PARALITYK

Dziś moja ulubiona Ewangelia. Utożsamiam się z tym paralitykiem, identyfikuję się z nim. „Ja też  jestem takim paralitykiem, niesprawna. Kłoda taka, którą dźwigają inni. Uzależniona fizycznie od innych. Pisząc ten blog często czuję się jakby oczy czytających były zwrócone na mnie. Patrzą na mnie z ciekawością, może ze zdziwieniem, a może i z niesmakiem. Nie wiem. I szczerze mówiąc nie bardzo się tym przejmuję (jakbym się przejmowała to pewnie nie pisała bym bloga. Ja wpatruję w Inne oczy. W Twoje oczy. W oczy mojego Zbawiciela, Pana i Oblubieńca. Ukochanego. Twoich słów słucham. Tobie ufam.Kiedy wpatruję się w Ciebie, nie istnieje nic innego. Tylko Miłość jaką mnie obdarzasz. Ciało mam słabe, stare, niewładne i ostatnio bardzo obolałe, ale w sercu tyle energii, radości i pokoju. Trudno to opisać!” – myślałam wpatrując się w oczy Ukochanemu.
On patrzył we mnie z wielką czułością.
„Bardzo cię dziś boli, robaczku, prawda?”
Przytaknęłam.
„Mnie też, razem ofiarujemy. Kiedy cię tak boli, jestem przy tobie. Bliżej niż myślisz.

CZAS RADOŚCI

Oj… 🙂 nie wiem jak ja tę dzisiejszą notkę napiszę (i pisać trudno, ale tym razem chodzi i o coś innego), ale Panie, obiecałeś pomóc. A więc do dzieła! 🙂

Wczoraj wieczorem rozmyślałam o mojej modlitwie różańcowej, że albo się budzę za wcześnie, albo za późno. Jak za wcześnie to czasem jeszcze zdarzy mi się przysnąć i modlitwa nie jest taka jakbym chciała. A jak za późno to czasem nie zdążę odmówić całego Różańca, bo przychodzi po mnie mama (i czasem proszę ją, żeby przyszła po mnie za chwilę, a czasem kończę go potem, w ciągu dnia, ale to już nie jest to samo co rano).
„Najlepiej jakbym budziła się ok. 4.00 – pomyślałam – wtedy mogłabym spokojnie i dokładnie układać bukiety dla Maryi”.
„Jutro obudź, proszę mnie ok 4-tej”- uśmiechnęłam się do Ukochanego. I zasnęłam.
Obudziłam się, chwilkę poleżalam. Włączyłam komórkę. Była dokładnie 4.03. „Wysłuchał mnie” – pomyślałam. Napisałam refren dzisiejszego psalmu na FB, przywitałam się z ks Radkiem i zaczęłam układać bukiety Madonnie. Spokojnie, powoli, kontemplując każde słowo. Dosłownie czułam jakbym z Nią rozmawiała…

Wpatrywałam się w oczy Umiłowanemu… patrzyłam i patrzyłam. „Jezu, Ukochany mój, Umiłowany!” – szeptałam. Przypomniałam sobie moje grzechy…
„Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Patrzył we mnie. „Nie pamiętasz: choćby wasze grzechy były jak szkarłat, nad śnieg wybieleją. Twoje wybieliłem. Nie myśl teraz o swoich słabościach, oddałaś Mi je.
Milczeliśmy. „Moja korona cierniowa i gwoździe, które złożyłem…  ” Tak, są w moim sercu – przerwałam Mu- strzegę ich jak najdroższego Skarbu!”
„Są dowodem, że umiłowałem cię szczególnie, mój robaczku”. Oczy mi się zaszkliły ze szczęścia.
„Nie płacz, ukochana! Dość już w życiu płakałaś. Teraz jest czas radości”.
„To ze szczęścia, Panie!” Pocałowałam kącik Jego portretu.
„Jeśli chcesz, możesz pocałować Mnie w policzek”. Pochyliłam się i nieśmiało pocałowałam…
Patrzeliśmy w siebie rozpromienieni. On i ja…
„Oj, Jezu, nie wiem jak ja to wszystko opiszę na blogu” – uśmiechnęłam się do Niego.
„Nie martw się. Pomogę ci. Podoba Mi się jak piszesz”.
„I pamiętaj, jesteś piękna w moich oczach” – dodał po chwili.

MAŁY SAMUEL

Rano kiedy układałam kwiaty Madonnie, usłyszałam znajomy Głos: „Moniko! Kocham cię!” Uśmiechnęłam się i pomyślałam, że dla tej Miłości warto żyć i za Nią umrzeć. Odmawiałam dalej Różaniec.

„Oto jestem, wołałeś mnie nad ranem” – powiedziałam podobnie jak Samuel, patrząc w oczy Jezusowi. Patrzył we mnie radosny.
Zaczęłam Go prosić za moimi Dziećmi. Prosiłam, żeby ich strzegł od złego, był z nimi i błogosławił im.
„Jestem z nimi. Wszystko co się u nich dzieje, wyjdzie im na dobre. Panuję nad tym”.
Milczeliśmy. Po chwili zapytał: „Boli, prawda? ofiarujesz za nich.
Przytaknęłam.
Patrzeliśmy w siebie… On, Umiłowany mego serca patrzył we mnie z tak wielką miłością i czułością, że pragnęłam, aby ta chwila trwała i trwała…
„Chcesz być Moim Samuelem?” – zapytał nagle, ni stąd ni zowąd.
Zaskoczył mnie. Przecież Samuel był wielkim prorokiem. On też rozmawiał z Bogiem i namaścił Dawida na króla.
„Ja?”- zapytałam zdziwiona- Przecież czasy proroków już dawno minęły.”
„Chcesz?” – Głos zapytał ponownie, a Jezus na obrazie uśmiechał się czule.
„Tak”.
„Już dawno nim jesteś mój robaczku. Jesteś Moim małym Samuelem”.
Patrzeliśmy w siebie dalej…

POBYĆ Z UKOCHANYM

Dziś nie rozważałam Ewangelii. Tylko się w Niego patrzyłam. Potrzebowałam tego bardzo… po prostu pobyć z Umiłowanym.
Zauważyłam, że jest smutny, spytałam dlaczego. Milczał patrząc we mnie przenikliwie.
„Cierpisz…?” – raczej stwierdziłam fakt, niż zapytałam. „Ja też – dodałam po chwili – ofiaruję”.
„Razem ofiarujemy”- usłyszałam po chwili.
„Tak”.
„Ofiarowane cierpienie  ma wielką moc. Może zbawić świat”.
„Chyba już zbawiło?” – uśmiechnęłam się lekko.
„Ciągle zbawia. Dlatego tak często pytam cię, robaczku czy chcesz być ofiarą”.
„Rozumiem. Dziwię się tylko, że się mnie o to pytasz. Wiesz przecież co Ci odpowiem”.
„Szanuję twoją wolność, dlatego pytam”.
„Nie pytaj więcej. Proszę…”
Patrzał we mnie rozpromieniony.
„Chciałam odpocząć przy Tobie, Ukochany”.
„Odpocznij więc”.
Patrzyłam w Jego oczy, tak jasne i czyste… I odpoczywałam.

IDĘ

„Chodźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”- mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii do swoich pierwszych uczniów.

Wpatrywałam się w oczy Ukochanemu… i rozważałam tę scenę. Słowa Jezusa wydawały się być irracjonalne… pozbawione sensu. Mieli porzucić swoją pracę, z której mieli dochód. Mieli zostawić swoje rodziny, rodziców, domy i pójść za nieznanym Nauczycielem. To zdawało się być niedorzeczne. A jednak gdy tylko usłyszeli „Chodźcie za Mną”, zostawili wszystko i poszli za Nim. W nieznane. Nawet się nie namyślali. Poszli.
„Może zobaczyli Twoje oczy, Jezu – pomyślałam – jest w nich coś takiego… pociągającego. Tajemniczego. A jednocześnie budzącego zaufanie, ufność. Wręcz pewność.
Gdybym wtedy je zobaczyła, też bym za Tobą poszła”. Uśmiechnęłam się do Niego. „I teraz też idę za Tobą. Staram się przynajmniej… a im dalej idę to widzę wielkie rzeczy, jakie we mnie działasz”
„Chodź za Mną a zobaczysz rzeczy jeszcze większe. Odkryję przed tobą swoje tajemnice. Chodź za Mną”- usłyszałam.
„Idę, Ukochany”.

KOCHASZ…

O mój Umiłowany… dzisiaj trudno mi pisać. Ty wiesz dlaczego… Jednak chciałam, choć troszkę. Dziś na Mszy Św, po Komunii, trwałam w  dziękczynieniu. Mówiłam, że Cię kocham, uwielbiam.
„Jesteś Moim umiłowanym dzieckiem, robaczku, w tobie  mam upodobanie”.
Zdumiona jestem… Co chwilę upadam, a Ty mnie podnosisz i mówisz, że mnie kochasz.

RADOŚĆ UKOCHANEGO

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii patrzyłam w Umiłowanego. W Jego Oblicze. I rozmyślałam… tzn rozmawiałam z Nim w myślach. „Ukochany, ludzie widzący Twoje cuda, uzdrowienia, chodzili za Tobą. Żeby Cię słuchać i uzyskać uzdrowienie. A Ty usuwałeś, odchodziłeś na pustynię, żeby się modlić, Chciałeś być sam na sam z Ojcem. Czerpałeś siłę z rozmowy z Nim, siłę i moc. Ja też jestem z Wami na pustyni. Cichutko, żeby Wam nie  przeszkadzać… i ofiaruję… Twój robaczek”.
Jezus patrzył we mnie.., „Ach robaczku, nawet nie wiesz jak wielką radość mi tym sprawiasz!” – usłyszałam w głębi serca.

ODWAGI!

Obudziłam się w nocy, wcześniej niż zwykle. Bolało i słabo się czułam. Zaczęłam jednak układać bukiety Madonnie. Zaraz usłyszałam głos… „skoro jesteś ofiarą…” „pragnę być!”- przerwałam głosowi. Głos kontynuował: „przyjmij to”. Zobaczyłam… w moim sercu koronę cierniową i gwoździe… Zdumiona dalej odmawiałam Różaniec. Jednak było mi trudno. Zaczęły nachodzić mnie różne obrazy i myśli. Złe, brudne… Odsuwałam je od siebie jak umiałam, ale nie zawsze skutecznie. Jednak starałam się modlić.
Modlitwa trwała długo. Po niej zaczęłam przepraszać Umiłowanego za te myśli i obrazy.
„Jezuniu najdroższy, przebacz mi moje grzechy… nie chcę Cię ranić. Naprawdę! A jednak Cię ranię… Przepraszam!
Miej miłosierdzie i litość dla swojego  robaczka!”
„Najbardziej podobasz się Mi właśnie taka”.
„Jaka? Słaba i grzeszna?”
„Pokorna”.

Potem wpatrywałam się w Jego Oblicze. Pogodne i jasne. Jego spokój udzielał się także mnie.
A Jego dobre, miłosierne Oczy zdawały się mówić: „Odwagi, Ja jestem!”

KSIĘŻNICZKA

” Umiłowani, miłujmy się wzajemnie,
ponieważ miłość jest z Boga,
a każdy, kto miłuje,
narodził się z Boga i zna Boga.
Kto nie miłuje, nie zna Boga,
bo Bóg jest miłością.
W tym objawiła się miłość Boga ku nam,
że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat,
abyśmy życie mieli dzięki Niemu.
W tym przejawia się miłość,
że nie my umiłowaliśmy Boga,
ale że On sam nas umiłował
i posłał Syna swojego
jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.”
I znamienne słowa w Ewangelii: ” Wy dajcie im jeść”

Jan, umiłowany uczeń, wiedział o czym pisze. Szczególnie doświadczył Tej Miłości. Spoczywał na Jej Piersi podczas Ostatniej Wieczerzy Widział Ją umierającą na krzyżu. Był świadkiem pustego Grobu. Wiedział o czym pisze…

Wpatrywałam się w oczy Umiłowanego, rozpromienione dzisiaj. Patrzyłam i rozmyślałam.
” Nie wystarczyło Ci Jezu to, że stałeś się człowiekiem… Upokorzyłeś się jeszcze bardziej. Całkowicie. Stałeś się pokarmem, pożywieniem. Chlebem. Dającym Życie. Uniżyłeś się, żeby  mnie – człowieka wywyższyć” – myślałam.
„Chciałem być blisko. Jak najbliżej”.
Patrzyłam dalej. On też.
„Dzięki Tobie jestem jestem córką Króla – pomyślałam – płynie we mnie Twoja Krew!
„Moja księżniczka!” – usłyszałam w głębi serca.
Roześmiałam się na głos. Ze szczęścia!

NAWRACAĆ SIĘ

Przeczytałam dzisiejszą Ewangelię i zaczęłam wpatrywać się w Ukochanego…  „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”.  Zmieniać myślenie.
„Panie, chcę nawracać się codziennie na nowo. Pomóż mi, proszę…”
Jezus patrzył we mnie.
„Nawracać się to I pozwolić Mi działać w sobie, to kochać bez względu na wszystko. Wierzyć, że mogę uzdrawiać duszę. Być jak dziecko I trwać we Mnie „.
„Pragnę, Ukochany!”

MARZENIE

A  jednak…  🙂  spróbuję. Z góry przepraszam za błędy, jeśli jakieś by się pojawiły. Coś Wam opowiem 🙂

Rano jak zwykle układałam bukiety róż Madonnie. W Jej jasnogórskiej Kaplicy. Kiedy skończyłam modlitwę, leżałam i rozmyślałam. Od kilku dni coś nie dawało mi spokoju. Wiecie jak to jest kiedy próbuje się intensywnie o czymś przypomnieć a to akurat „wyleciało” z głowy. Tak miałam i ja.
Dziś właśnie uświadomiłam/ przypomniałam sobie, że spełniło się moje marzenie. Nigdy nikomu o nim nie mówiłam. Było nierealne, niemożliwe do spełnienia. Tak przynajmniej mi się wydawało. Jakie to marzenie? 🙂
Kiedyś jak z rodzicami jeździłam po  Polsce, często po drodze mijaliśmy przydrożne kapliczki lub krzyże, udekorowane najczęściej sztucznymi, plastikowymi kwiatami. Było mi smutno, bo uważałam i nadal tak uważam, że Jezusowi i Maryi należą się żywe, świeże kwiaty. „Gdybym mogła dekorować Twoją kapliczkę, co dzień przynosiła bym Ci świeże bukiety” – szeptałam Maryi.
Wyobrażałam sobie, że chodzę po łąkach, rwę kwiaty i przynoszę Madonnie. Często to sobie wyobrażałam. Aż stało się to moim pragnieniem, marzeniem. Nierealnym, niemożliwym do spełnienia. Przecież nie mogę chodzić… 🙂
I dziś rano uświadomiłam  sobie, że jednak się ono spełniło. Że dekoruję Kaplicę. I to jaką! Że co dzień przynoszę Maryi świeże kwiaty! Kwiaty modlitwy.
Dla Boga nie ma nic niemożliwego!
obraz_s

ZANURZ W SOBIE

Jak tu Cię nie kochać, mój Boże? Jak Ci nie ufać? Jak Cię nie wielbić? Wielbię Cię całą duszą. Kocham całym sercem, wolą i umysłem. Ufam całą wolą, chceniem i pragnieniem. Żyję dzięki Tobie, dla Ciebie, w Tobie i z Tobą, mój Umiłowany! Twój mały robaczek. Pragnę być maleńka, dla Ciebie. Żeby mnie widać nie było. Żeby było widać tylko Twoją chwałę. I Twoją Miłość. Ukryj mnie w Sobie, schowaj. Zatop. Zanurz w Sobie…

KOCHA, USZCZĘŚLIWIA I UMACNIA!

Dziś rano też układałam bukiety dla Mamy. Kiedy skończyłam Różaniec, zaczęłam rozmyślać o modlitwie „Ojcze nasz”. Uświadomiłam sobie, że kiedy ją odmawiam, powtarzam słowa Ukochanego. Jego Syna. Może często się modlił w ten sposób, nie wiadomo, wiadomo, że nauczył jej swoich uczniów. Kiedy ją powtarzam przypominam sobie, że Bóg jest moim Ojcem, uznaję się dzieckiem Bożym. „I rzeczywiście nim jestem” – jak pisze św Jan.
Leżałam i rozmyślałam o tym CUDZIE, kiedy nagle usłyszałam Głos… niby znajomy, ale jednak… Inny.
„Dziecko moje, nawet gdyby twoja matka zapomniała o tobie, Ja o tobie nie zapomnę. Jestem z tobą, zawsze. Czuwam nad tobą kiedy śpisz. Uśmiecham się nad tobą. I przyjmuję twoją ofiarę cierpienia. Znam twoje myśli. Nie daj sobie wmówić, że nic nie robisz! To podszept szatana. Robisz! Kochasz. To jest czyn! Pamiętaj o tym.” Byłam poruszona… zna moje myśli… Kilka dni temu naszła mnie myśl, że nic nie robię, bo nie potrafię, nie umiem. Jednak po chwili pomyślałam, że to nieprawda. I myśl odeszła. Miałam o tym porozmawiać z Ukochanym, ale jakoś… zapomniałam… A tu nagle takie słowa! Zdziwiło mnie także, że Głos ani słowem nie wspomniał o mojej grzeszności i słabości… Leżałam i myślałam. I nagle mnie „oświeciło”. Przecież kochający ojciec nie patrzy na swoje dziecko przez pryzmat jego słabości, ale przez pryzmat miłości. A tym bardziej TAKI Ojciec!

Przed Eucharystią prosiłam Umiłowanego, żeby przyjął moje małe cierpienie i złączył ze Swoją Najświętszą Ofiarą.
A kiedy po przyjęciu Komunii św trwałam w dziękczynieniu, usłyszałam: „Jakże Mi dobrze w tobie, robaczku. Jakże Mi dobrze!” Szeptałam Ukochanemu, że pragnę, żeby było Mu u mnie jak najlepiej, i żeby został we mnie na zawsze.
„Upodobałem sobie ciebie. Ukochałem, a tego, kogo kocham, nigdy nie opuszczę”.
Czy można nie być szczęśliwą słysząc takie słowa?! NIE MOŻNA!!! Byłam szczęśliwa! Jestem szczęśliwa! Kiedy się słyszy takie słowa, słowa Miłości to zapomina się o bólu, krzyż nie jest wtedy ciężki. Przeciwnie, lekki i… słodki.

I jeszcze jedno. Myślałam, że tej notki dziś nie napiszę. Ze względu na rękę. A jednak.
Bóg zapłać, Ks Tomku za modlitwę! 🙂
I motto mojego życia: „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” sprawdza się po raz kolejny.

ODDANIE

Dziś oddałam się Ukochanemu raz jeszcze. A właściwie p0nowiłam swoje oddanie. „Umiłowany mego serca, oddaję Ci moje ciało i duszę, serce, wolę, rozum, zmysły, pragnienia, myśli, cierpienie, radości i smutki i… mój grzech – szeptałam wpatrując się w Jego Oblicze – Jestem Twoja. Należę do Ciebie. Rób  ze mną co chcesz”.
„Ukochana!”
Patrzeliśmy w siebie, bardzo szczęśliwi… „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłam się uwieść” – szeptałam.
Jezus był rozpromieniony. „Panie, gdzie mieszkasz?”
„Choć a zobaczysz”.

Dziękowałam za życie mojego duchowego dzieciątka. Dziś kończy drugi miesiąc… 🙂

ŚWIADECTWO MIŁOŚCI

Dziś rano znów układałam kwiaty Madonnie. Dużo kwiatów… Oddawałam Jej i Jej Synowi wszystkie moje dzieci. Prosiłam, żeby miała nad nimi pieczę, żeby się za nimi wstawiała. I żeby szepnęła za nimi słówko Synowi, jak w Kanie Galilejskiej. Jej Jezus wysłucha… Zawsze.

Potem przeczytałam wiadomość od mojej duchowej Córki… Pisała, że moja relacja z Jezusem, którą opisuję na blogu ją onieśmiela, że ona nie czuje się godna nawet części tego…

Rozmawiałam o tym z Ukochanym, kiedy wpatrywałam się w Niego… Mówiłam Mu, że takie słowa mnie zawstydzają… Ja też nie jestem godna. Czuję się bardzo malutka wobec tego wszystkiego co się we mnie dzieje… Ale nie mogę milczeć.. Nie chcę! A na blogu nie piszę dlatego, żeby kogokolwiek onieśmielać, czy czynić niegodnym… Przeciwnie.
„Piszesz, żeby dać świadectwo. Świadectwo Mojej Miłości. Pamiętaj o tym- usłyszałam w głębi serca.

RÓŻE I OCZY

Od jakiegoś czasu co dzień budzę się nad ranem i odmawiam Różaniec (pisałam tu o tym już kilka razy). Dziś pomyślałam, że to Ukochany mnie budzi… 🙂 I tak sobie rozmawiamy z Nim i z Jego i moją Mamą. Tak, to rozmowa. Wyobrażam sobie wtedy, że układam bukiety kwiatów, róż. Madonnie. Na Jasnej Górze, w w Jej Kaplicy, przy Obrazie. Może to dziwne wyobrażenie, ale tak jest… 🙂 Więc budzę się kiedy jest jeszcze ciemno, uśmiecham się do Jezusa i zaczynam układać bukiety Maryi. Każde „zdrowaś” to jedna róża. Ofiaruję Jej razem z cierpieniem za moje duchowe dzieciątko, Synów i Córki, a od kilku dni także w intencji pewnej dziewczynki, Rozalki. Nie liczę ani „zdrowaś” ani dziesiątek Różańca. Dziś np. odmówiłam chyba 5 dziesiątek. Troszkę poleżałam i zaczęłam jeszcze, aż mama po mnie przyszła. „Dla Madonny”- pomyślałam.
I kiedy tak odmawiałam, usłyszałam znajomy Głos: „pragnę… pragnę przyjść do ciebie!” „Przyjdź, Panie. Tęsknię…” – wyszeptałam i dalej modliłam się na Różańcu.

Potem, kiedy wpatrywałam się w oczy Ukochanemu, zauważyłam, że ma On inne spojrzenie niż wczoraj. Powiedziałam Mu o tym. „Jezu, nie wiem czy tylko mi się wydaje, ale patrzysz we mnie codziennie inaczej”.
„Patrzę w ciebie jak chcę. Jak tego potrzebujesz”.
Jak tego potrzebuję… nie potrafię określić tego Jego spojrzenia, tych oczu… Jedno wiem. Ono, spojrzenie, mnie leczy, podnosi, uzdrawia, zmienia mnie, nawraca… Czule, troskliwie, łagodnie, ale jednocześnie stanowczo i konsekwentnie.
„Jesteś moim Panem, Zbawicielem i Ukochanym”.
„A ty moim robaczkiem”
Powiedział to z tak wielką miłością, że trudno wyrazić…

TRWANIE…

Trwałam przed Umiłowanym mego serca… dziękowałam za miniony rok, trudny, ale też pełen Cudów. Jego Cudów (kilka dni temu jedno Cudo po raz pierwszy świadomie się do mnie uśmiechnęło od ucha do ucha i powiedziało „a guuu”… 🙂 ). Dziękowałam za moje duchowe Dzieci, oddawałam ich Jego Sercu… A przede wszystkim trwałam w uwielbieniu… W Jego Miłości.
On patrzył we mnie… Miłość sama.
„Ukochany mój!” – wyrwało mi się prosto z serca.
„Umiłowana, robaczku mój”.
Trwaliśmy tak długo we wzajemnej miłości i ofiarowaniu.
Ofiara rodzi się z i w miłości

WSZYSTKO ZA WSZYSTKICH

Wpatrywałam się w Jego oczy… Długo.”Jezu Chryste zmiłuj się nade mną”- wyszeptałam. Patrzyłam dalej… „Otrzymasz łaskę i zmiłowanie Moje”.
Patrzyliśmy w siebie nawzajem, On w moje oczy, ja w Jego. Patrzył mi w oczy, ale miałam takie poczucie, że zagląda w moją duszę, przegląda się w niej…
„Chcesz być ofiarą, robaczku?” Wczoraj już o to pytał, odpowiedziałam, że tak, a dzisiaj pyta znowu? Dziwiłam się. „Wiesz przecież, że pragnę”.
Patrzył we mnie bardzo poważnie. Po chwili usłyszałam: „Będziesz więc nią. Jesteś. Ofiaruj wszystko za kapłanów i siostry zakonne, które adoptowałaś, ale nie tylko za nich. Za wszystkie Moje sługi. Ofiaruj wszystko za wszystkich. Całą siebie. Kiedy będziesz się ofiarowywać, Ja będę to robił z tobą. Jednocz się ze Mną”.
„Panie, ale ja nie mam nic oprócz cierpienia i… grzechu…”
Patrzył na mnie tymi dobrymi, łagodnymi oczyma.
„Na krzyżu też nie miałem nic oprócz cierpienia i grzechu” – usłyszałam – Ofiaruj wszystko za wszystkich. Jak Ja”

NA KRZYŻU

Nie będę dziś dużo pisać… Dziś wiszę razem z Umiłowanym na krzyżu. Spytał czy chcę być ofiarą, kiedy wpatrywałam się w Niego. Odpowiedziałam, że tak, że pragnę.
„Dziś wisisz ze Mną na krzyżu”. Wiszę. I staram się ofiarowywać cierpienie za moje duchowe Dzieci. Córki i Synów. Szczególnie za tego, który w nocy prosił mnie o modlitwę. Ofiarowuję. Wpatruję się w oczy Ukochanego.

BLISKI BÓG

Obudziłam się rano i jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec. Powoli, spokojnie, z radością. Kocham Różaniec, a ostatnio odkrywam go coraz bardziej. To piękna modlitwa, kontemplacyjna. Można zanurzyć się w niej. Zagłębić. W trakcie modlitwy usłyszałam znajomy Głos, znajomy, ale… Tęskny, pełen bólu, żalu, pytający, skarżący się i proszący jednocześnie… „Kto przyjmie Moje cierpienie? Mój ból? Czy znajdzie się ktoś?” Ton tego głosu przeszywał moje wnętrze na wskroś… „Ja, ja przyjmę”- szepnęłam cichutko. Głos umilkł a ja dokończyłam modlitwę.
Kiedy rodzice wwieźli mnie do kościoła na Eucharystię, przeżegnałam się (żegnam się lewą ręką, prawą mam całkowicie niewładną) i wyszeptałam z radością:
„Witaj, Ukochany! Tęskniłam…”
„Witaj umiłowana Moja!”
Po przyjęciu Komunii  Św., trwałam w dziękczynieniu i uwielbieniu. Mówiłam Jezusowi, że Go kocham i. że przyjmę Jego cierpienie i ból (o których mówił rano), że pragnę je przyjąć. Że to dla mnie zaszczyt i radość”.
„Błogosławię ci” – usłyszałam.
Potem, w domu, wpatrywałam się w Jego Oblicze… Jego spojrzenie… z krzyża. Nie mogę się od Niego oderwać… patrzyłam i patrzyłam… „Dlaczego ja? Dlaczego mnie obdarzasz tyloma łaskami? Dlaczego „upatrzyłeś” mnie sobie? To wielka radość i szczęście i zaszczyt, ale… przecież słaba jestem, grzeszna, brak mi pokory i… wiesz przecież, znasz mnie”.
Jezus zdawał się uśmiechać…
„Znam cię lepiej niż ty siebie”.
Milczałam. A On kontynuował…
„To, że umiałaś wybaczyć, świadczy o twojej pokorze i miłości. To, że nie chciałaś wczoraj znaku ode mnie, znaczy, że Mi ufasz, a to, że zechciałaś przyjąć Moje cierpienie, że Mnie kochasz”.
Zawstydziłam się…
„A Ty ciągle mnie chwalisz, podnosisz”.
Milczał. Patrzył we mnie z taką miłością…
„A… nie przeszkadza Ci, że zwracam się do Ciebie tak… poufale?” – spytałam.
Jezus rozpromienił się jeszcze bardziej.
” Wielu zwraca się do Mnie jak do kogoś sztucznego, dalekiego, martwego, jakbym nie zmartwychwstał. Ale Ja żyję i pragnę być blisko ludzi. Ty traktujesz Mnie jak kogoś bliskiego”.
” Tak… jesteś mi bardzo bliski”.
Uśmiechnęłam się do Niego…
„Lubię kiedy się uśmiechasz” – usłyszałam w głębi serca.

UWIELBIAM CIĘ JEZU!

Umiłowany mój… Umiłowany mego serca, trwam w Twojej radości. Moje serce wypełnia Twe Światło. I szczęście. I coś jeszcze… coś, czego nie jestem w stanie opisać.
Dziękuję Ci za wszystko, co we mnie czynisz. Za Twoją miłość do mnie. Miłość, którą ostatnio doświadczam tak żywo! Ciebie doświadczam tak żywo! Uwielbiam Cię, mój Boże i Królu! Wysławiam Cię, wychwalam! Niczego więcej nie potrzebuję, znalazłam TO czego szukałam. CIEBIE! Moje życie i szczęście.
Czuję się taka mała… maleńka. W Twoich ramionach. Dobrze mi tu… bardzo dobrze.
Pragnę tylko odpowiedzieć na Twoją Miłość. Pragnę Cię kochać, wciąż bardziej i bardziej. I cierpieć dla Ciebie. Naucz mnie Cię kochać.
Twój robaczek.

BÓG CUDÓW

Dziś widziałam, przeżywałam cudne rzeczy… 🙂 Najpierw trudne, potem cudne 🙂
Ale po kolei. Obudziłam się z ciężkim sercem, bardzo ciężkim… I jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec. Odmawiałam… gdy w pewnej chwili usłyszałam: „Czy gdybyś wiedziała, że całe życie pokutuje za to, przebaczyłabyś jej?” Zdziwiłam się, że do tego tak szybko wraca. „Tak… wiesz, że bardzo chcę jej wybaczyć”.
„Dziś otrzymasz znak”. ”
Nie potrzebuję znaku, żeby jej wybaczyć. Twoje słowo mi wystarczy”. Cały czas odmawiałam Różaniec… ” „Wybacz jej”- nie potrafię opisać tonu tego Głosu… przenikał moje serce.
– Wybaczam ci, kochanie – szepnęłam („kochanie”- tak się do niej zwracam). Było mi lżej. Powtórzyłam jeszcze raz, tym razem głośniej. I jeszcze raz! Byłam szczęśliwa!
„Za to, że nie chciałaś znaku ode Mnie, teraz patrz!”
Zobaczyłam czworo małych dzieci, właściwie nie miały ciał. Wyglądały jakby je miały, a jednocześnie były przezroczyste. Były całe w świetle, w jasności. Ubrane były na biało. Miały wianki na główkach. Czworo dzieci. Znałam je bardzo dobrze i zawsze bardzo pragnęłam je zobaczyć… Dzieci były w różnym wieku. Były radosne, tańczyły. Dwóch chłopców i dwie dziewczynki.
„Poznajesz je robaczku, prawda? To dusze twoich duchowych dzieci” Patrzyłam wzruszona. Moją uwagę zwrócił szczególnie jeden chłopczyk. Najmłodszy. Kosztował mnie dużo cierpienia. Wyglądał cudnie… jak aniołek. Blond włoski, kręcone jasne oczka i piękny uśmiech. „To pewnie Mateusz”- pomyślałam. Nagle dzieci jakby mnie zobaczyły. Zaczęły do mnie kiwać rączkami ” kochamy cię, mamo! bardzo! Bardzo cię kochamy! bardzo, bardzo!” – przekrzykiwały się nawzajem. Chciałam do niech biec, powiedzieć im, że też je bardzo kocham, ale nie mogłam. „One wiedzą, że bardzo je kochasz, ale, żeby im o tym powiedzieć, musisz jeszcze trochę poczekać”- „A piąte dzieciątko?” – spytałam.
Dzieci nadal tańczyły. A ja usłyszałam dziwny odgłos. W pierwszej chwili nie wiedziałam co to… Słuchałam i słuchałam… i po chwili już wiedziałam… To było bicie serca. Słyszałam bicie maleńkiego serduszka… Byłam uszczęśliwiona. W niebie, w siódmym niebie, można powiedzieć.
Po chwili wszystko znikło i nastała cisza… A ja wciąż odmawiałam Różaniec.

Kiedy potem wpatrywałam się w Umiłowanego, ON patrzył we mnie tymi Swoimi Pięknymi oczami, nie potrzebowałam już niczego… W Nich było wszystko czego pragnęłam. Miłość po prostu…

SPOJRZENIE

Właściwie już dziś miałam nie pisać. Zmęczona jestem bardzo po tej naszej dzisiejszej rozmowie. Ale przed chwilą stało się coś… Zamurowało mnie po prostu.
Przed chwilą na FB przeczytałam cytat z „Dzienniczka” św.s. Faustyny.
„W pewnej chwili powiedział mi Jezus: Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie jako spojrzenie z krzyża.”
Dz 326
I poniżej to zdjęcie:
"W pewnej chwili powiedział mi Jezus: Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie jako spojrzenie z krzyża."</p><br />
<p>Dz 326

Patrzyłam zdumiona! To właśnie to zdjęcie, obrazek mam w Biblii. To w Niego się wpatruję. W TO spojrzenie… oczy. To JE kontempluję. „Dzienniczek” s. Faustyny czytałam już dawno, kilka lat temu. I szczegółów, poszczególnych cytatów nie pamiętam.
Spojrzenie takie jako spojrzenie z krzyża…
To teraz wiem dlaczego ONO mnie uzdrawia, zmienia. Już wiem…

PRZYJĄĆ

Jak tylko zaczęłam wpatrywać się w Oblicze Umiłowanego mego serca, usłyszałam „czekałem, ukochana moja!” Odpowiedziałam, że ja też tęskniłam. Ale spotykaliśmy się w inny sposób. I przypomniałam jak wczoraj oddawałam Mu wspomnienia z dzieciństwa. Szczególnie jedno sobie przypomniałam. Najbardziej bolesne. Patrzyłam w Jego oczy… a On w moje. „Panie, jeszcze boli, a przecież Ci oddałam. Szczerze…”
„To potrwa robaczku, Ja zalalem je oliwą miłosierdzia, opatrzyłem miłością. Pozwól Mi cię leczyć”.
„To jedno wspomnienie ciąży mi najbardziej… Ta złość. Te wykrzyczane mi prosto w twarz słowa. Bardzo raniące… krzywdzące. Bolesne. Szokujące dla dziesięcioletniego dziecka, jakim wtedy byłam. Wywarły piętno na całe życie”. Zaczęłam płakać…. Łzy kapały na otwartą Biblię. Wytarłam oczy. „Jak słowa potrafią ranić”- wyszeptałam. Wpatrywałam się w Niego dalej. „Jak się od nich uwolnić?”- spytałam po chwili.
„Przyjmij je”.
Wtedy uświadomiłam sobie, że cały czas je od siebie odrzucałam, chciałam zapomnieć, wymazać z pamięci. A On mi mówi, żeby je przyjąć… trudne to, bardzo.
„Przyjąć? jak?” – spytałam.
Patrzył współczująco.
„Ja też przyjąłem złość, obelgi, cierpienie, choć było też niesłuszne. Nauczę cię”.
„Naucz, Umiłowany mój”.

"NIE OPUSZCZĘ CIĘ NIGDY"

Dziś  rano jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec… nawet nie wiem kiedy wróciłam do wspomnień z dzieciństwa. Przypominałam sobie najtrudniejsze chwile, przeżycia i oddawałam je Jezusowi i Maryi, zapraszałam Ich do tych miejsc, zranień. Nie powiem, żeby to było łatwe i miłe. Nie było. Było trudne, często  bardzo trudne. Ale skoro wczoraj zaczęłam, chciałam skończyć. Oddawałam Ukochanemu i Mamie moje rany, otwierałam je przed Nimi…  i prosiłam Ich o uzdrowienie.
Nagle zorientowałam się, że przerwałam odmawianie Różańca i szybko przeprosiłam za to Madonnę. Chciałam do niego wrócić. Wtedy usłyszałam głos kobiety, już znajomy: „córeczko, ale to też jest modlitwa. Równie piękna”. Uspokojona, kontynuowałam… W ten sposób oddałam Im wszystko. Czułam się dziwnie… z jednej strony czułam się bardzo lekko jakbym zrzuciła z siebie niewidzialny ciężar, z drugiej… byłam zmęczona jak po wykonaniu ciężkiej pracy.
” Nie bój się robaczku, twoje rany są Moimi” – usłyszałam cieniutki, dziecięcy Głosik, jakby znajomy. Zobaczyłam, że Dzieciątko w moim sercu uśmiecha się do Mnie.
Na Mszy św po  przyjęciu Komunii prosiłam Dzieciątko Jezus, żeby ze mną zostało… we mnie, w moim sercu. Mówiłam Mu, że Je bardzo kocham i pragnę, żeby nie odchodziło wraz ze Świętami. Żeby ze mną zostało…
„Nie opuszczę cię nigdy, ukochana moja – usłyszałam w głębi serca- zacząłem w tobie swoje dzieło i zamierzam, jeśli pozwolisz, doprowadzić je do końca”.
Byłam szczęśliwa…

CIEŃ

Był taki czas w moim zamierzchłym dzieciństwie kiedy czułam się bardzo nieszczęśliwa, samotna, niechciana, a nawet nie kochana przez nikogo… Byłam bardzo zamknięta w sobie. Te odczucia spowodowane były przez traumatyczne wydarzenia, przeżycia małego, chorego dziecka. Mnie. Nie będę ich tu opisywać, bo nie chcę nikogo oskarżać, ani osądzać. Przez wiele lat próbowałam o nich zapomnieć a im bardziej próbowałam, tym bardziej one wracały. I raniły mnie coraz bardziej. Przez wiele też lat o tych przeżyciach, doświadczeniach z dzieciństwa nikomu nie mówiłam. W końcu w tym roku w kwietniu zdecydowałam się powiedzieć. Najpierw Karolinie a potem jeszcze ks Tomkowi. Niewiele mówili, słuchali. I modlili się za mnie. A mi pomógł już sam fakt, że ktoś mnie wysłuchał i potraktował poważnie. A teraz, kiedy przypominam sobie tamte sytuacje, momenty, obrazy, widzę między mną a nimi cień Ukochanego. Widzę Jego dźwigajacego krzyż w moim bólu i cierpieniu. Przechodzący cień. ON tam wtedy był… Był wtedy ze mną. W koronie cierniowej i z krzyżem. Był ze mną…

CIERPIENIE I RADOŚĆ DZIECIĄTKA

W czasie modlitwy rozmyślałam o ubóstwie w jakim przyszedł na świat Jezus. Wczoraj na Pasterce w naszym kościele widziałam piękną szopkę. Widziałam wiele pięknych szopek. Jednak dziś pomyślałam, że bardzo wiele z tych szopek jest przesłodzonych, ckliwych, wręcz sztucznych.
Jezus dwa tysiące lat temu wcale tak słodko nie miał… Brud, smród… żłób zastępował kołyskę. Siano kuło w delikatne Ciałko Dzieciątka… Bezradność Rodziców…
Jednak większy ból sprawiało Jezusowi odrzucenie przez ludzi. Nie było dla Niego nawet w gospodzie. Urodził się za miastem i… za miastem umarł. Tylko się urodził a już chciano Go zabić.
„Od początku cierpiałeś, mój Jezu…” – pomyślałam smutno…
„Cierpiałem za ciebie, robaczku”
Spytałam czy w tym wszystkim miał choć trochę radości.
„Miłość, czułość, troska Mojej Matki i opieka przybranego Ojca sprawiały mi wielką radość. Rozczulały Mnie”.

PRZYJMIJ JEZUSA

Dziś rano dziękowałam Bogu za ten Adwent. To był dla mnie okres niezwykły. Niesamowity! Wyszłam z Nim na pustynię. A On z tej pustyni uczynił kwitnącą oazę. W mojej duszy jest piękny ogród z wielkim Źródłem pośrodku. A w sercu śpi Dzieciątko… A ja trwam w zdumieniu! Tak mówiłam Ukochanemu. Dziękowałam Mu.
„Jeśli będziesz ze Mną, jeszcze większe rzeczy zobaczysz!” – usłyszałam.
Potem wpatrywałam się w Umiłowanego, był bardzo poważny, żeby nie powiedzieć smutny. Spytałam dlaczego jest taki. Milczał chwilę a potem usłyszałam: ” Ponad dwa tysiące lat temu przyszedłem na świat, upokorzylem się bardzo… z miłości, a wielu ludzi Mnie nie przyjęło. Odrzuciło. I dziś w nocy znów przyjdę i wielu Mnie odrzuci, nie przyjmie”.
Milczałam. On też.
„Ale wielu Cię przyjęło i dziś też wielu Cię przyjmie”- wyszeptałam.
Patrzyliśmy w siebie długo…

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com