaś narzucony niebieski płaszcz w ozdobach lilii andegaweńskich. Lewą dłonią obejmuje siedzące na Jej ręku Dzieciątko, a prawą przyciska Je do swojej piersi. Dziecię Jezus ma sukienkę czerwoną, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni, podobnie jak u Maryi. Prawą ręką Pan Jezus wskazuje na Maryję ( gest bardzo wymowny i teologicznie głęboki), lewą zaś dłonią trzyma księgę Ewangelii. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest złocone. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Jezus ma bose stopy, co dziwnie kontrastuje z bogactwem Jego szaty. Matka Boża ma na twarzy jedną bliznę poziomą i dwie znacznie większe, pionowe- znaki cięć szabli podczas profanacji. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem, na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą lamę. U płaszcza Maryi znajduje się dodatkowo ozdoba w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko, na obie postaci są nałożone artystyczne i ozdobne w drogie kamienie szaty i korony.

Dominująca w przedstawieniu Częstochowskiej Hodometrii jest twarz Maryi, na której koncentruje się spojrzenie widza. Twarz ta, przesycona wyrazem łagodnego smutku, skupionego głównie w niespotykanych, przenikających oczach, w pełni oddaje godność Jej Bożego macierzyństwa, bezgraniczne miłosierdzie i troskliwą opiekę.
 Suchy opis konserwatorski nawet nie udaje, że jest w stanie oddać to, czym dla Polaków jest wizerunek Czarnej Madonny. Jan Paweł II powiedział:

„Pani Jasnogórska! Od sześciu stuleci weszłaś w naszą historię i pomagasz nam ją tworzyć…, pomagasz nam zachować ciągłość i tożsamość”.

Do Maryi na Jasną Górę pielgrzymowali królowie, hetmani, rycerze, poeci, dostojnicy z całego świata i zwykli prostaczkowie. Księga cudów, założona z polecenia biskupa krakowskiego, kardynała Jerzego Radziwiłła w 1593r., wskazuje że łącznie do roku 1948 zanotowano około 1300 wypadków niezwykłych, szczegółowo opisanych.

Papież św. Pius X, na prośbę paulinów i biskupa kujawsko- kaliskiego dnia 13 maja 1904 roku zezwolił na obchodzenie święta Matki Bożej Częstochowskiej w całej diecezji jako uroczystość pierwszej klasy z oktawą. Papież Pius XI dekretem z dnia 23 grudnia 1931r. święto to rozszerzył na całą Polskę i dołączył osobny formularz liturgiczny. Papież Pius XII w 1956r. podniósł rangę tego święta do stopnia pierwszej klasy. Od roku 1969Polska obchodzi dzień 26 sierpnia jako uroczystość patronalną najwyższej klasy.

O KOŚCIOŁACH – SUBIEKTYWNIE :)

W sobotę byłam na parafialnej pielgrzymce w Licheniu. Pielgrzymka bardzo mi się podobała, Bazylika w Licheniu nie……..
Architektoniczne pomieszanie stylów z zewnątrz. Wewnątrz…owszem robi wrażenie ogromem i bogactwem ale i brakiem umiaru.
Za dużo elementów, ornamentów, wzorów…itp. Przytłaczały mnie te wszystkie ozdoby, ozdóbki, fikuśne świeczniki (lampy), wieczne lampki, i złoto, złoto, złoto… “dawało ” po oczach…
Wszystkie te ozdoby powodowały to, trudno było się skoncentrować.  Nie mogłam się skupić, spokojnie pomodlić…a jechałam własnie po to. Obraz Matki B. ginął w tych wszystkich ozdobach a uważam, że właśnie on powinien być wyeksponowany.
Byłam w wielu sanktuariach i kościołach w Polsce i nie tylko. Najbardziej podobają mi się kościoły romańskie, gotyckie i renesansowe. Barokowe też ale trochę mniej.
Bardzo podoba mi się kościół franciszkanów w Krakowie. Szczególnie St. Wyspiańskiego freski zdobiące cały kościół. A także jego witraże. Uwielbiam witraż “Bóg Ojciec. Stań się”.
Ze  współczesnych kościołów odpowiada mi bazylika Miłosierdzia B. w Łagiewnikach. Tam widać umiar. A obraz Jezusa M. w ołtarzu robi wrażenie. A po za tym to bardzo oryginalna budowla. Z zewnątrz przypomina kształt łodzi.
Wspomnę bazylikę św. Piotra w Rzymie.
Byłam pod jej wrażeniem. Tam można się spokojnie pomodlić ale chyba tylko wtedy kiedy nie ma turystów. Ja byłam jesienią ,kilka lat temu, było bardzo dużo ludzi. Atmosferę modlitwy psuli właśnie turyści. Chodzili, rozmawiali bardzo głośno, śmiali się. Zachowywali się tak jakby nie byli w kościele….
Uważam, że z reguły każdy kościół odzwierciedla epokę w której jest budowany.
Licheńska bazylika odzwierciedla naszą epokę.

WNIEBOWZIĘCIE


  
nikt nie przymknął Twych oczu nie zasłonił twarzy

ani w bramie nie szeptał rozebranym głosem

o tym co za głośno słyszy się w milczeniu.

Pan uchronił do końca i zdrową zostawił

Tylko kiedy pukano Ciebie już nie było

Nie śmierć ale miłość całą Cię zabrała…?

                                     /ks. Jan Twardowski /

DZIADEK I WNUK

      
Domenico Ghirlandaio
, właściwie Domenico di Tommaso Bigordi (ur. 1449 we Florencji, zm. 11 stycznia 1494 we Florencji), włoski malarz z okresu quattrocento, przedstawiciel szkoły florenckiej.

Dominik Ghirlandaio urodził się w rodzinie Tomasza, znanego florenckiego złotnika, którego przydomek Ghirlandaio, znaczył twórca girland, ozdoby kobiecej głowy, którą wymyślił. Uczył się za namową ojca złotnictwa, które porzucił na rzecz malarstwa i nauki u Alessio Baldovinettiego i Andrei del Verrocchio. Współpracował ze swymi młodszymi braćmi, Benedetto i Davide. Warsztat Ghirladaio był najbardziej znanym i najlepiej prosperującym warsztatem malarskim we Florencji, który zyskiwał wiele intratnych zleceń. Jego najważniejsze dzieła to freski chóru kościoła Santa Maria Novella, freski w Pizie, San Gimignano i w rzymskiej Kaplicy Sykstyńskiej, obraz Starzec i wnuczek.

Jego najsłynniejszym uczniem był Michał Anioł, a jego syn Ridolfo Ghirlandaio był znanym malarzem włoskiego renesansu.

  

   Starzec i chłopiec – obraz włoskiego mistrza Domenico Ghirlandaio, namalowany około 1490. Obecnie jest wystawiony w Luwrze.

Obraz przedstawia starszego mężczyznę, florenckiego arystokratę (charakterystyczne cappuccio na jego ramieniu), przytulającego się do małego chłopca, prawdopodobnie jego wnuka. Nie zdołano określić tożsamości mężczyzny. Jego nos jest zniekształcony przez rhinophyma prawdopodobnie w przebiegu trądzika różowatego .
Bardzo lubię ten obraz.Artysta pięknie ukazał wzajemną miłość. Starzec z dobrotliwym uśmiechem i czułością spogląda na malca. Chłopczyk ufa dziadkowi.
Widać to w jego spojrzeniu. Stara się objąć dziadka swoją małą rączką.