RACHUNEK SUMIENIA

Po zrobieniu rachunku sumienia wpatrywałam się w Oblicze Umiłowanego. Żałowałam serdecznie za grzechy… przepraszałam, że tyle razy zraniłam Jego, Jego Serce. Że tyle razy zdradziłam Go. Uległam złemu. Przepraszałam… i postanowiłam poprawę. Prosiłam, żeby mi w tym pomógł, bo sama nie dam rady.
Patrzył we mnie z wielką miłością i czułością…
Nie potępiał, nie osądzał. Patrzył z miłością. To Jego spojrzenie powodowało we mnie jeszcze większy żal i ból, że Go zraniłam. Ale i większe, szczere postanowienie poprawy.
Patrzyłam w Niego i patrzyłam…
„Wybaczam ci wszystko, Mój robaczku, ukochana Moja”.

"ZAUFAJ MI"

Dziś nad ranem leżąc w łóżku uśmiechnęłam się do Umiłowanego mojego serca. Pozdrowiłam Jego Matkę różańcem. I rozmyślałam…. O tym jak Ukochany zmienia mnie, moje wnętrze. Bardzo łagodnie, ale stanowczo i konsekwentnie. Z miłością. Tak sobie myślałam gdy nagle usłyszałam Głos… Dochodził on z głębi mnie, z głębi mojego serca. „Effatha! Otwórz się!” Byłam oszołomiona. Czułam jakby coś we mnie pękało, jakby opadała ze mnie jakiś niewidzialna skorupa, pancerz ochronny, którym przez lata się otaczałam. Nagromadziłam. Opadało to wszystko ze mnie. Nie potrafię tego inaczej opisać… Potem… szczęśliwa usnęłam.
Potem wpatrywałam się w Ukochanego. Nie wiem jak długo… On patrzył we nie. Jego spojrzenie przenikało i prześwietlało moją duszę.
Prosiłam, żeby przybliżał mnie do Siebie bardziej i bardziej. Pragnę tego…
„Czynię to, mój robaczku. Jesteś blisko Mego Serca. Zaufaj Mi”.

OCEAN MIŁOŚCI

„Witaj ukochana moja!”
Witaj Umiłowany mój. Zmęczona jestem. Przyszłam przy Tobie odpocząć. Mogę?”
„Tak. Odpocznij we Mnie”.
„W Tobie?”
„W Sercu Moim”
I odpoczywałam. Wpatrując się w Umiłowanego nabierałam sił. Duchowych i fizycznych. Rozmyślałam o mojej duszy. Była ona kwitnącym ogrodem. Pełnym kwiatów, róż, lilii i słoneczników. Pięknych i dorodnych winorośli. W sercu, w centrum ogrodu tryskało Źródło, ogromne, które nawadniało i użyźniało cały ogród. Nad miarę! To dzięki Niemu żył cały ogród , moja dusza. Tak teraz ją wyobrażałam, jakże inaczej niż kiedyś!
Potem chciałam wyobrazić sobie Jego Serce. Ale nie mogłam, nie umiałam… Brakowało wyobraźni. Przypomniałam sobie jedno z wezwań Litanii do Jego Serca „gorejące Ognisko Miłości”. Tak… bezbrzeżny Ocean Miłości – myślałam patrząc Mu w oczy.
Jezus patrzył we mnie i zdawało mi się, uśmiecha się do tych moich wyobrażeń… 🙂

NA CHWAŁĘ

Trwałam przed Umiłowanym mojego serca… Wpatrywałam się w Niego. Był rozpromieniony. Jak ja… Patrzeliśmy na siebie.
Uszczęśliwieni spotkaniem. Byłam zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.
„Czy chcesz dla Mnie cierpieć?” – usłyszałam w głębi serca.
„Chcę. Wiesz, że chcę…”
„Cierpisz na Moją chwałę”.

Z TOBĄ

Zastanawiałam się jak to dziś napisać. Źle się czuję i pisać trudno. Doszłam do wniosku, że dziś tylko opiszę naszą rozmowę.
Kilka słów właściwie.
„Ukochany mego serca, ofiaruję Ci cierpienie. Przyjmij je, proszę!”
„Tak podobasz Mi się najbardziej, mój robaczku”.
„Taka jestem szczęśliwa, to nic, że boli”.
„Jestem  z tobą”.

NA GŁĘBIĘ

Trwałam więc przed Nim w milczeniu… Dłuższy czas. Myśli przychodziły i odchodziły. Poprosiłam, żeby otworzył moje serce na swoje Słowo a myśli skierował na Siebie. Milczałam. Po chwili usłyszałam: „twoje serce hartuję w ogniu Mojej Miłości”.
Patrzył na mnie tak przenikliwie a jednocześnie z wielką czułością. Zapytałam jak chce, żebym Go nazywała, zwracała się do Niego. „Umiłowanym twego serca”- usłyszałam. „Tak! Jesteś Umiłowanym mojego serca!”
Wpatrywałam się dalej w Jego Oblicze. Jego spojrzenie przeszywało mnie na wskroś. Przenikało serce i duszę. Jego spojrzenie jasne, świetliste i tajemnicze…
„Czy chcesz wypłynąć ze Mną na głębię jak kiedyś Moi uczniowie?” – spytał nagle.
„Chcę, Panie” – szepnęłam.

ZNAJOMY GŁOS

Wczoraj leżąc w łóżku, myślałam czy to naprawdę Bóg mówi do mojego serca. Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” upewniłam się, że to jednak On. Jakbym to sobie sama wymyślała, to by na pewno w nic się w moim życiu nie zmieniło, a zmienia się. Na lepsze. Więc byłam pewna. Zasnęłam, a dziś rano jakoś o tym nie myślałam (że jestem pewna).
W kościele przywitałam się z NIM serdecznie jak z kimś bardzo mi bliskim. Przy Podniesieniu potwierdziłam Mu swoje całkowite oddanie. A po przyjęciu Komunii Św. kiedy trwałam w dziękczynieniu usłyszałam znajomy Głos, wydobywający się z głębi mojego serca: ” To Ja mówię do ciebie, mój robaczku”. „Wiem, mój Ukochany, jestem pewna”. Byłam poruszona i wzruszona… przypomniałam sobie wczorajsze rozmyślania…
Potem w domu kiedy wpatrywałam się w Jego Oblicze, uświadomiłam sobie, że tęsknię za tą modlitwą. Im dłużej się w Niego patrzyłam, tym potem bardziej tęskniłam… za tym spotkaniem… Pomyślałam, że to przedsmak Nieba. Tylko tam będę wpatrywać w Boga tysiąckroć piękniejszego. Poznam Go twarzą w twarz.
„Kocham cię” – usłyszałam. Też zapewniałam, że Go kocham.
„Wiem. Mów Mi o tym często. Pragnę cię słuchać”.

DOPIERO POCZĄTEK

Moja pustynia nadal jest kwitnącą oazą. Pełną życiodajnych źródeł. A właściwie jednego Źródła Wody Żywej, której moja dusza była bardzo spragniona. Od kilku dni wszystko się powoli zmienia. Ja się zmieniam. Tak rozmyślałam o tym co we mnie się dzieje, wpatrując  się w Ukochanego, dzieląc się z Nim swoimi myślami. Dziś rano obudziłam się pełna werwy, radości. Pełna sił (także fizycznych). Zdumiona byłam.
Jednak przede wszystkim zmieniam się wewnętrznie. Odkrywam jeszcze bardziej piękno modlitwy Różańcowej. Odmawiam powoli, smakując każde słowo „Zdrowaś”. delektuję się nim, karmię.
Ukochany pociąga mnie ku sobie coraz bardziej. Przyciąga. Przytula do Serca… pragnie mnie. A ja Jego. Nie mówię, że do tej pory było między nami źle. Było bardzo dobrze. Ale teraz jest jeszcze lepiej. Głębiej… przede wszystkim. Doświadczam Bożej Miłości, wymagającej i czułej jednocześnie…
I tak dzieliłam się tymi myślami z Jezusem, patrząc w Niego. On patrzył we mnie i jakby się do mnie uśmiechał.
„A to dopiero początek” – usłyszałam w głębi serca.

TO TY!

Umiłowany mój! Tyloma łaskami obdarzasz mnie, Twojego robaczka. Tak bardzo kochasz! Tak bardzo! Niewyobrażalnie! Nie znajduję słów, żeby wypowiedzieć moje szczęście. Ani, żeby Ci podziękować. Słów brakuje! Każda cząstka mnie do Ciebie należy. Pragnę Cię wielbić do końca moich dni i w wieczności. Pragnę dla Ciebie cierpieć. Życie moje to TY!

''BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ"

Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzyłam na kartkę papieru, na zdjęcie, które go przedstawiało, ale przecież nie modliłam się do obrazka, nie rozmawiałam ze zdjęciem. Wpatruję się w Jezusa przedstawionego na tym obrazie, rozmawiam z Nim a obraz mi w tym bardzo pomaga.
Więc patrzyłam w NIEGO, głębiej… patrzyłam się i wsłuchiwałam się w poruszenia serca. ON patrzył we mnie… „Co mogę zrobić, Ukochany? Pragnę Ci sprawiać przyjemność.Co mogę zrobić?” – spytałam. Jednocześnie pomyślałam, że tak niewiele mogę… Milczał i patrzył na mnie z czułością.
„Nawet najmniejszy czyn, gest uczyniony dla Mnie z miłości sprawiają Mi ogromną przyjemność, powiększają Moją chwałę – usłyszałam po chwili – ty już to robisz. Upatrzyłem sobie ciebie”. Milczałam… „Cierp bez skargi. Gdy bardzo boli, wiedz, że jestem blisko, bliżej niż myślisz”.
Pomyślałam o dzieciątkach nienarodzonych zabitych przez własne matki… lekarzy… rozszarpywane, miażdżone. „Za nie ofiaruję” – szepnęłam. Jezus posmutniał. „Ich dusze są najbliżej Mojego Tronu”. „I co robią? – spytałam – błagają o  litość dla swoich matek?” „Tak- powiedział Głos – one nie wiedzą co to nienawiść, jednak JA szanuję wolną wolę ich matek. Czekam na żal i nawrócenie”.
Westchnęłam smutno… i patrzyłam dalej…
„Nie zostawiaj Mnie nigdy samego… ” – usłyszałam jeszcze. Bóg, który tęskni za człowiekiem. Za mną…

MIŁOŚĆ NAD MIŁOŚCIAMI

Żeby opisać moje dzisiejsze (to chyba złe słowo „dzisiejsze”, ale niech będzie…) spotkanie z Jezusem, muszę zacząć od nocy. Wtedy przeczytałam Czytania przeznaczone na dziś. Wszyscy w domu spali. A ja leżałam z zamkniętymi oczami i rozmyślałam.
„Ja, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: „Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą”.
Nie bój się, robaczku, Jakubie,
nieboraku, o Izraelu!
Ja cię wspomagam, mówi Pan,
odkupiciel twój, Święty Izraela (…)”
„Ile miłości jest w tych słowach, ile czułości, ile ojcowskiej i matczynej troski – myślałam – niesamowite! Robaczku, nieboraku, jakie to czułe… tkliwe”. Wiedziałam, że Ukochany jest zawsze przy mnie, że się mną opiekuje, że cierpi razem ze mną. Widziałam jak mi błogosławi, wtedy, w nocy też. Leżałam zachwycona… „Twoje Serce bije dla mnie a moje bije dla Ciebie” – powiedziałam do Niego.
„Jestem Miłością nad miłościami- usłyszałam w głębi serca. „Tak… Miłość nad  miłościami” – pomyślałam zachwycona i po chwili zasnęłam…
Kiedy już w dzień wpatrywałam się w Jego Oblicze, zdawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Też się do Niego uśmiechałam. „Miłość nad miłościami”… Trwaliśmy tak uśmiechnięci. Byłam bardzo szczęśliwa a w moim sercu panował pokój i radość, choć fizycznie  czułam się, łagodnie mówiąc, nie najlepiej.
Pomyślałam znów o „robaczku”. Tak mówi się o kimś/o czymś maleńkim, bezradnym, nieporadnym. O stworzeniu tak małym, że niewidocznym. Pokornym. Zapragnęłam być taka…
„Od tej pory będę Twoim robaczkiem. Tak mnie nazywaj, mój Ukochany – powiedziałam.
Zdawało mi się, że promienieje jeszcze bardziej.

ZAWSZE

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii znów się w Niego patrzyłam. W głąb… Jego dobre, łagodne oczy patrzyły we mnie. Tak wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Rozmyślałam nad Jego słowami. O tym, że jest łagodny i pokorny. Jarzmo Jego jest słodkie a brzemię lekkie. Przypomniały mi się słowa wielkopostnej pieśni ” Słodkie drzewo, słodkie gwoździe, rozkoszy owoc nosiło… Skłoń gałązki, drzewo święte. Ulżyj członkom tak rozpiętym…”
Wszystko to było w Jego oczach, bardzo smutnych dzisiaj. „Oczy są zwierciadłem duszy”- pomyślałam. Patrzyłam dalej. Bardzo długo…
Naraz usłyszałam głos… smutny, żarliwy, tęskny. „Pragnę ciebie… ciebie całej”. Też byłam smutna, ale na te słowa posmutniałam jeszcze bardziej. „Jezu, Ukochany… tyle  razy oddawałam Ci siebie. Czyżby nie całkowicie?” Milczał. „To teraz Ci siebie oddaję. Każdy skrawek, okruszek mojego ciała i życia jest Twój”. I powtórzyłam modlitwę, którą odmawiam podczas Podniesienia: „Jezu mój, Miłości moja, Ty jesteś mój, ja jestem Twoja”.
„I serce i duszę?” „Tak, przede wszystkim. Tylko Ty możesz tam wejść. Rób ze mną co chcesz”. „Będę”.
Patrzyłam w Niego dalej. „Dlaczego jesteś smutny?”- zapytałam po dłuższej chwili milczenia. „Bo ty jesteś smutna”. „Tak, smutna jestem – westchnęłam – zmęczona. Prawie całą noc nie spałam i… Zresztą wiesz jak było”. „Wiem, byłem z tobą. Zawsze jestem”.

PISZ!

Drugi dzień na pustyni… Choć ta pustynia jest dla mnie, przynajmniej na razie, zieloną oazą. Pełną światła. Tu odpoczywam…
Ale po kolei. Dziś także wpatrywałam się w Jego Oblicze. Długo. Nie oczekiwałam na Jego głos. Wystarczyło mi, że mogę na Niego patrzeć.
Jednak… ” Witaj ukochana moja!”- odezwał się z głębi mego serca. Zdumiałam się znowu… Powiedziałam Mu, że jestem bardzo szczęśliwa. „Pragnę, żebyś była szczęśliwa. Chcę być twoim Szczęściem”. „Jesteś Nim-westchnęłam w duchu – tylko przy Tobie jestem szczęśliwa, w Tobie i z Tobą”. Milczał, ale jakby się do mnie uśmiechał.  Też się do Niego uśmiechałam.
„Zmęczona jestem”- odważyłam się powiedzieć. „Odpocznij więc”- ciągle się uśmiechał. Milczeliśmy dłuższy czas. A ja odpoczywałam. Wpatrywałam się w Niego bardziej i bardziej… Czerpałam siłę z patrzenia na Niego. Z Jego Oblicza bijącego blaskiem. Wygrzewałam się w Jego świetle jak w Słońcu… Patrzyłam na UKOCHANEGO, a ON patrzył na mnie. Tylko tyle i Aż tyle..
Potem pomyślałam (nie wiem dlaczego…) o blogu. Jak ja o tym napiszę? Czy w ogóle mam o tym pisać? – myślałam. „Wstydzisz się Mnie?” zapytał głos. „Nie! skąd, Panie – zaprzeczyłam gwałtownie- tu nie chodzi o wstyd! Tylko… to nasze spotkanie, Twoje i moje. Takie osobiste i intymne. Jak o nim piszę, czuję… jakby ktoś nas podglądał.
„Pisz, pisz na świadectwo innym!”
Więc piszę….
A kiedy zamykam oczy, widzę Jezusa, który mi błogosławi…

ON

Tak wygląda jakbym wczoraj urwała. Przerwałam bo nie miałam sił pisać dalej. A po drugie nie wiedziałam co. Trwałam w zadziwieniu. I nadal trwam. Głos, który mówił do mnie w sercu, nie powiedział nic nowego. Nic o czym (przynajmniej w teorii) bym nie wiedziała. Z drugiej strony… Ten głos, słowa… poruszyły mną do głębi. Wstrząsnęły. Tak… Wczoraj o tym nie pisałam, ale, przy drugim „jesteś piękna w moich oczach”, poddałam się, nie wiem jak to inaczej określić… Rozpłakałam. Ryczałam jak bóbr… 🙂 A Ty, mój Ukochany na mnie taką patrzyłeś. Jednak ten płacz paradoksalnie bardzo mi pomógł. Był to płacz oczyszczający. Oczyszczający moją duszę. Zmywający brudy, uprzedzenia do samej siebie. Od razu zaznaczę, że nie jestem osobą płaczliwą. Jestem tzw. „twarda sztuka” 🙂 Więc płakałam a spojrzenie Ukochanego uzdrawiało moją duszę.
I jeszcze jedno. Nie będę nikogo przekonywać, że głos, który słyszałam był głosem Jezusa. Czytający ten blog mogą przyjąć lub odrzucić moje słowa. Wolna wola. Ja jestem pewna, że to był ON. Że JEGO Serce bije dla mnie. I jestem pewna w JEGO Oczach. To mój Ukochany. ON działa cuda w moim sercu. Tylko ON może tam wejść.

SŁUCHAĆ…

Dziś rano po wysłuchaniu homilii ks Tomasza postanowiłam wyjść na pustynię. „Na wielkie żółte nic”. http://delurski.pl/3690/prostujcie-sciezki/
Miałam, mam o tyle „‚ łatwiej” (zresztą nie wiem czy to było ułatwienie…), że często rozmawiam z Ukochanym w nocy. Wtedy w ciszy nikt nam nie przeszkadza. Wsłuchuję się w Jego głos. Mówi do mnie, do serca. Jednak to jest noc… jakby naturalny klimat do rozmowy.
Często też przed rozważaniem Ewangelii wpatruję chwilę w obrazek Jezusa Miłosiernego, który mam w Biblii. Jednak muszę przyznać, że ostatnio tę praktykę zaniedbywałam, albo bardziej skupiałam się na tekście Ewangelii. Postanowiłam, że od dziś to się zmieni.
Otworzyłam Pismo Święte i przeczytałam fragment dzisiejszej Ewangelii. Akurat było o paralityku, którego przyjaciele chcieli, żeby Jezus uzdrowił. Chcieli go przynieść do Niego, ale z powodu wielkiego tłumu, nie mogli. Spuścili go więc przez dach, pod stopy Jezusa. Potem zaczęłam wpatrywać się w Jego wizerunek… Pomyślałam, że to ja jestem tym sparaliżowanym, który patrzy na Jezusa.
Patrzyłam w Jego oczy, takie jasne, piękne i dobre. Wpatrywałam się w Jego twarz. Długo. Nie wiem jak długo… Patrzyłam i patrzyłam. Nie wiem kiedy usłyszałam głos. Mówił wprost do mojego serca. Był znajomy. „Moje Serce bije dla ciebie”- mówił. Milczałam zdumiona i zachwycona… I powoli do mojego serca zaczął spływać pokój, którego dawno nie miałam, a którego tak bardzo pragnęłam. Wpatrywałam się ciągle…  „Jesteś piękna w moich oczach”- mówił dalej. Oburzyłam się, przecież wiedziałam, że jestem brudna i pełna grzechów. „Jesteś piękna w moich oczach”- powtórzył głos. Ciepły i czuły, ale stanowczy. „Piękno polega na kochaniu”. Zaczęłam zapewniać, że Go kocham i pragnę kochać bardziej i bardziej. „Wiem”- odpowiedział. Patrzyłam i patrzyłam dalej. Pomyślałam w sercu, że Jego głos nie jest cichy, ale bardzo wyraźny. „Mówię do tych, którzy chcą mnie słuchać”.
Ja pragnę Go słuchać…

WYZNANIE

Ukochany Jezu… dziś na Eucharystii znów mnie podniosłeś. Utwierdziłeś w swojej Miłości. Przytuliłeś do Serca moją zranioną duszę. W ostatnich dniach coraz bardziej dajesz mi poznać moją grzeszność i małość. Poznaję jak bardzo Cię ranię grzechami. Jak bardzo boli Cię mój grzech… Im bardziej jesteśmy przez kogoś kochani, tym większy ból mu sprawiamy naszą niewiernością, zdradą. I tak jest między nami, Tobą i mną…
Dajesz mi to poznać, a jednocześnie nie upokarzasz, nie poniżasz. Przeciwnie. Pomagasz powstać, podnosisz, utwierdzasz. Pokazujesz mi moją słabość bo pragniesz, żebym wciąż się nawracała, była bliżej Ciebie. Twoja Miłość do mnie (jak do każdego) jest bardzo wymagająca. I bardzo Ci za to dziękuję.
A ja…? Uczę się ( TY mnie uczysz) stawać w prawdzie z własną słabością i nędzą. Nie uciekać ze wstydu przed Tobą, ale prosić o przebaczenie i miłosierdzie. Nie chcę uciekać (choć to wydaje się być łatwiejsze), chcę, pragnę, z Twoją pomocą walczyć z moimi grzechami.
I pragnę żyć na Twoją chwałę.
Kocham Cię Jezu. Wiesz o tym.

NA SKALE

„Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.
Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony.
Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.”
Mt 7,21.24-27
Ukochany Jezu… często mówię Ci „Panie, Panie”. Słucham Twoich Słów. Czy Je wypełniam? Staram się… Ty wiesz. Często błądzę, upadam, jestem tylko grzesznikiem, błagającym o Twe Miłosierdzie… Jednak Ty jesteś Skałą, na której staram się budować mój dom, życie. Ty jesteś moją Opoką. Podporą. „Im bardziej świat staje na głowie tym mocniej trzeba trzymać się Boga. On jest Opoką i Twierdzą.”- napisałam wczoraj na FB. Tak, dzisiejszy świat staje na głowie! Pod płaszczykiem nowoczesności burzy od wieków ustalone i utrwalone normy etyczne, zasady, wartości. Tworzy nowe, futurystyczne, bzdurne ideologie. Uderza nimi w rodzinę, dzieci, Boga. Nie mogę mówić, że to mnie nie dotyczy, nie obchodzi. Dotyczy i obchodzi!
To jest ten deszcz, to są te wichry i potoki, o których mówisz w dzisiejszej Ewangelii. Uderzają na mój dom, otaczają go ze wszystkich stron! Napierają na niego, chcą go zburzyć. Zniszczyć. Zmieść z powierzchni. Sama nie dam rady się im oprzeć. Jednak Ty, Skała, na której utwierdziłam, osadziłam moje życie, nie pozwolisz go zniszczyć. Wiem to.

GDZIEŚ, NA ŚWIECIE…

Gdzieś na świecie w łonie nieznanej mi kobiety, matki kształtuje się człowiek. Rozwija się pod jej sercem. Dziś właśnie kończy miesiąc. To moje duchowe dzieciątko… Tak dalekie i nieznane. A jednocześnie tak bardzo mi bliskie. Kochane. Znam je bardzo dobrze. Jestem jego duchową matką… Znam płeć dzieciątka, nadałam też imię. Ale niech to na razie otula mrok tajemnicy.
Gdzieś na świecie pod sercem swej mamy rozwija się człowiek… A Bóg najlepszy Ojciec tka je, chroni i strzeże. Ucałuj je, Ojcze, ode mnie…

NA PRZEKÓR

Pragnienie… mimo zmęczenia. Na przekór niemu, wbrew niemu. Gdybym myślała, o tym, że jestem zmęczona, w ogóle bym tu dziś nie weszła. Nie pisała. Jednak jest Ktoś, kto przyjmuje to moje zmęczenie w ofierze. Ktoś, kto podtrzymuje mnie w takich chwilach, momentach, dniach jak ten. On jest najważniejszy. Ważniejszy od choroby, cierpienia, zmęczenia. A jednak obecny w tym wszystkim. I to jest Jego, Jemu to wszystko oddałam, ofiarowałam. Ja jestem Jego. Na przekór mojej słabości i niemocy. Jestem Jego. A On jest mój.
„Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa.”
Na przekór wszystkiemu.

O, PRZYJDŹ…!

Ks Tomasz na profilu swojego bloga na FB napisał: „Gdybym miał zastąpić nazwę „Adwent”, napisałbym „Tęsknota”. Taka pisana z wielkiej litery. Wsłuchajcie się w adwentowe pieśni i melodie, może zrozumiecie o czym piszę.” I umieścił ten utwór :

Słucham i słucham… i im dłużej słucham, tym bardziej tęsknię… Ten utwór cały jest Tęsknotą. Za Kim? Za Emmanuelem. Bogiem z nami. I za CZYMŚ jeszcze… Tęsknota KOGOŚ jeszcze… za kim?
Tęsknota to żal za tym co już się zna. Poznało  się TO, pokochało. Z jakichś powodów utraciło. Nie można Tęsknić za tym, czego, Kogo się nie zna. Na początku, po stworzeniu człowieka, Bóg był blisko. Człowiek Go znał, kochał. I Bóg znał człowieka, stworzył go przecież, tchnął w niego Życie, swoje Życie. Uczynił go swoim przyjacielem… Potem kłamstwo, ukrycie ze wstydem. I Tęskne wołanie: ” Adamie, gdzie jesteś?” „Przyjacielu, dziecko, dlaczego..?” I to wołanie trwało wieki. Trawiące, żałosne, niekiedy gniewne… ckniące, żarliwe… Wołanie zdradzonej Miłości. I Pragnienie powrotu do tego co już było. Do niczym niezmąconego Pokoju. Raju. Pragnienie Spotkania.
A człowiek? Zagubiony, zraniony przez swoją pychę i egoizm. Zawiedziony fałszywymi obietnicami. Też zatęsknił… zapragnął. I tak spotkały się dwie Tęsknoty, Pragnienia… Rzewne i żarliwe.
I te Tęsknoty wyrywają się, tchną z tego utworu. Smętnego i nostalgicznego. Jednocześnie jest w nim nutka nadziei, że te Tęsknoty się spełnią, ziszczą. I Miłości spotkają się. I wróci dawny Pokój…
A pieśni adwentowe? Tchną tą samą Tęsknotą.
1. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
O, wstrzymaj, wstrzymaj, Twoje zagniewanie,
I grzechów naszych zapomnij już, Panie.
2. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Pusto w Twem mieście i pusto w Syjonie
Jerozolima w boleści tonie.
3. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Runął dom Twój świętości i chwały,
Gdzie dla Cię, hymny Ojców naszych brzmiały.
4. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Grzech nas oszpecił i w nieczystej postaci
Stoim przed Tobą jak trędowaci.
5. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Padliśmy -wszyscy, jakby liść jesieni,
Zbrodniami, jakby wichrem rozproszeni.
6. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Tyś Twe oblicze zasłonił przed nami,
I Tyś naszemi złamał nas zbrodniami.
7. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
O spojrzyj, spojrzyj na lud Twój znękany,
I ześlij tego, co ma być zesłany.
8. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Poślij Baranka, a daj niech przybędzie
Z głazów pustyni, niech nam Panem będzie;
9. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Na górze córy Syjonu się zjawi,
I po łzach tylu z jarzma nas wybawi.
10. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Pociesz się, ludu, pociesz w twej niedoli,
Już się przybliża kres twojej niewoli.
11. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Czemuż się smucisz? Bolejesz tak srodze?
Nie bój się, nie bój, ja cię wyswobodzę.
12. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Jam jest twym Panem, ja doli twej sprawcą,
Ja twoim Świętym, ja Bogiem i Zbawcą.

CZEKAM

Ukochany Jezu… jestem bardzo zmęczona i boli bardzo. Dziękuję Ci, że mogę ofiarowywać. Że cierpisz ze mną… a ja z Tobą. To dla mnie wielkie szczęście i wielka radość. Wielka!
Rozpoczynam Adwent. Czas oczekiwania na Święta Twojego Narodzenia. I na Twoje powtórne przyjście. Całe moje życie tu na ziemi jest oczekiwania, przygotowania na spotkanie z Tobą. Czekam, czuwam. Z radością, ufnością i nadzieją. Z miłością! Czy boję się śmierci? Może to zuchwałe, ale nie. Nie boję się! Jakże miałabym się bać, skoro wtedy spotkam Ciebie. Mojego Ukochanego! Oblubieńca! Jakże mam się bać Tego, którego kocham, i który mnie kocha?!
Obawiam się tego, że długi okres będę w czyśćcu…. bez Ciebie… Ale ufam, że wieczność spędzę z Tobą, Umiłowany mój. Tęsknię za Tobą. I czekam. I czuwam.

O SZTUCE I PIĘKNIE

Zacznijmy od przypomnienia podstawowych pojęć. Zaglądam do Słownika języka polskiego i czytam: ” sztuka1. «dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne; też: wytwór lub wytwory takiej działalności» 2. «umiejętność wymagająca talentu, zręczności lub specjalnych kwalifikacji» 3. «czyn dokonany dzięki takiej umiejętności» 4. «utwór dramatyczny przeznaczony do wystawiania na scenie» 5. «przedstawienie skonstruowane na podstawie takiego utworu»”
Dalej: „artysta1. «osoba uprawiająca jakąś dziedzinę sztuki» 2. «osoba odznaczająca się mistrzostwem w jakiejś dziedzinie» • artystka”.
Mistrzostwem! Idźmy dalej.  „Piękno1. «zespół cech, który sprawia, że coś się podoba» 2«wysoka wartość moralna»,
piękny – «pierwszy człon wyrazów złożonych wskazujący na piękność tego, co nazywa drugi człon złożenia» 1. «odznaczający się pięknem kształtów, barw, dźwięków itp.» 2«mający dużą wartość moralną» 3. «mający najlepsze cechy swojego gatunku, rodzaju itp. lub będący doskonałym w jakiejś dziedzinie»”

„Od 7 września w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej prezentowana jest wystawa „British British Polish Polish:  Sztuka krańców Europy, długie lata 90. i dziś”. Składa się na nią m.in. film Jacka Markiewicza – „Adoracja Chrystusa” z 1993 roku.
Na filmie nagi Markiewicz leży obok figury obnażonego Chrystusa na krzyżu. Przytula go, ociera się o niego genitaliami oraz pieści. Artysta tłumaczy, że motywacją do zrealizowania tej pracy była chęć obrażenia tego, co nie jest Bogiem. Według niego ludzie modlą się w Kościołach do wyrzeźbionych niby-bogów. Natomiast on, poprzez swoje kontrowersyjne ruchy na filmie, adoruje Prawdziwego Boga.”
Żródło: http://anwo.salon24.pl/545919,adoracja-jezusa-przy-pomocy-meskich-genitaliow
(Nie odważyłam się wkleić zdjęcia. Kto chce, niech sam wejdzie na powyższą stronę i je zobaczy, kto nie chce, niech nie wchodzi)
Wracając do tematu.
Czy na podstawie przytoczonych wyżej definicji sztuki, artysty i piękna, pracę J. Markiewicza można nazwać dziełem sztuki, tym co jest piękne, a jego samego artystą? Nie.
„Bo piękno na to jest, by zachwycało”- pisze Cyprian Kamil Norwid
Tak… dzieło sztuki ma zachwycać, urzekać, oczarowywać, fascynować. Ma oddziaływać na odbiorcę, unosić jego zmysły i duszę ku celom wyższym, ma promieniować pięknem. Ma wzruszać, poruszać. Po obejrzeniu dzieła sztuki odbiorca ma chcieć stawać się lepszym. W końcu takie dzieło ma budzić podziw, uznanie i szacunek dla jego twórcy, dla artysty właśnie. Artysta powinien być mistrzem w swojej dziedzinie, swego rodzaju autorytetem, wieszczem.
A dziś cóż… dzisiejsza sztuka zionie pustką… wielką pustką. Dzisiejszemu artyście brakuje pomysłów, inwencji twórczej, polotu, kreatywności, wyobraźni, fantazji, świeżości, żeby stworzyć coś piękne, że szokuje. Tym ściąga uwagę na siebie i wydaje mu się, że jest sławny.
Profanuje rzeczy święte, buduje różnego rodzaju „instalacje artystyczne” bo nie ma pomysłu na siebie. Ktoś powie, że to też jest sztuka i trzeba mieć wyobraźnie, żeby takie coś wymyślić. Cóż… o gustach się nie dyskutuje. Mówią same za siebie.
A mnie, żeby zobaczyć prawdziwe Piękno i Sztukę, i żeby się nim zachwycić, pozostaje sięgnąć po albumy z reprodukcjami dawnych Mistrzów. Smutne, ale prawdziwe…

NIE ROZUMIEM

Ukochany… nie nadaję się do tego świata. Nie ogarniam go, nie rozumiem. Co więcej, nie chcę rozumieć. Bo jak zrozumieć kłamstwo, głupotę, chamstwo, zboczenia ukazywane, promowane jako normalność. Samozwańczy „eksperci” kreowani przez liberalne, amisyjne media. Gadające głowy w telewizorach, wmawiają widzom, że czarne jest białe, że płeć można samemu sobie wybrać, że homo jest okej. Wmawiają tak długo aż ci widzowie, odbiorcy uwierzą i przyjmą za normę. A tych, którzy nie zechcą przyjąć oskarży się o nietolerancję i ciemnogród. Ja tolerancyjna dla takich „norm” nie jestem. I nigdy nie będę. Dla mnie przestrzeganie Twoich praw jest najważniejsze. I Prawda jest Jedna. Ty Nią jesteś. Przyjdź Panie Jezu i uratuj ludzkość. Uratuj ją od niej samej.

USTA

I znów mogę pisać do Ukochanego. Dzięki mojej Podkowie :), dzięki Januszowi. Do późna w nocy pracował, żeby mój blog i kilka innych bardzo ważnych stron uratować. Przywrócić do życia. I udało się 🙂
Tak… znów mogę pisać. Cieszę się bardzo.
Ten blog jest dla mnie ważny. Ktoś może powiedzieć, że to takie wirtualne, nierealne, nieprawdziwe. Że to tylko blog. Ten blog to jakby moje usta. A usta to bardzo ważny narząd. Dzięki ustom możemy komunikować się z innymi ludźmi. Możemy wyrażać swoje myśli, pragnienia, marzenia.
Ja z powodu choroby mówię bardzo niewyraźnie. Nie mogę porozumiewać się z innymi jak zdrowi ludzie. Poza tym ust używam do czego innego, są moim narzędziem pracy. Ustami maluję.
A tu piszę. I każdy kto chce, może to przeczytać. Piszę jednym, trochę sprawniejszym palcem. Coraz mi trudniej. Ale póki co piszę i będę pisać.
Ten blog to moje usta… 🙂

BYĆ ŚWIADKIEM

Ukochany… pragnę być Twoim świadkiem. Rycerzem. Obrońcą tych, którzy sami nie mogą się jeszcze obronić. Bezbronnych. Tych, których głos jedynie Ty słyszysz… Moich braci i sióstr najmniejszych. Nienarodzonych. Którym wielu odmawia prawa do życia, szczęścia. Prawa do miłości. Odmawia się im człowieczeństwa… mówiąc, że to jeszcze nie jest człowiek (nie ma jeszcze dobrze rozwiniętego mózgu, tak mówią, więc można spokojnie zabić…) Jakby dobrze rozwinięty mózg stanowił o człowieczeństwie to mnie nie można było nazwać człowiekiem, bo mam mózg uszkodzony przez chorobę…
Ci najmniejsi są ludźmi. Mają w sobie Boże Tchnienie. Ty ich tkasz, kształtujesz w łonie matek. Każdego ukształtowałeś….
I ja pragnę o tym mówić, pisać. Mówić przede wszystkim tym, którzy namawiają do zabijania. Dyskutować, tłumaczyć. Tak jak potrafię. Prosto, rzeczowo i… pokornie. Z miłością. Dopomoż mi w tym, Ukochany.

POPRAWIANIE

Maluję. Moja dzisiejsza praca polega w dużej mierze na poprawianiu tego co sama zepsułam. Dlaczego? Mam ruchy mimowolne, które przeszkadzają w malowaniu. Spowodowane przez chorobę. I to one sprawiają, że często na obrazie gdzieś niechcący chlapnę farbą i potem muszę ją wycierać, namalowywać, zmywać… Mozolne trochę. Ale i w tym można znaleźć pozytywy. Dzięki temu uczę się cierpliwości, pokory oraz tego, że na obrazie nie wszystko musi być idealne. 🙂

KRÓL

Witaj mój Królu i Panie! Królu ukrzyżowany, rozpięty między Niebem a ziemią. Wiele razy opowiadałeś o swoim królestwie. Królestwie miłości i sprawiedliwości, prawdy i pokoju. O Królu, który był sługą, pierwszy ostatnim, najmniejszy największym.
Dziś widzimy cierpiącego Króla, umierającego na krzyżu, za swoich poddanych, za swoje stworzenia… Wyszydzonego i wykpionego przez nie. Tylko jeden widzi w Tobie Króla, uznaje Twoje królestwo. Upokarza się i prosi o przebaczenie. I otrzymuje je. Dobry Łotr… Proszę dziś za nim- „Jezu, wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do swego królestwa…”
Chrystus Król

WYJAŚNIENIE

Od czego by tu zacząć…? Wczoraj spotkała mnie przykrość. Nie będę opisywać szczegółów, bo nie chcę się żalić, a także ze względu na szacunek dla tego, który mi tę przykrość sprawił. Szanuję jego wybór ( choć on nie uszanował mojego), nie rozumiem, ale szanuję.
Jednak w związku z  zaistniałą sytuacją nadarzyła się sposobność, żeby o czymś poinformować, coś wytłumaczyć moim czytelnikom.
Otóż jak wiecie mam założone konto na Facebook’u. Mam tam swój profil. Traktuję go jako komunikator, rozmawiam ze znajomymi. Tam mi najłatwiej jest pisać. Mam też swoją tablicę /jak każdy facebookowicz/, na której umieszczam różnego rodzaju treści. Cytaty, wpisy innych znajomych, informacje, zdjęcia itp. Treści, które tam publikuję na swojej tablicy to nie jest tylko to co mi się podoba, nie tylko to co „lubię”, co mnie cieszy, bawi wzrusza, a czasem rozczula, ale też to, co mnie denerwuje, bulwersuje, razi, oburza, druzgocze. Są treści, z którymi się identyfikuję, utożsamiam, i treści, z którymi się nie zgadzam, nie akceptuję, nie aprobuję. A jednak czasem je publikuję. Czy można pochwalać grzech, głupotę, zboczenia, pychę, ogólnie zło? NIE! A czy można je pokazywać, obnażać, przestrzegać przed nim? TAK!
„Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć”.  (1P 5,8) W jaki sposób uchronić się, ustrzec przed owym „pożarciem”? Obnażając przeciwnika, odkrywając go, pokazując sposób i skutki jego działania. I to właśnie staram się robić. Robi to wielu moich znajomych. I nikogo to nie oburza, nikomu nie przeszkadza (a raczej do tej pory nie przeszkadzało). Przeciwnie. I nikt nikomu nie narzuca, tego co ma umieszczać na swojej tablicy. Ani tym bardziej nie cenzuruje i nie każe usuwać jakiegoś wpisu bez uprzedniego wytłumaczenia, umotywowania swojej prośby.
I na koniec coś, co ostatnio mnie rozczuliło… 🙂
http://www.wykop.pl/link/1733898/blizniaki-ktore-nie-zorientowaly-sie-ze-jest-juz-po-narodzinach/

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com