O ABORCJI – ks Tomasz

Dziś oddaję głos księdzu Tomaszowi:

To nie będzie jakiś usys­te­ma­ty­zo­wany tekst o abor­cji. Jest to kilka fak­tów zna­le­zio­nych w róż­nych książ­kach doty­czą­cych tego pro­blemu. Część z nich pew­nie jest znana, część może być dla Was nowa. Jak­kol­wiek jest, warto owe fakty wyko­rzy­stać w roz­mo­wie ze zwo­len­ni­kami zabi­ja­nia dzieci.
Pierw­szym kra­jem w Euro­pie, który zale­ga­li­zo­wał zabi­ja­nie poczę­tych dzieci, był Zwią­zek Radziecki. Lenin w 1920 roku zezwo­lił na zabi­ja­nie nie naro­dzo­nych. Wów­czas w całej Euro­pie prawo chro­niło życie ludzkie.
Dru­gim przy­wódcą, który zale­ga­li­zo­wał abor­cję był Adolf Hitler. Dla przy­kładu jedno jego zda­nie: „oso­bi­ście zastrzelę tego idiotę, który chciałby wpro­wa­dzić w życie prze­pisy zabra­nia­jące abor­cji na wschod­nich tere­nach oku­po­wa­nych“. Po zakoń­cze­niu II wojny usta­wo­daw­stwo znie­siono, ale już w 1956 roku prze­gło­so­wano lega­li­za­cję abor­cji. Ustawa ta obo­wią­zy­wała do 1993 roku.
Niemcy wyko­rzy­stali do ulep­sza­nia asfaltu na auto­stra­dzie pod Ber­li­nem ok. 50 tysięcy ton odpa­dów, z któ­rych część sta­no­wiły zwłoki nie naro­dzo­nych dzieci.
Anglicy wpro­wa­dzili w latach osiem­dzie­sią­tych do lon­dyń­skich szpi­tali roz­drab­niarki do odpa­dów kuchen­nych, w celu „roz­człon­ko­wa­nia“ ciał zabi­tych dzieci, ponie­waż zwłoki nie naro­dzo­nych nie pod­dane tej pro­ce­du­rze zaty­kały rury kanalizacyjne.
Firma IG Far­ben pro­du­ko­wała cyklon B, po woj­nie firma Host (powstała w wyniku prze­kształ­ceń IG Far­ben) wpro­wa­dziła pigułkę RU-​486 powo­du­jącą che­miczną aborcję.
W USA abor­cja jest prze­rwa­niem życia dziecka na eta­pie od poczę­cia do uro­dze­nia główki 9-​miesięcznego dziecka. Ustawa, którą wpro­wa­dził pre­zy­dent Clin­ton, daje mor­der­com zie­lone świa­tło. Zgod­nie z pra­wem, kiedy rodzi się zdrowe dziecko w dzie­wią­tym mie­siącu ciąży, lekarz może na życze­nie matki, w chwili kiedy główka jest już widoczna w kanale rod­nym, roz­bija ją, wysysa mózg dziecka, a ciałko wrzuca do kubła. Wszystko zgodni z prawem.
Jeśli dziecko prze­żyje próbę zabi­cia go w łonie matki i uro­dzi się żywe, może być odło­żone na bok, aby umarło z głodu i zimna. Prze­ciw temu obrońcy życia przy­go­to­wali pro­jekt ustawy. Ówcze­sny guber­na­tor stanu Illi­nois, odrzu­cił go. Teraz, ten czło­wiek jest pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Barack Obama otrzy­mał nawet poko­jową nagrodę Nobla…
Dzieci w łonach matek zabi­jane są bez znie­czu­le­nia, cho­ciaż stwier­dzono, że w pew­nej fazie roz­woju czują ból.
Kobieta w sta­nie bło­go­sła­wio­nym już jest matką. Może tylko zde­cy­do­wać czy będzie matką zabi­tego dziecka i czy chce nosić tę odpo­wie­dzial­ność przez całe życie a także odpo­wie­dzieć za ten czyn w wieczności.
Dok­tor Ber­nard Nathan­son, który nakrę­cił gło­śny film „Niemy krzyk“ i który nawró­cił się na kato­li­cyzm, był także tym, który wcze­śniej pro­mo­wał abor­cję. Poda­wał on nastę­pu­jące metody:

  1. Ankiety. Nie­ja­sne, sfał­szo­wane. Nikt nie lubi być w mniej­szo­ści. Wma­wiano więc, że więk­szość jest za aborcją.
  2. Dra­ma­tyzm. Przed­sta­wiano fał­szywe dane o nie­le­gal­nej aborcji.
  3. Karta kato­licka. Powta­rzano, że Kościół nie może zmu­sić kobiety do uro­dze­nia dziecka oraz, że nie żyjemy w pań­stwie wyzna­nio­wym, aby to Kościół usta­lał prawo.
  4. Filo­zo­fia. Utrzy­my­wano, że moment zaist­nie­nia ludz­kiego życia jest pro­ble­mem filo­zo­ficz­nym, teo­lo­gicz­nym, ale nie naukowym.
  5. Media. Środki maso­wego prze­kazu opa­no­wane przez zwo­len­ni­ków abor­cji miały sku­tecz­nie pozba­wić głosu obroń­ców życia lub przed­sta­wiać ich jako grupę oszołomów.

Kolejny z nawró­co­nych abor­te­rów dr Sto­jan Ada­se­vić, opo­wia­dał o prak­tyce abor­cji w Serbii: Prawo prze­wi­dy­wało, że życie dziecka jest pod ochroną od momentu zaczerp­nię­cia pierw­szego łyku powie­trza, stąd wywo­ły­wano wcze­sny poród a obok fotela gine­ko­lo­gicz­nego sta­wiano wia­dro z wodą. Zanim dziecko krzyk­nęło, zaty­kano mu usta i topiono w wia­drze. Wszystko zgod­nie z ówcze­snym prawem.
Za pomocą badań gene­tycz­nych można wykryć zespół Downa u dzieci poczę­tych. Wiemy, że może się to oka­zać, i w prak­tyce czę­sto jest to, wyrok śmierci na dziecko. Co jeśliby odkryto gen prze­są­dza­jący o homo­sek­su­ali­zmie? I na pod­sta­wie tego bada­nia umoż­li­wić zabi­cie dziecka. Czy śro­do­wi­ska lewac­kie pro­pa­gu­jące zarówno abor­cję jak i tezę o wro­dzo­nym homo­sek­su­ali­zmie nie popa­dają w sprzeczność?
Dok­tor Ker­mitt Gosnell gdy było trzeba dobi­jał uro­dzone dzieci, prze­ci­na­jąc nożycz­kami ich krę­go­słupy, potem odci­nał stópki a resztę wyrzu­cał do kosza. Stópki prze­cho­wy­wał jako tro­fea. Wła­dze igno­ro­wały donie­sie­nia przez 17 lat, wyrok zapadł nie­dawno. Ska­zano go za nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Doty­czyło to tylko dobi­ja­nia nowo­rod­ków. Nie doty­czyło to pro­ce­dur póź­nych abor­cji. Taka pro­ce­dura polega na tym, że wstrzy­kuje się do serca dziecka lub macicy odpo­wied­nią dawkę digok­syny. Powo­duje to atak serca u dziecka, który nawet oso­bie doro­słej spra­wia silny ból. Wywo­łuje się poród. Zazwy­czaj jest to już mar­twe dziecko, ale w jed­nym na sześć przy­pad­ków dziecko mar­twe nie jest…
Można wtedy dziecko odło­żyć na bok i pocze­kać aż same umrą. Trwa to cza­sem kilka godzin w cza­sie, któ­rych dziecko kwili i wal­czy o życie.
Abor­cja pochła­nia rocz­nie około 45 do 50 milio­nów osób. II wojna świa­towa – 72 miliony ofiar. Ludo­bój­stwo zwią­zane z abor­cją dzie­jące się w kra­jach zachod­nich w prze­ciągu 40 lat, kosz­to­wało życie pra­wie 1,5 miliarda osób. Pro­to­kół z Gro­nin­gen pozwala w Holan­dii pozwala leka­rzowi zabić uro­dzone już dziecko na wnio­sek rodzi­ców za pomocą zastrzyku. Wystar­czy argu­ment o „bar­dzo niskiej jako­ści“ życia dziecka.
Pod­czas 18 Mię­dzy­na­ro­do­wego Kon­gresu Opieki Palia­tyw­nej w Mont­re­alu, dr Hal Sidel refe­ro­wała pięć przy­pad­ków zagło­dze­nia upo­śle­dzo­nych dzieci. Wstrzy­mano odży­wia­nie i nawad­nia­nie, podano leki uspo­ka­ja­jące i prze­ciw­bó­lowe. Sta­ty­stycz­nie od roz­po­czę­cia pro­ce­dury do śmierci mijało 13 dni.
„Nie ma osób poten­cjal­nych. Osoby mają zdol­no­ści, poten­cje. Osoby mogą się roz­wi­jać. Ale «coś» nie sta­nie się «kimś».“ Robert Spaemann
Jeśli zosta­łeś poczęty we Fran­cji, twoje życie jest praw­nie chro­nione po 10 tygo­dniach ist­nie­nia, w Szwe­cji od 20 tygo­dnia. W USA po uro­dze­niu. Czy to nie dys­kry­mi­na­cja ze względu na wiek? Normy te są prze­cież sprzeczne.
Dziecko upo­śle­dzone. Odkąd można zabić pacjenta, aby usu­nąć cho­robę? Prze­cież przed uro­dze­niem i po uro­dze­niu to ten sam pacjent i to samo upośledzenie.
Jeśli zabi­cie dziecka zapla­no­wane zostało na dzień X, ale dziecko uro­dzi się dzień wcze­śniej, to przy­słu­guje mu już ochrona prawna. Jest to kla­syczna dys­kry­mi­na­cja ze względu na miej­sce przebywania.
Ist­nieje cie­kawa zbież­ność mię­dzy dys­kry­mi­na­cją ze względu na kolor skóry i aborcji.

Nie­wol­nic­two Abor­cja
Pre­ce­dens Dred’a Scotta 1857 Pre­ce­dens Roe vs. Wade 1973
Pro­por­cja gło­sów: 7:2 Pro­por­cja gło­sów: 7:2
„czarny“ nie jest osobą,należy do właściciela Dziecko poczęte nie jest osobą, należy do matki
Można go kupić, sprze­dać, zabić Można go chro­nić lub zabić
Abo­li­cjo­ni­sta nie powi­nien wymu­szać swo­jej moral­no­ści na wła­ści­cielu niewolnika Ludzie „pro-​life“, nie powinni wymu­szać swo­jej moral­no­ści na matce
Nie­wol­nic­two jest legalne Abor­cja jest legalna

Ustawa o Rzecz­niku Praw Dziecka mówi, że dziecko ist­nieje od poczę­cia. Kodeks Karny w art. 157a uznaje za prze­stęp­stwo „uszko­dze­nie ciała dziecka poczę­tego lub roz­strój zdro­wia zagra­ża­jący jego życiu”. Jeśli się nie mylę to w pra­wie mowa jest także o spad­ko­bra­niu takiego dziecka, zapi­so­bra­niu, o ochro­nie prawa do zachowku. Można uznać ojco­stwo dziecka poczę­tego, zabez­pie­czyć rosz­cze­nia ali­men­ta­cyjne przed uro­dze­niem dziecka czy powo­łać spe­cjal­nego kura­tora. Karze pod­le­gają osoby powo­du­jące śmierć dziecka poczę­tego, sto­su­jące wobec matki przemoc.
Dziecko przed i po uro­dze­niu niczym się nie różni; zmie­niło tylko swój spo­sób odży­wia­nia oraz pobie­ra­nia tlenu.
Od kiedy dziecko jest zdolne do nie­za­leż­nego życia?
Na pewno nie wcze­śniej niż osią­gnie ono wiek szkolny. Praw­do­po­dob­nie można by nawet wygrać pre­ce­den­sową sprawę sądową, udo­wad­nia­jąc, że dziecko nie jest zdolne do nie­za­leż­nego życia, zanim nie sta­nie się nastolatkiem.
Naj­czę­ściej sto­so­waną metodą far­ma­ko­lo­giczną zabi­cia dziecka w łonie matki jest zatru­cie stę­żo­nym roz­two­rem soli. Do wód owo­dnio­wych wpro­wa­dza się stę­żony roz­twór soli. Dziecko połyka go oraz wpro­wa­dza do płuc. Jest zatru­wane i wal­czy o życie. Roz­twór zazwy­czaj „wypala“ skórę dziecka, pozba­wia­jąc ją zewnętrz­nej war­stwy. Nie­któ­rzy porów­nują dzia­ła­nie tej metody do efek­tów sto­so­wa­nia napalmu na nie­win­nych ofia­rach wojny. Praw­do­po­dob­nie jest to tak samo bole­sne. Zabój­stwo trwa około godziny. Następ­nego dnia matka rodzi mar­twe dziecko.
Przy­po­mnij­cie sobie, jak było na początku, gdy stwier­dzi­łaś, że jesteś w sta­nie bło­go­sła­wio­nym. Czy każda ciąża była zapla­no­wana, czy zawsze byli­ście szczę­śliwi? A teraz spójrz­cie na swoje dzieci. Czy zgo­dzi­li­by­ście się na zabi­cie ich?
Jeśli pozwo­limy na zabi­ja­nie dzieci tylko dla­tego, że są nie­chciane, to pew­nie sporo czy­tel­ni­ków tego tek­stu nigdy by się nie urodziło.
Dr Phi­lip Ney, pro­fe­sor psy­chia­trii, pod­czas pracy na Uni­ver­sity of Bri­tish Colu­mia opu­bli­ko­wał wyniki badań wska­zu­jące jed­no­znacz­nie na to, że abor­cja (akcep­tu­jąca bru­talne zabi­ja­nie poczę­tych) obni­żyła u rodzi­ców próg wraż­li­wo­ści, skut­kiem czego czę­ściej postę­pują oni bru­tal­nie oraz znę­cają się nad już uro­dzo­nymi dziećmi.
Sta­tystki z Nowego Yorku poka­zują nie­zbi­cie. W latach sześć­dzie­sią­tych ilość przy­pad­ków znę­ca­nia nad dzieci wyno­siła około 5000. Abor­cję zale­ga­li­zo­wano w 1970 roku. W 1975 r. Odno­to­wano 25000 przy­pad­ków znę­ca­nia się nad dziećmi.
Argu­ment z abor­cji wyko­ny­wa­nych nielegalnie? Prze­cież z defi­ni­cji są one nie­le­galne więc jest to zga­dy­wa­nie na pod­sta­wie przy­pusz­czeń. Nawet jeśli weź­miemy pod uwagę zgony matek pod­czas nie­le­gal­nych abor­cji, to nadal zga­du­jemy jaki pro­cent koń­czy się śmier­cią i wtedy osza­co­wać wstecz.
Jeśli nie można wyeli­mi­no­wać, to trzeba zale­ga­li­zo­wać? Zale­ga­li­zujmy kradzież!
Jakim pra­wem Kościół może wymu­szać na kobie­cie uro­dze­nie dziecka, ona decy­duje czy być matką?
Po pierw­sze już jest matką i moment decy­zji dawno się skończył. Po dru­gie jakim pra­wem matka i abor­cjo­ni­sta wymu­szają swoją postawę moralną na poczę­tym dziecku? read more

Read more

POCHWAŁA MĄDROŚCI

Jest bowiem w Mądrości duch rozumny, święty,
jedyny, wieloraki, subtelny,
rączy, przenikliwy, nieskalany,
jasny, niecierpiętliwy, miłujący dobro, bystry,
niepowstrzymany, dobroczynny, ludzki,
trwały, niezawodny, beztroski,
wszechmogący i wszystkowidzący,
przenikający wszelkie duchy
rozumne, czyste i najsubtelniejsze.
Mądrość bowiem jest ruchliwsza od wszelkiego ruchu
i przez wszystko przechodzi i przenika dzięki swej czystości.
Jest bowiem tchnieniem mocy Bożej
i przeczystym wypływem chwały Wszechmocnego,
dlatego nic skażonego do niej nie przylgnie.
Jest odblaskiem wieczystej światłości,
zwierciadłem bez skazy działania Boga,
obrazem Jego dobroci.
Jedna jest, a wszystko może,
pozostając sobą, wszystko odnawia,
a przez pokolenia zstępując w dusze święte,
wzbudza przyjaciół Bożych i proroków.
Bóg bowiem miłuje tylko tego,
kto przebywa z Mądrością.
Bo ona piękniejsza niż słońce
i wszelki gwiazdozbiór.
Porównana ze światłością uzyska pierwszeństwo,
po tamtej bowiem nastaje noc,
a Mądrości zło nie przemoże.
Sięga potężnie od krańca do krańca
i włada wszystkim z dobrocią.
(Mdr 7,22-8,1)

Read more

10 przykazań MIŁOŚCI

  1. Miłość jest jak księ­życ: jeśli się nie wznosi — opada.
  2. Miłość się nie dzieli, ale się rozmnaża.
  3. Miło­ści nie można kupić ani sprze­dać — można tylko ofiarować.
  4. Miłość jest albo pokorna, albo jej wcale nie ma.
  5. Miłość zamiast mówić: „Dam ci poca­łu­nek“, mówi: „Podam ci rękę“.
  6. Miłość, która obli­cza nie jest praw­dziwą miłością.
  7. Kochać, to nie zna­czy przy­zwy­czaić się do kogoś drugiego.
  8. Kochać, to łagod­nie przy­pro­wa­dzić kogoś do sie­bie samego.
  9. Kochać, to uczy­nić szczę­śli­wym dru­giego człowieka.
  10. Kochać, to zro­bić wię­cej niż niezbędne.
Read more

Niezgodne z zamówieniem.

   

         Hej, co ty taki jakiś podenerwowany dzisiaj jesteś?

         No jestem, bo mama się denerwuje. Ale nie wiem dlaczego. Nie mów, że nie czujesz…

         Masz rację. Starałem się nie zwracać na to uwagi.Ciekawe co się dzieje…?

         Jak choć na chwilę przestaniesz gadać, to może coś w końcu usłyszę!

         No dobra już dobra…

         …a co tu jest do rozumienia? Ponad tydzień temu przyjęli wniosek o odrzucenie projektu ustawy, o całkowitym zakazie aborcji, ami się to do dziś nie mieści w głowie… Odrzucili… Głosowali za aborcją…

         O czym mama mówi? Za jaką aborcją? Co to jest aborcja?

         Ucisz się wreszcie!

         … można zabić, jak się okaże, że dziecko jest chore,a więc niezgodne z zamówieniem…

         Ej, przesuń się, bo się zaraz zaplączę w pępowinę. I może byś mi w końcu wyjaśnił o czym mama mówi?

         Ja rozumiem, że mózg nam się jeszcze w pełni nie wykształcił, ale słuchać już chyba potrafisz…

         Dobra dobra mądralo, o co tu chodzi?

         Aborcja to takie ładne słowo, które w praktyce oznacza,że nigdy nie zobaczysz mamy i taty.

         Jak to? Przecież mówiłeś że się urodzimy…

         Oj, głupi jesteś! Jasne, że my się urodzimy. Mama nas kocha. Nie zrobi nam krzywdy. Poza tym tata by nie pozwolił. Nie chodzi o nas.

         To ja już nic nie rozumiem…

         Kiedy ty całymi dniami śpisz, ja siedzę i słucham co się dzieje na zewnątrz. I słyszałem jak jakiś czas temu mama rozmawiała z pewnąpanią. I ta pani jej powiedziała, że obaj jesteśmy zdrowi.

         No to chyba dobrze, nie?

         Jasne że dobrze, ale chyba słyszałeś, co mama powiedziała przed chwilą. Powiedziała, że jak dziecko jest chore, to można je zabić.

         Jak zabić?

         No takim zimnym, metalowym czymś. Jakieś pięć dni temu mama rozmawiała z sąsiadką, pamiętasz?

         No tak.

         No właśnie. I tłumaczyła jej, że nawet jeśli będzie tak jak mówią lekarze, że dziecko urodzi się chore, to nie znaczy, że będzie gorsze. Że trzeba je kochać…

         O, wreszcie mówisz normalnie. Kochać to wiem, bo mama i tata często tak do nas mówią. I to bardzo miłe jest.

         Tylko, że nie wszyscy rodzice tak mówią do swoich dzieci…

         Nie? A to można mówić inaczej?

         Nie wiem, ale ta sąsiadka mówiła inaczej. Mówiła, że nie urodzi dziecka, bo ono jest chore, a ona się boi… No i że to zgodne z  prawem przecież…

         Jakim prawem?

         Nie wiem, pierwszy raz to słowo słyszałem, ale to chyba ma coś wspólnego z tym głosowaniem…

         To wtedy, kiedy poczuliśmy to nagłe zdenerwowanie mamy?

         Dokładnie.

         Chcesz powiedzieć, że gdybyśmy byli w brzuchu tamtej pani zamiast w brzuchu mamy, i gdyby to o nas lekarz powiedział, że jesteśmy chorzy, to by nas zgodnie z prawem rozerwano na kawałki tym zimnym, metalowym czymś?

         Dokładnie tak. Wczoraj zadzwonił telefon. Mama powiedziała tylko: „Mój Boże…” i płakała przez następną godzinę.

         Teraz już wiem co to znaczy, kiedy się mówi, że dziecko jest niezgodne z zamówieniem. Wtedy trzeba powiedzieć rodzicom, że to przecież nie szkodzi, że dziecko jest chore. Ono kocha ich tak samo…

         Naprawdę jesteś taki głupi, czy tylko udajesz? Jego rodzice powiedzieli lekarzowi, że ma „usunąć problem.” Nie było dla nich ważne to, że dziecko ich kocha, a to, że urodzi się chore. Kazali więc je zabić.

         Przestań! To niemożliwe, żeby można było coś takiego zrobić specjalnie!

         Też tak myślałem. Do wczoraj. Teraz już wiem, że po tamtej stronie można robić rzeczy, które nam wydają się niemożliwe.

         Czyli my żyjemy tylko dlatego, że nie jesteśmy chorzy?

         Żyjemy bo rodzice nas kochają. Pamiętasz co mówili?„Nieważne czy jesteście chorzy czy zdrowi, nieważne co mówi prawo – nigdy nie pozwolimy zrobić wam krzywdy.”

         Tak, pamiętam, mamy wspaniałych rodziców… A jak myślisz, co się stało z dzieckiem tej sąsiadki? Dalej jest w jej brzuchu? Takie nieżywe?

         Mama mówiła, że Pan je zabrał.

         Jaki pan ?

         Pan Bóg.

         Aha. A dokąd je zabrał?

         Do swojego domu.

         A to bardzo miło. To ten Pan Bóg musi je bardzo kochać,skoro pozwolił mu mieszkać w swoim domu. To teraz jest ich wspólny dom. My mamy dom z rodzicami, a ono z Panem Bogiem, tak?

         Tak.

         A dużo jest takich dzieci, które nie żyją, bo lekarz na polecenie rodziców je zabił, i one nie mogły już iść do domu z mamą i tatą,tylko od razu poszły do domu Pana Boga?

         Mama mówi, że za dużo.

         Naprawdę? Ale mama mówiła też, że my mieszkamy na razie w jej brzuszku, bo ona kocha tatę, a tata kocha ją. I że już się nie może doczekać, aż z niego wyjdziemy i będzie mogła nas zobaczyć.

         No tak.

         To jakim sposobem inne dzieci pojawiają się w brzuchu swoich mam, skoro one nie chcą tych dzieci zobaczyć? Po co robią tak, żeby dzieci najpierw w ich brzuchu były, skoro później chcą, żeby ich tam nie było?Mama mówi, dzieci się biorą z miłości…

         No tak. Ale może rodzice, którzy zabijają swoje dzieci,nie zgadzają się z naszą mamą? Może tamte dzieci biorą się z czegoś innego,skoro ich rodzice nie mówią do nich o miłości, tylko o tym, że się boją i ich  nie chcą?

         Tak myślisz? Strasznie to wszystko skomplikowane…

         Wiem, dlatego chodźmy już lepiej spać. Zmęczony jestem.Dobranoc.

         Dobranoc braciszku, dobranoc mamusiu, dobranoc tatusiu.Do jutra.

                                           /Karolina/

Read more

Życzenia

 Wczoraj otrzymałam wiele życzeń. Prawdziwych i szczerych. Od serca. Jednak były jedne, które szczególnie utkwiły mi w umyśle.

I w sercu.                                                                                                                       To życzenia od Karoliny:

 ” Czego ja Ci mogę życzyć…Właściwie nie mam pojęcia… Flp 4,13: ”Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”. Jak mnie ktoś zapyta jak to możliwe, powiem mu: pogadaj z Moniką a zobaczysz na własne oczy. Tylko chciej je otworzyć. Ale miały być życzenia…

Życzę Ci więc po pierwsze Nieba a po drugie, że jak już w Nim będziesz, żebyś tam zobaczyła… (a ponieważ Bóg jest Wszechmogący, Niebo ma sprawiać wieczną radość a Tobie radość sprawia to, że inni są szczęśliwi – to wierzę,że Bóg Ci to pokaże) … żeby Bóg Ci pokazał, jak wiele dusz wyciągnęłaś z czyśćca przez to, że ofiarowałaś za nich swoje cierpienie.

I żebyś spotkała na swojej drodze wielu wspaniałych ludzi
A jeszcze nawiązując do wypowiedzi jednego z tych ludzi, który pisał,ze dla takich jak Ty to trzeba budować krematoria, to ja chcę, żeby świat był jednym wielkim krematorium, jeśli mam tam spotykać ludzi takich jak Ty.

W ostatniej notce napisałaś za Lewisem: Wszędzie słowa i słowa,wiedziemy je do walki z innymi słowami[…] Życzę Ci, żebyś na tym blogu, tak jak do tej pory, walczyła słowami miłości przeciw słowom złości, nienawiści,dyskryminacji i poniżenia.”


Dziękuję Ci bardzo.                                                                  

Read more

BÓG A NAUKA

Oto tekst mojego znajomego, zamieścił go na Facebooku:

Poniższy tekst w niespotykany i zaskakujący sposób wyjaśnia definicję „Wiary”.- Pozwólcie, że wyjaśnię wam problem jaki nauka ma z religią. Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?- Tak panie profesorze.- Czyli wierzysz w Boga.- Oczywiście.- Czy Bóg jest dobry?- Naturalnie, że jest dobry.- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?- Tak.- A Ty – jesteś dobry czy zły?- Według Biblii jestem zły.Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości – Ach tak, Biblia!- A po chwili zastanowienia dodaje:- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?- Oczywiście, panie profesorze.- Więc jesteś dobry…!- Myślę, że nie można tego tak ująć.- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej – Nie pomaga, prawda? Mójbrat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?Student nadal milczy, więc profesor dodaje – Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda? – aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?- No tak.. jest dobry.- A czy szatan jest dobry?Bez chwili wahania student odpowiada – Nie.- A od kogo pochodzi szatan?Student aż drgnął: – Od Boga.- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu – czy na świecie istnieje zło?- Istnieje panie profesorze …- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?- Prawda. – Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły. Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi.- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?Student drżącym głosem odpowiada – Występują. – A kto je stworzył?W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie – Kto je stworzył? – wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.- Powiedz mi – wykładowca zwraca się do kolejnej osoby – Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora: – Tak panie profesorze, wierzę.Starszy człowiek zwraca się do studenta:- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?- Nie panie profesorze. – A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?- Nie panie profesorze. Niestety nie miałem takiego kontaktu.- I nadal w Niego wierzysz?- Tak.- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje… Co Ty na to synu?- Nic – pada w odpowiedzi – mam tylko swoją wiarę.- Tak, wiarę… – powtarza profesor – i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara. Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:- Panie profesorze – czy istnieje coś takiego jak ciepło?- Tak.- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?- Tak synu, zimno również istnieje.- Nie panie profesorze, zimno nie istnieje.Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta. Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła – nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem. W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?- Tak – profesor odpowiada bez wahania – czymże jest noc jeśli nie ciemnością?- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie – wyjaśnia student – twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć – czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy? Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie. – Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład – student rozgląda się po sali – Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?Audytorium wybucha śmiechem. – Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to że nikt. A zatem zgodnie z naukowa metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze? W sala zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej – stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło? Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi – Oczywiście że istnieje. Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.Na to student odpowiada:- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła. Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

PS.Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną „Bóg a nauka” w roku 1921. read more

Read more

Z Jezusem do chorych

Myśl: To nie ja zabieram Jezusa do chorych. To On mnie do nich prowadzi


Na początku lutego, jak co miesiąc, byłem u chorych. Zwyczajna wizyta z Komunią świętą. W dwóch turach – bo w tej mojej niewielkiej parafii (niespełna 1300 dusz) mam chorych bez mała 40. Tak naprawdę to nie mogących przyjść do kościoła jest więcej, ale nie wszyscy o te comiesięczne odwiedziny proszą – tak jest wszędzie i tak było zawsze. Dokładnie tak samo, jak nie wszyscy uczestniczący (czy to dobre słowo?) we Mszy przystępują do Komunii. To jednak zgoła inny temat.


Zaskoczyła mnie szybko rosnąca liczba chorych. Przed laty wzrastała powoli, później była bardzo stabilna, utrzymując się na poziomie do 24 osób. Już wtedy potrzebowałem dwóch dni, by wszystkich odwiedzić – nie znoszę przy tej okazji pośpiechu. Tymczasem choć parafia maleje, liczba unieruchomionych w domu wzrosła skokowo! Trzeba by trzeci dzień dla nich znaleźć. Mimo narzekania na opiekę medyczną żyjemy dłużej. No i dobrze – bo to „dłużej” może być także moim udziałem i nie miałbym nic przeciwko temu.

Jacy są ci moi chorzy? Można by zrobić bardzo ciekawy album – każda twarz, każda postać inna, charakterystyczna. Temperamenty, usposobienia – jakże różne! Nie ma dwóch jednakowych, nie ma nawet dwóch podobnych. A gdyby nakręcić ileś tam filmowych migawek, powstałby zajmujący obraz. I nie byłby ani smutny, ani przygnębiający – raczej pogodny i nawet uśmiechnięty. Tak, tak – nawet uśmiechnięty. Mimo wieku, choroby, cierpienia, osamotnienia. A kontrasty! Na przykład pani Stefania licząca 97 lat i malutka Łucja licząca lat niespełna 6. Jednej i drugiej w życiu nie jest łatwo. Ale obie te panie zawsze są uśmiechnięte, ufne, pogodne. Obie mają podobny skarb – serce i opiekę bliskich.

Odwiedzając chorych, zaprzyjaźniłem się też z niektórymi zwierzakami w ich domach. Lalunia (papuga) wita mnie śpiewem melodyjki, której ją nauczyłem – chyba że jest w złym humorze. Wtedy milczy albo krzyczy. W innym domu Kicia (jasne, kot) miaucząc prowadzi mnie do drzwi i nastawia grzbiet, żeby pogłaskać. Jeszcze gdzie indziej czarny sympatyczny kundelek wiernie pilnuje mojego samochodu. I nie mówcie, że to nie na temat. Te zwierzaki to cząstka domu i świata ludzi chorych, unieruchomionych, samotnych.

Dlatego nie tylko staram się ten świat zauważać, ale bez dwóch zdań go polubiłem. Z pełną wzajemnością.
Przypuszczam, że Pan Jezus, z którym przychodzę, cieszy się i papugą, i kotem, i kundelkiem. Ale wiem, na pewno wiem, że przede wszystkim cieszy się z ludzi. Zwykle pogodnych, choć czasem zgorzkniałych, na ogół uśmiechniętych, bywa jednak, że i gderliwych. I cieszy się z tego, że może mnie do nich zabrać. Bo to nie ja zabieram Jezusa do chorych. To On mnie do nich prowadzi.

          / ks. Tomasz Horak, proboszcz parafii Nowy Świętów/

Read more

Sens w pieluchach

     Prawda Bożego Narodzenia rozbłyskuje pełnym blaskiem, kiedy czytamy ciepłą opowieść Łukasza o narodzinach Dziecka razem ze wzniosłym tekstem Jana o Słowie. SENS objawił się w prozie życia, dzięki temu proza życia ma sens.Sens jest jedną z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb. Wiktor Frankl (1905–1997), słynny austriacki psycholog żydowskiego pochodzenia, uważał, że człowiek przetrwa wszystko, jeżeli wie po co lub dla kogo warto walczyć. Frankl wiedział o tym z własnego doświadczenia, bo przeżył trzy lata w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Był twórcą metody terapii zwanej logoterapią, której głównym założeniem było właśnie to, że człowiek musi odnaleźć w życiu sens. Kiedy go zna, nie złamią go nawet najcięższe cierpienia. Nazwa tej metody pochodzi od greckiego „logos”, które oznacza „sens”, ale także „słowo”. Św. Jan rozpoczyna swoją Ewangelię hymnem o Logosie – Słowie Boga, które zamieszkało wśród nas.

Boża logoterapia
Na Boże Narodzenie można popatrzeć jak na wielką logoterapię, którą Najlepszy Lekarz proponuje schorowanemu człowiekowi. Św. Jan pisze, że „Słowo stało się ciałem”. To zdanie można równie dobrze przetłumaczyć: „Sens stał się ciałem”. Spróbujmy odczytać najważniejsze fragmenty Janowego Prologu w ten sposób. „Na początku był Sens i Sens był u Boga, i Bogiem był Sens. On był na początku u Boga. Wszystko zaistniało dzięki Niemu. Bez Niego zaś nic nie zaistniało. To, co zaistniało, w Nim było życiem” (1-4). „Na świecie był Sens, świat dzięki Niemu zaistniał, lecz świat Go nie rozpoznał. Przyszedł do swojej własności, lecz swoi Go nie przyjęli” (10-11). „Sens stał się ciałem i zamieszkał wśród nas. Oglądaliśmy Jego chwałę”(14). Brzmi zaskakująco, świeżo. I nie jest to bynajmniej jakaś nieuprawniona zabawa słowami. Po prostu nie mamy jednego polskiego odpowiednika słowa „logos”, który oddałby adekwatnie całą głębię Janowego tekstu.

Przenieśmy teraz nasz wzrok na tekst św. Łukasza, opisujący Boże Narodzenie. Kluczowy fragment brzmi: „Kiedy tam [w Betlejem] przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie” (2,6). Mamy tutaj zwykłą ludzką historię: biedna matka rodzi syna w wyjątkowo trudnych okolicznościach – będąc w podróży, z dala od domu, bez ludzkiej życzliwości i pomocy. Jan i Łukasz piszą o tym samym wydarzeniu, ale widzą je z dwóch różnych perspektyw. Jan patrzy „z wysoka”, z punktu widzenia Boga, który „schodzi” na ziemię, idzie do swoich, aby ich zbawić. Tajemnica Boga sięga ciała i krwi człowieka. Łukasz patrzy na tę samą tajemnicę „od dołu”, od ludzkiej strony. Dostrzega w prostej ludzkiej historii ukryte działanie Boga. Uwierzyć w Boże Narodzenie oznacza połączyć te dwie perspektywy. W tym połączeniu ukrywa się prawda płynąca z Betlejem. Jej piękno, blask, ciepło, które promieniują na nasze życie.
Od pampersa do pampersa
Łukasz pisze, że Maryja „porodziła swego pierworodnego”. O Elżbiecie w analogicznej sytuacji napisał tylko „porodziła syna” (1,57), w przypadku Maryi pojawia się słowo „pierworodny” (gr. prototokos). To słowo ma swój religijny sens. Zgodnie z Prawem Starego Testamentu, pierworodny syn należał do Boga i winien być Mu złożony w ofierze. Dlatego Maryja udała się wkrótce do Jerozolimy, aby Jezusa „przedstawić Panu” w świątyni. Jest to zapowiedź ostatniej podróży Jezusa do Jerozolimy, Jego ofiary na krzyżu. W pismach św. Pawła słowo „pierworodny” staje się tytułem Jezusa określającym Jego misję. W Liście do Kolosan (1,15) Apostoł pisze, że Jezus jest „pierworodnym wobec każdego stworzenia”. Jest więc nie tylko pierwszym synem swej Matki, ale jest On i pierwszym umiłowanym Boga, umiłowanym najwcześniej, zanim powstał świat. Słowo „pierworodny” jest echem Janowego zdania o „Słowie, które było na początku”.

Macierzyńskim gestem Maryi jest owinięcie Jezusa w pieluszki. Co ciekawe, o pieluszkach mowa jest u Łukasza aż dwukrotnie (2,7 i 14). To symbol troski o życie bezbronnego dziecka. Przewijanie dziecka jest czynnością do bólu prozaiczną. Ale opieka nad niemowlakiem wymaga takich właśnie banalnych, powtarzanych setki razy czynności. Ewangelia niczego sztucznie nie koloryzuje. Bez świętej cierpliwości ani rusz. Bibliści zwracają uwagę, że ta dwukrotna wzmianka o pieluszkach może mieć jeszcze jedno głębsze znaczenie. Jest mianowicie aluzją do owinięcia w płótno martwego ciała Jezusa. Mamy więc płótna, w których człowiek zaczyna życie i płótno, w którym je kończy. Proszę wybaczyć współczesne skojarzenie, całkiem ŕ propos – pampersy. Są takie dla niemowlaków, są i takie dla ludzi chorych, starych, u kresu swoich dni. Bóg = Słowo = Sens wszedł w ludzki los, podzielił z nami naszą drogę od jednych do drugich pampersów.

Żłóbek jak grób
Jest jeszcze jeden gest Maryi. „Położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Biblista ks. Józef Kudasiewiecz wyjaśnia: „Maryja nie zatrzymuje Syna dla siebie, lecz składa Go w darze światu, który nie ma dla Niego odpowiedniego miejsca. Przez ten gest Matki Jezus rozpoczyna w ukryty sposób swoją misję, która pozbawi Go nawet miejsca, gdzie mógłby złożyć głowę. Przychodząc na świat, nie miał nawet kołyski. Po śmierci nie ma własnego grobu. Między tymi dwoma wydarzeniami zawarte jest życie pełne ofiary, aż do śmierci włącznie. Uniżenie żłóbka zapowiada mękę krzyża”. Prawosławne ikony przedstawiają związek między żłóbkiem a śmiercią z całą ostrością. Na ikonach narodzenia Dzieciątko jest owinięte w pieluszki, które przypominają opaski grzebalne, a żłóbek ma kształt trumny. Tłem dla Jezusa są ciemności. Czerń groty jest symbolem ciemności świata skażonego grzechem, poddanego śmierci. Evdokimov tłumaczy: „Trójkąt groty, ten ciemny otwór do jej wnętrza, to piekło. Chrystus narodził się w cieniu śmierci, Boże Narodzenie pochyla niebiosa aż po piekło, a my wpatrujemy się w leżącego w żłobie Baranka z Betlejem, który zwyciężył węża i dał pokój światu”.
Ta wizja burzy idylliczny obraz stajenki. A przecież i Jan, i Łukasz podkreślają, że nie było miejsca dla Jezusa. Od początku był odrzucany, od początku był Izajaszowym Mężem boleści, Jego droga krzyżowa zaczęła się w chwili narodzin. Ciemności groty Narodzenia można odczytać bardzo osobiście jako mroki ludzkiego serca. W każdym z nas mieszkają bezsens, samotność, niekochanie. Świąteczna atmosfera powoduje, że u wielu ludzi te ciemności stają się jeszcze bardziej widoczne i trudniejsze do wytrzymania. Nie przypadkiem przy wigilii najbardziej brakuje nam ludzi, których kochamy, a którzy są poza domem albo już po drugiej stronie. Boże Narodzenie przynosi jednak lekarstwo. Jest nim Bóg, Światłość ze Światłości, który wchodzi w nasze ciemności. Jedna ze wschodnich modlitw głosi: „Owinięty pieluszkami rozrywa silne więzy naszych grzechów”. Rozerwie także całun śmierci, który kiedyś pokryje nasze ciała.

Trzeba przewinąć Boga
Jeśli Bóg-Sens leżał w pieluchach, czyli przyjął na siebie całą prozę życia, to znaczy, że proza życia ma sens. Boga można odnaleźć, zmieniając pampersy dzieciom lub staruszkom, w wierności monotonnym, banalnym czynnościom, które składają się na nasze powołanie rodzinne, zawodowe. Bóg-Sens jest blisko nas, jest także w tych miejscach, które wydają się najbardziej pozbawione sensu. Bóg ukrywa się w każdym człowieku bezradnym jak dziecko czekające na zmianę pieluchy lub odrobinę czułości. To, co duchowe, jest blisko tego, co cielesne, zwykłe, konkretne. Sacrum wkroczyło w profanum nie po to jednak, aby się w nim zatracić. Wielu z tych, którzy mówią, że chrześcijaństwo trzeba bardziej wcielić, w rzeczywistości chce je pogrążyć. Niektórzy chcieliby uczynić z niego religię tak plastyczną, że można z nią zrobić, co się chce. To groźna pokusa. Bóg wchodzi w ludzkie realia jak zaczyn, który ma przemienić całe ciasto. Niebo zstąpiło na ziemię po to, by ziemię przemienić w niebo. Bóg-Sens schodzi w nasze doły, by nas z tych dołów podnosić ku sobie. Jeśli chrześcijaństwo jest Bożą terapią, to lekarz nie powinien kierować się zachciankami pacjentów, ale podawać takie leki, które leczą. Chory musi zaufać bardziej lekarzowi niż sobie, inaczej umrze.

Jan: „swoi Go nie przyjęli”, Łukasz: „nie było miejsca”. Te zdania mówią o tym samym. Pozostają ciągle gorzko aktualne. Człowiek umiera z braku poczucia sensu, a jednocześnie nie chce przyjąć Sensu, który do niego przychodzi. Ludzie wykańczają się celami, które sami sobie wymyślają (mierząc za wysoko lub za nisko). Tymczasem nie musimy sami tworzyć sensu, on przychodzi do nas. Bóg pokazuje nam jasno cel życia. Jest nim miłość: bycie z innymi i dla innych. Nasza pycha zamyka jednak często drzwi przed Bogiem. Nie chcemy zgodzić się z tym, że dla Boga jesteśmy „swoi” (wręcz „sami swoi”), czyli należymy do Niego. Chcemy należeć tylko do samych siebie (to jest właśnie piekło, dokładnie to!).

Bóg nie chce przekonać nas do siebie mocą, siłą argumentów. On chce zdobyć nasze serca swoją bezbronnością, nawet swoimi pieluchami. Bóg-Sens czeka, aż Go przewinę, odłożywszy na bok swoją pychę, tytuły, wydumaną wielkość. Boże Narodzenie przynosi wielką pochwałę prozy życia, zwyczajności, która staje się nadzwyczajna dzięki miłości. Powiadamy czasem: to zbyt piękne, aby było prawdziwe. Czy nie jest jednak dokładnie odwrotnie? To znaczy, że właśnie dlatego, że piękne jest prawdziwe. Już Platon powiadał, że piękno jest blaskiem prawdy. Piękno świąt Bożego Narodzenia jest argumentem za tym, że są one prawdziwe. Nie dajmy się zwieść tym, którzy w święta będą tradycyjnie tłumaczyć, że to mit, bajka, psychologia, socjologia, a może nawet będą drwić z naszej radości. Bądźmy i dla nich zwiastunami Sensu, który zamieszkał w ludzkiej historii Jezusa po to, by każdą ludzką historię uczynić sensowną. read more

Read more

SPOTKANIE ZE ZBAWIENIEM

W Jerychu rozpoczyna się przedostatni etap drogi Jezusa. Tutaj zaczyna się ona wznosić od doliny Jordanu, przez Pustynię Judzką, ku Jerozolimie. O całym wędrowaniu Jezusa Piotr powiedział, że: „przeszedł On dobrze czyniąc” (Dz 10, 38). Jest to znamienne przede wszystkim dla ostatnich odcinków Jezusowej drogi. Wszędzie Jezus pomaga i ratuje. Niewidomemu, który na skraju drogi woła z ufnością: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” – daje wzrok, zdolność wychwalania Boga i pójścia za Nim (18, 35-43). Zacheuszowi, który wspiął się na przydrożne drzewo, bo chciał Go zobaczyć, daje możliwość ugoszczenia siebie w jego domu i nawrócenia, czyli też zbawienia. Sytuacja tych dwóch ludzi jest bardzo różna, jak różne jest także ich spotkanie z Jezusem. Obydwaj otrzymują pomoc Bożą przez Jezusa, który nie mija ich lekceważąco, ale zatrzymuje się przy nich.

Zacheusz jest bogatym człowiekiem. Ale jako poborca podatkowy należy do kategorii ludzi, którzy wśród Żydów otaczani są pogardą. Celnik, który z racji swego zawodu stale kontaktował się z różnymi ludźmi, także z poganami – uważany był za nieczystego. Powszechnie przypisywano celnikom chciwość (por. 3, 12-13), nienawidzono ich i unikano. Żyd, przestrzegający Prawa, nie powinien mieć nic wspólnego z celnikiem. Zacheusz był więc człowiekiem z marginesu. Miał wprawdzie bogactwo i dobrą posadę, ale nie cieszył się szacunkiem u ludzi o decydującym wpływie na społeczeństwo. Być może to było przyczyną, że Zacheusza tak bardzo interesował Jezus. Zacheusz nie był, jak widać, jednym z tych bogaczy, którzy chcą tylko przyjemnie korzystać z dóbr, nie myśląc o niczym innym (por. 12, 16-21; 16, 19-31). Jego interesuje coś więcej.

Zacheusz bardzo pragnie zobaczyć Jezusa. Powodem może tu być w dużej mierze ciekawość. W każdym razie to pragnienie jest tak silne, że zadaje sobie trudu, byle tylko dojrzeć Jezusa. Liczne osoby wokół Jezusa zasłaniają widok Zacheuszowi, który jest człowiekiem niskiego wzrostu. Ale Zacheusz jest pomysłowy. Biegnie naprzód, wyprzedza pochód, a zyskawszy na czasie, wchodzi na drzewo: wreszcie znalazł miejsce, z którego będzie mógł zobaczyć Jezusa. Zapewne nie dodaje powagi bogatemu człowiekowi wspinanie się na drzewo. To zajęcie dla dzieci. Ale Zacheusz godzi się na takie ośmieszenie, bo tak bardzo pragnie zobaczyć Jezusa. Jak widzimy, wszystko działo się dotąd z inicjatywy Zacheusza.

Jezus daje się zobaczyć Zacheuszowi; co więcej, zawiera z nim znajomość i obdarza go zbawieniem. Podejmuje Jezus rękę, którą Zacheusz wyciągnął nieśmiało w Jego kierunku; przejmuje Jezus inicjatywę i stawia Zacheusza na nowej drodze. Każe mu zejść z kryjówki na drzewie i przygotować gościnę. Wcześniej Jezus bynajmniej nie lekceważył celników, jadał z nimi przy jednym stole (por. 5, 27-32; 15, 2). Tutaj jednakże postawa Jezusa osiąga punkt kulminacyjny: On sam podejmuje inicjatywę i spontanicznie sam chce zasiąść z celnikiem do uczty, wiedząc, że w ten sposób spełni wolę Bożą:

„Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Bóg nie zrezygnował również z celników, ani ich nie odepchnął. Przez wspólny stół z Jezusem są oni wezwani do wspólnoty z Bogiem. I właśnie na tym polega usprawiedliwienie i zbawienie: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama”. Jezus przyszedł jako Zbawiciel do wszystkich ludzi (2, 10). Wbrew wszelkiej krytyce i w sposób jasny dla wszystkich poświadcza, że celnicy nie zostali wykluczeni ze zbawienia. Jednocześnie daje poznać, że odrzuca uogólniony sąd o całej kategorii osób. Swoją postawą mówi, że Bóg żywo interesuje się wszystkimi ludźmi, stale na nich czeka i zbliża się do nich. Wszyscy powinni się nawrócić, zwrócić się ku Bogu, pozwolić, żeby On ich pociągnął, i przyjąć Go. Zbawienie oznacza to właśnie, że człowiek znów otwiera się na Boga i odnajduje wspólnotę z Nim.

Postawa Jezusa została przyjęta w różny sposób. Tłum jest oburzony (por. 5, 30; 7, 34; 15, 2); zdaje się mu, że wie, co wypada, a co nie wypada. Mieć coś do czynienia z celnikiem – to dla tłumu znaczy: splamić się. Sąd tłumu jest twardy. Dlatego też Jezus nie przyłącza się do niego i bierze na siebie oburzenie tłumu. Ludzie pochwalili uzdrowienie niewidomego (18, 43), ale nie akceptują miłosierdzia okazanego celnikowi. Jezus swoim postępowaniem odrzuca taką surowość i objawia, że postawa Boga jest zupełnie odmienna od postawy tłumu.

Zacheusz zareagował przeciwnie niż tłum. Fakt, że Jezus wprosił się do niego w gościnę, wzbudził w nim wielką radość. Jego pragnienie zobaczenia Jezusa zostało spełnione w nadmiarze i Zacheusz z radością ów nadmiar przyjmuje. Nie złości się, że Jezus pokazał jego kryjówkę i że kazał mu zejść z drzewa na oczach wszystkich. Nie zważa na szemranie tłumu, ale cieszy się spełnieniem swego pragnienia. Przyjmuje Jezusa w swoim domu i odbywa z Nim serdeczną rozmowę. O żadnym innym bogaczu św. Łukasz nie podaje niczego podobnego do decyzji Zacheusza. Nieco wcześniej Jezus, po odrzuceniu Jego wezwania przez bogatego młodzieńca, powiedział: „Jak trudno bogatym wejść do królestwa Bożego!” (18, 24). Lud zapytał wtedy: „Któż więc może być zbawiony?” (18, 26). Zacheusz otrzymuje teraz zbawienie przez pośrednictwo Jezusa (19, 9). I decyduje się na szlachetną dobroczynność i naprawienie krzywd. Nie ogranicza się tylko do zobaczenia Jezusa, ale postępuje według Jego woli. W ten sposób dzięki życzliwości Jezusa dom pogardzanego przez ludzi człowieka staje się domem zbawienia. Jezus spotkał człowieka, który był zepchnięty przez ludzi na margines, a sam uwikłał się w różnych wykroczeniach i błędnych postawach. Zostawia zaś człowieka, który poznał z radością, co znaczy otrzymać przebaczenie od Boga, i wrócił na właściwą drogę. W tym dniu Zacheusz doświadczył niezwykłej przemiany.

Końcowe słowa Jezusa mogą dodać odwagi i nadziei każdemu człowiekowi. Jezus nie przyszedł po to, aby potępiać i odrzucać. On chce szukać i zbawiać właśnie zagubionych, tych, którzy się pomylili i skończyli w ślepym zaułku; chce wyprowadzić ich z nędzy i zagrożenia. Zacheusz pragnął zobaczyć Jezusa. Dzięki temu został przez Jezusa znaleziony i zbawiony.

Pytania

  1. Jakie są etapy drogi Zacheusza, od ciekawości aż po zbawienie? Kim jest Jezus, jeśli się zważy, że Jego życzliwość dla osoby społecznie pogardzanej jest czymś więcej niż tylko zwyczajnym gestem ludzkiej przyjaźni i oznacza łaskę Bożą i zbawienie?
  2. Co przeszkadza nam spotkać Jezusa? Co czynimy lub czym pomagamy sobie, aby poznać Jezusa?
  3. O czym wydajemy pobieżne sądy? Z jakimi osobami nie chcemy przestawać?


  
                      

Klemens Stock SJ

Read more

Jesteśmy arcydziełem Boga

Zdać egzamin z wolności

Bóg stworzył człowieka na ziemi, która jest terenem zmagania dobra ze złem, świętości z grzechem, życia ze śmiercią. Stworzył go na obraz i podobieństwo swoje, czyli wyposażył w wolność i wskazał świat czystego dobra,świętości i życia jako jego wieczne mieszkanie. Na ziemi człowiek ma jednak zdać egzamin z wolności. Jego decyzje muszą uwzględniać owe wielkie wartości.Każda z trafnych decyzji doskonali jego wolność. Jeśli decyzja nie jest właściwa, ogranicza wolność i może prowadzić do jej utraty, czyli wielkiego zniewolenia.

 

W tak trudnej sytuacji Bóg wskazał człowiekowi drogę wiodącą do szczęścia: należy czynić dobro, a unikać zła. Gdy Adam sięgnął po zło, Bóg okazał mu miłosierdzie i wezwał do naprawienia popełnionego błędu oraz do powrotu na drogę czynienia dobra. Źle wykorzystana wolność może być jeszcze spożytkowana w dobrym celu. Żyjemy w czasie i dlatego mamy szansę na doskonalenie mądrości i wolności mimo popełnianych błędów.

 

W Starym Testamencie Bóg wskazał grzesznemu człowiekowi drogę nawrócenia przez Dekalog i przykazania miłości Boga i bliźniego, a w Nowym Testamencie wezwał do miłości nieprzyjaciół i miłości wzajemnej. Dał też przykład Syna Bożego, który, ukrywając swe bóstwo, przyjął ludzkie ciało i żył z nami na ziemi. Ukazał nam, jak trzeba się zachować w zmaganiu ze złem i jak zło może uderzyć w sprawiedliwego człowieka.

 

Sumienie – dar Boga

 

Wielką pomocą w wykonaniu zadań zleconych przez Boga było i jest od samego początku sumienie. To coś w rodzaju telefonu komórkowego, jaki posiada człowiek używający rozumu, potrzebnego do wzajemnego kontaktu Boga z człowiekiem w każdej

sytuacji, w jakiej się znajdziemy.

 

Bóg przez sumienie mówi człowiekowi, co jest Jego wolą,czyli co jest prawdziwie dobre. Szanuje jednak wolność człowieka, tak że ten,mimo głosu sumienia, może postąpić wedle własnego uznania. Sumienie nie determinuje człowieka. Wielu słyszy głos sumienia, postępuje jednak według swoich racji, nie pełniąc woli Ojca niebieskiego.

 

Kto liczy się z głosem sumienia, zostaje wypełniony Bożym pokojem. Pokój ten opromienia rozum (czyli umożliwia poznanie prawdy), wolę(czyli doskonali wolność) i serce (czyli pomaga w rozkwicie miłości). Ów dar odsłania prawdę i pozwala w niej żyć. On daje pewność w podejmowaniu słusznych decyzji, udziela też mocy potrzebnej do spełnienia woli Boga. Za takim pokojem tęskni serce każdego człowieka. Ten pokój doskonali jego charakter i decyduje o najważniejszych rysach jego osobowości. Tak ukształtowane sumienie mają ludzie wielkiego ducha, pełniący wolę Ojca niebieskiego.

Zdrowe sumienie posiada trzy przymioty: prawość, pewność i wrażliwość.

Owoc umiłowania prawdy

 

Prawość polega na precyzyjnym odczytaniu woli Bożej w chwili, w której człowiek słyszy glos sumienia. Tej prawdy nie można lekceważyć, bo gwarantuje ona podjęcie właściwych decyzji.

Pewność sumienia jest owocem umiłowania jedynej prawdy. Obok może być dziesięć tysięcy błędnych, kłamliwych informacji na dany temat, alejest tylko jedna prawda. Wygrywa ona z kłamstwem, gdyż kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Czasem ucieka przed prawdą na ziemi, ale wpadnie w jej światło natychmiast po wejściu w wieczność.

 

Wrażliwość pozwala rozpoznać najmniejsze nawet niebezpieczeństwo towarzyszące obłudzie i kłamstwu. Umożliwia też dostrzeżenie konsekwencji błędnej decyzji. Sumienie wrażliwe żyje zawsze w świecie pełnym światła i wychwytuje nawet najmniejszy cień obłudy.

Dziś wiele mówi się o rozumie człowieka i jego inteligencji.Przyznaje się im na tyle ważne miejsce, że na podstawie testu na inteligencję ocenia się i klasyfikuje ludzi. Dla chrześcijan jest to poważne ostrzeżenie, bo szatan jest superinteligentny i super głupi zarazem. O prawdziwych sukcesach życiowych decyduje mądrość, a nie inteligencja.

 

Mądrość bowiem znakomicie wykorzystuje inteligencję, a inteligencja nie potrzebuje na nic mądrości. Drugą istotną według współczesnych wartością jest wolność. Rozumie się ją jako prawo robienia tego, co się komu podoba, bez brania za to odpowiedzialności. Tak rozumiana wolność jest obecnie przeceniana i to ona stanowi usprawiedliwienie dla wszystkich zachowań prowadzących do zaspokajania potrzeb emocjonalnych i pożądliwości. Przy takim „ubóstwieniu” inteligencji, wolności, uczuć i pożądliwości prawie zupełnie pomija się milczeniem kwestię sumienia. Wielu się z nim nie liczy. Tymczasem o mądrości człowieka decyduje dobrze ukształtowane sumienie. Ten, komu zależy na mądrości, szanuje sumienie swoje i innych.

Zagrożenie sumienia

 

Żyjemy w czasach nieustannego bombardowania naszych sumień.Wykorzystywane są do tego wszystkie dostępne metody. Najskuteczniejszą z nich jest zalew informacji, wobec którego człowiek staje bezradny i zaczyna na własną rękę wybierać to, co wydaje mu się prawdziwe. Brakuje mu jednak czasu na jakąkolwiek głębszą refleksję. Nie jest nawet w stanie zadać pytania, dlaczego w danej chwili podają do wiadomości to, a nie co innego. Podobnie jest z wiadomościami przekazywanymi w naszych środowiskach. Najczęściej nie służą one rozpowszechnieniu prawdy, lecz wywołaniu sensacji, która odwraca uwagę od tego,co ważne. Tematy zastępcze dominują dziś w naszym świecie. Mały temat na kilka godzin urasta do wielkiego i deformuje prawdę.

Książę tego świata jest ojcem kłamstwa i nie wolno o tym zapomnieć. Sumienie dobrze ukształtowane odsłania te codziennie masowo podawane kłamstwa. Ten, kto nie ma czasu na wysłuchanie sumienia, ginie w świecie kłamstwa i postępuje jego ścieżkami. Początkowo czyni to często nieświadomie,by dopiero po jakimś czasie zorientować się, co czyni. Wyrwanie się z zakłamanych układów wymaga heroizmu, do którego dorasta niewielu.

Słuchając sumienia

 

Drugim zagrożeniem jest brak modlitwy. To na niej człowiek poświęca czas na nawiązanie kontaktu z Bogiem. To tak jakby włączył „aparat”swego sumienia i przez kilka minut porozmawiał ze Stwórcą na temat przeżytego dnia. Ten, kto to czyni, potrafi zawsze docenić i ocalić sumienie, bo wie, jak cenny jest ten kontakt. Wielu ludzi zrezygnowało z modlitwy i ich sumienia są prawie wyciszone.

Trzecim zagrożeniem jest utożsamienie sumienia z własnym przekonaniem. W moim przekonaniu to ja decyduję o tym, co jest dobre, a co złe,co jest dla mnie pożyteczne, a co mnie za dużo kosztuje.

W dochodzeniu do przekonania nie ma głosu Bożego. Tylko ludzie głębokiej wiary kształtują swe przekonanie, słuchając sumienia. Bowiem Bóg i Jego autorytet znaczy dla nich więcej niż własne wnioski. Przekonanie jest ważne, bo w lawinie wiadomości wytycza drogę życia. Ale jeśli nie liczy się w nim głos sumienia, czyli autorytet Boga, człowiek ze swoim przekonaniem jest tylko jednym z milionów zagubionych ludzi, którzy prędzej czy później odkrywają swe pomyłki. Uznają się wówczas za niewinnych i tłumaczą się przekonaniem, że czynili dobro. W rzeczywistości prawdziwego dobra nie znali.Przed Bogiem odpowiedzą za to, że nie uwzględnili Jego głosu, czyli nie liczyli się ze swoim sumieniem. To ono jest kamieniem węgielnym odpowiedzialności przed Bogiem. W nim mieszka tak zwana bojaźń Boża, która jest aktem autentycznej miłości Boga.

Błąd utożsamienia przekonania z sumieniem występuje bardzo często. Najłatwiej poznać go, zadając człowiekowi pytanie, czym jest według niego sumienie, a czym przekonanie. Najczęściej nie potrafi odpowiedzieć na pierwsze pytanie, czyli nie wie nic o sumieniu. Nie zna „aparatu telefonicznego” pozwalającego na kontakt z żywym Bogiem. Zastąpił go swoimi poglądami.

Wartość pokoju

 

Kto ma dobrze ukształtowane sumienie, jest wypełniony Bożym pokojem, który przelewa w ludzi w każdym z nimi spotkaniu. Reakcje są dwie.Ludzie dobrej woli otwierają swe serca na taki dar. Poszukują spotkania, bo w nim zostają ubogaceni. Ci, którym brak dobrej woli, bo są nastawieni napełnienie swojej, a nie Bożej, nie lubią takich spotkań. Wzywają ich bowiem doliczenia się z sumieniem, są zawsze pytaniem o nie. Oni zaś sumienie zagłuszyli, wielu wyłączyło je nawet i nie zamierza słuchać. Sumienie jest strażnikiem Bożego pokoju w naszych sercach i w naszych środowiskach. To skarb nad skarby, za który należy dziękować Bogu.

 

ks. Edward Staniek

 

                                                          / KATOLIK.PL /   

Read more

Jasnogórska zakrystia

               Z mojego okna

2010-10-05

Ks. Tomasz Horak, proboszcz parafii Nowy Świętów


Jeśli cała przestrzeń jasnogórskiej zakrystii wypełniona jest wiarą, to cała ta krzątanina jest modlitwą. Pewnie dlatego mój różaniec mimo tylu rozproszeń nie urwał się na którejś zdrowaśce

Dziś wszędzie tłoczno, przysiadłem więc w zakrystii, blisko drzwi do kaplicy. Czy można bliżej? Różaniec w garści,modlę się. Dookoła cały czas coś się dzieje. Moja obecność niczego nie zakłóca.W głębi zakrystii dyżurni bracia zapisują Msze święte. Widzę tam i moich parafian. Tu znowu diakon poświęca różańce, obrazki, medaliki. Ze swadą odmawia modlitwę i z dużą wprawą macha kropidłem, ma chłopak styl. W końcu on to robi ileś razy dziennie. Za mną cały kąt zastawiony plecakami. Dużo ich jest.

Ciekawe, skąd przywędrowały na czyichś plecach? Schodzą się księża. Widać, że dostojni. Twarze bardzo charakterystyczne, aż by sięgnąć po aparat i portretować po kolei. Byłby album.Nie wypada. Kątem oka zerkają na nieznajomego prałata z różańcem (niby na mnie). Rozmawiają półgłosem, ubierają ornaty. Chyba nie kojarzą mojej twarzy z„legitymacją” w GN. Pewnie to i dobrze. Nagle za moimi plecami jakiś głos huknął: „Czy tu nie za głośno?”. Właściwie to dopiero on narobił hałasu, ale stłumiony gwar na chwilę przycichł. Na chwilę. Życie ma swoje prawa, a jasnogórska zakrystia żyje. I to dość intensywnie. Gwar jest więc nieunikniony.

Przesuwam w palcach paciorki różańca, w myśli zaś tajemnice… Ale ta cała jasnogórska logistyka też jest jakąś tajemnicą. Bo to jest logistyka. Umundurowany strażnik wyjmuje ze schowka gruby sznur z zaczepami, tamten bierze krzesła, ten zaś jakąś tablicę,wychodzą, wracają, inny przygotowuje spore tace. Na co te tace? Za chwilę jakiś zakonnik przynosi woreczki z ziarnem – jasne! Dziś Matki Boskiej Siewnej.Porządnie – osobno sypie pszenicę, osobno żyto, owies, jęczmień. Tam znowu zbiera się orkiestra. Ale nie tylko logistyka jest tu tajemnicą. Tajemnicą jest tu wiara.

Przecież wszyscy ci ludzie są tu dlatego i dlatego robią to, co robią, że jest w nich wiara! Nie mówcie mi, że oni tu tylko pracują. Bez wiary z takiej pracy uciekłbyś po tygodniu albo dwóch. Jeśli zatem cała przestrzeń jasnogórskiej zakrystii wypełniona jest wiarą, to cała ta krzątanina jest modlitwą. Pewnie dlatego mój różaniec mimo tylu rozproszeń nie urwał się na którejś zdrowaśce, ale z całą świadomością kolejnych tajemnic dobiegł do ostatniego paciorka. Jeszcze jakiś zakonnik poprosił mnie o spowiedź. Słuchając go, zrozumiałem: to więcej niż wiara.

Oni kochają swoją Panią.

 

                                                                   http://goscniedzielny.wiara.pl/

Read more

POLECAM !!!

 
      PYTANIA SPOD KRZYŻA

               O. Wojciech Ziółek, prowincjał krakowskich jezuitów
                                                           /Gość Niedzielny /

Read more

Jak rozpoznać Chrystusa?

Można powiedzieć, że miłość w życiu człowieka zajmuje najważniejsze miejsce. Wydaje się, że nie ma na świecie człowieka, który by nie pragnął miłości. Dla zdobycia miłości jesteśmy gotowi dokonać niezwykłych czynów. Otóż człowiek poszukuje miłości dlatego, że miłość jest wpisana w jego istotę, gdyż został on stworzony na „obraz i podobieństwo” Boga, który jest Miłością. Dlatego też serce człowieka szukające miłości, nie zazna spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu.

     Przyjrzyjmy się zatem, jak wygląda nasza miłość do Chrystusa? Na podstawie obserwacji zachowania między ludźmi, możemy powiedzieć, że miłość do Chrystusa kształtuje się w podobny sposób, jak miłość mężczyzny i kobiety. Jeśli chłopak i dziewczyna kochają siebie nawzajem, to pragną jak najczęściej przebywać w swojej obecności. Nie potrzebują wówczas wielu słów, gdyż wystarcza im zwykłe bycie ze sobą. Nawet jeśli zakochani są od siebie oddaleni, to nadal pozostają blisko siebie, ponieważ jedno myśli o drugim, ukochana osoba pozostaje cały czas w pamięci. W analogiczny sposób przedstawia się nasza miłość do Chrystusa. Jeśli jest to prawdziwa miłość, to sprawia ona, iż chcemy być blisko Chrystusa, chcemy doświadczyć Jego obecności. Na modlitwie przejawia się to w ten sposób, że samo powtarzanie pewnych formuł już nam nie wystarcza i modlitwa zaczyna przeradzać się w owo miłosne trwanie przy Chrystusie. Dzięki miłości chrześcijanin może cały czas pozostawać w obecności Chrystusa, podobnie jak zakochani, którzy chociaż są od siebie oddaleni, jednak myślą o sobie, dzięki czemu ukochana osoba jest jakby cały czas przy naszym boku.

     Miłość przejawia się również w tym, iż zakochani pragną się ze sobą jak najczęściej spotykać. Spytajmy się jednak , gdzie my możemy spotkać się z Chrystusem? Otóż Chrystusa możemy spotkać w Piśmie Świętym. Czytając Pismo Św. prowadzimy niewymowny dialog z Oblubieńcem naszej duszy, gdyż Pismo Św. jest listem miłosnym napisanym przez Boga do człowieka. Poza tym, wiemy również, że nie można kogoś pokochać, jeśli się go najpierw nie poznało. Pismo Św. daje nam właśnie taką znajomość Chrystusa, dzięki czemu możemy pokochać Go z "całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił swoich".

     Trzeba jednak podkreślić, że nie jest to jedyny sposób poznania Chrystusa. Mianowicie, Jezus wiele razy utożsamiał się z ludźmi ubogimi i chorymi. Dlatego, jeśli chcemy pokochać Chrystusa, musimy najpierw pokochać naszych ubogich braci. Prawdziwą miłość możemy poznać po tym, iż pragnie ona dobra drugiego człowieka, nie oglądając się na własne korzyści. Nasza miłość będzie zatem doskonała, jeśli będziemy miłowali słabych i ubogich, którzy nie będą mogli się nam odwdzięczyć. Zapłatę otrzymamy dopiero przy zmartwychwstaniu umarłych.

     Oprócz wymienionych tu sposobów Chrystusa można spotkać również - i to w najpełniejszy sposób - w Eucharystii, kiedy przychodzi do nas pod postacią chleba i wina. Z samej istoty Eucharystii, która jest miłosnym spotkaniem Boga i człowieka, wynika, że powinna ona być przeżywana w sposób radosny, podobnie jak to czynili pierwsi chrześcijanie, którzy: "przyjmowali chleb z radością i prostotą serca". Sami wiemy przecież, że nikt nie jest smutny, ale raduje się, jeśli odwiedzi go ukochana osoba.

     Pragnienie miłości, aby kochać i być kochanym jest czymś naturalnym, ponieważ zostało złożone w sercu człowieka przez samego Boga. Pamiętajmy jednak, że prawdziwej miłości nie odnajdziemy w świecie doczesnym, lecz tylko w Bogu, który "jest Miłością". Aby doświadczyć tej Bożej miłości, potrzeba abyśmy rozważali słowo Boże, abyśmy trwali na modlitwie, oraz byśmy rozpoznali Chrystusa w drugim człowieku, a nade wszystko przy "łamaniu chleba", w Eucharystii. Czuwajmy zatem, abyśmy mogli rozpoznać Pana, kiedy do nas przychodzi, aby nasze oczy nie były w tym momencie "na uwięzi".

                                   / kl. Adam Lis. ADONAI.PL /

                        

Read more

ZAPACH DESZCZU

Zimny marcowy wiatr tańczył w za oknem szpitala w Dallas kiedy lekarz
wszedł do małego pokoju w którym leżała Diana Blessing która była
wciąż wykończona po operacji.

Jej mąż, David, trzymał jej rękę kiedy drżeli w oczekiwaniu na
wiadomości. Tamtego popołudnia 10 marca 1991 roku, komplikacje zmusiły
Dianę, która była dopiero w 24 tygodniu ciąży, do cesarskiego ciecia
które miało sprowadzić na świat córeczkę pary, Danę Lu Blessing.
Rodzice mieli świadomość, że mierząca 30 i pół centymetra i ważąca 708
gram córeczka urodziła się niebezpiecznie wcześnie, jednak słowa
lekarza nadal wydawały się być raniącymi ich bombami. „Nie wydaje mi
się żeby były szanse na jej przeżycie,” powiedział tak delikatnie jak
mógł.
„Jest tylko 10 procent szans, że przetrwa tą noc, a nawet wtedy, jeśli
jakimś cudem przetrwa, jej przyszłość może być bardzo okrutna”.
Sparaliżowani niedowierzaniem David i Diana słuchali lekarza który
opisywał problemy jakim Dana musiałaby stawić czoła gdyby przeżyła.
Nigdy nie byłaby w stanie chodzić, mówić, prawdopodobnie byłaby
niewidoma i podatna na inne urazy tj. porażenie mózgowe, całkowity
niedorozwój mózgowy i wiele innych.
Wszystko co mogła wyksztusić Diana to zaprzeczenie.

Ona i mąż David wraz z ich 5-letnim synem Dustinem długo marzyli, że
pewnego dnia Dana stanie się częścią ich rodziny.
Teraz, w ciągu kilku godzin ich marzenie oddalało się coraz bardziej.
Jednak z biegiem dni nowe troski spadały na barki Diany i Davida.
Okazało się, że system nerwowy Dany jest niedojrzały  i
najdelikatniejszy pocałunek lub pieszczota mogły tylko przyczynić się
do jej cierpienia, więc rodzice nie mogli nawet kołysać ich malutkiej
dziewczynki przy piersi i wspomagać jej siłą ich miłości.

Wszystko co mogli robić, kiedy Dana w plątaninie rurek i przewodów
walczyła o życie pod ultrafioletowym światłem, było modlić się aby Bóg
był blisko ich drogocennej maleńkiej córeczki.

Nie przydarzały się chwile kiedy Dana nagle rosła w siłę. Ale kiedy mijały tygodnie, przybywały kolejne gramy i znikome ilości sił.
W końcu kiedy Dana miała 2 miesiące jej rodzice mogli ją wziąć w
ramiona po raz pierwszy.
A dwa miesiące  później, chociaż lekarze nadal delikatnie acz
nieustępliwie ostrzegali że to tylko szansa na przetrwanie a nie na
normalne życie, Dana wyszła ze szpitala i rodzice, tak jak od początku
tego pragnęli, zabrali ją do domu.
Pięć lat później, Dana była drobną acz zaczepną małą dziewczynka z
lśniącymi szarymi oczami i nienasycona chęcią życia.

Nie okazywała żadnych oznak psychicznego czy fizycznego osłabienia.
Była po prostu wszystkim czym może być mała dziewczynka? i więcej
.Jednak to jeszcze nie jest koniec jej historii.
One gorącego popołudnia lata 1996 roku Dana siedziała na kolanach mamy
w parku niedaleko domu (Irving, Texas) gdzie jej brat Dustin trenował
ze swoja drużyną piłkarską.

Jak zawsze Dana szczebiotała do swojej mamy mars kilku innych
dorosłych kiedy nagle ucichła. Przytulając ramiona do siebie mała Dna
zapytała „Czujecie to?”
Diana wyczuwając w powietrzu nadchodzącą burze odpowiedziała „Tak
pachnie jak nadchodzący deszcz.”
Dana zamknęła oczy i spytała jeszcze raz, „Czujesz to?”

Jeszcze raz jej mama odpowiedziała, „Chyba zaraz będziemy mokre,
pachnie deszczem.”

Nadal zauroczona chwilą Dana potrząsnęła głową, pogłaskała ramiona
swoimi malutkimi rączkami i głośno oznajmiła, „Nie, pachnie jak ON.

Pachnie jak Bóg kiedy kiedy kładziesz głowę na jego piersi.”

Łzy zaszkliły się w oczach Diany kiedy Dana radośnie zeskoczyła z
ławki by bawić się z innymi dziećmi.

Słowa jej córki potwierdziły to co do czego Diana i jej najbliżsi nie
mieli wątpliwości, przynajmniej głęboko w sercach, od początku.
Podczas tych długich dni i nocy swoich pierwszych dwóch miesięcy, kiedy
jej nerwy były zbyt delikatne aby jej dotykać, Danę Bóg przytulał do
swojej piersi i to Jego zapach przesycony miłością Dana pamięta tak
dobrze.

„Jestem zdolny do wielu rzeczy bo ON daje mi siłę”

 Miłość Boga jest jak ocean, widzisz jego początek ale nie jesteś w stanie
dostrzec końca.

komentarz

Jak zgodnie twierdzą serwisy Snopes i TruthOrFiction.com, historia jest zasadniczo prawdziwa, w tym sensie, że istnieje rodzina Blessingów, Diana powiła córkę w 24 tygodniu ciąży, dzięki Bogu Danae Lu Blessing przeżyła (z takim nazwiskiem to nie dziwota), no i dzisiaj ma 16 lat.

Read more

NA WIEKI……..

-W starożytnym Rzymie w czasach Tyberiusza

 żył pewien zacny człowiek,

który miał dwóch synów.

Jeden zaciągnął się do wojska

i wysłany został do najdalszych prowincji Cesarstwa.

Drugi był poetą

i oczarowywał Rzym wierszami.

Pewnej nocy ojciec miał sen.

Zjawił mu się we śnie anioł i rzekł,

że słowa jednego z jego synów staną się sławne

i będą powtarzane na całej kuli ziemskiej

z pokolenia na pokolenie.

Starzec zbudził się płacząc ze szczęścia,

bo życie było dla niego łaskawe

i objawiono mu coś,

co napełniłoby dumą serce każdego ojca.

Krótko potem zginął,

niosąc ratunek jakiemuś dziecku,

które dostało się pod koła wozu.

A skoro przez całe życie był prawy i uczciwy,

poszedł prosto do nieba i spotkał anioła,

który niegdyś odwiedził go we śnie.

-Byłeś zawsze dobrym człowiekiem

-rzekł do niego anioł

-Żyłeś otoczony miłością i umarłeś godnie.

Mogę zatem dzisiaj spełnić każde twoje życzenie.

-Życie również łaskawie się ze mną obeszło

-odrzekł starzec.

-Gdy zjawiłeś się w moim śnie pojąłem,

że moja starania nie idą na marne.

Poematy mojego syna pozostaną w ludzkiej pamięci  na wieki.

Dla siebie o nic nie proszę,

niemniej każdy ojciec szczyciłby się sławą dziecka,

które pielęgnował w dzieciństwie i  wychowywał,

gdy był dorastającym młodzieńcem.

Pragnąłbym posłyszeć słowa mojego syna w przyszłości.

Anioł dotknął leciutko ramienia starca

i obaj przenieśli się w daleką przyszłość.

Ukazał się przed nimi ogromny plac,

gdzie tysiące ludzi porozumiewało się przedziwnym językiem.

Radość wypełniła oczy starca łzami.

-Wiedziałem zawsze

-rzekł do anioła

-że strofy mojego syna są piękne i nieśmiertelne.

czy mógłbyś mi powiedzieć,

który z poematów recytują ci ludzie?

Wówczas anioł zbliżył się do niego ostrożnie

i usiedli na jednej z ławek ustawionych na placu.

-Wiersze twojego syna poety były bardzo sławne w Rzymie

-powiedział anioł

-Wszyscy czytali je z rozkoszą.

jednak gdy dobiegły końca rządy Tyberiusza,

poszły w  niepamięć.
Słowa powtarzane przez tych oto ludzi wyszły  z  ust

twojego drugiego syna,

tego który był żołnierzem.

Starzec słuchał anioła nie dowierzając własnym uszom.

-syn twój służył w odległej prowincji,

gdzie został mianowany setnikiem.

Był to człowiek pełen dobroci i sprawiedliwości.
pewnej nocy jeden z jego sług ciężko zachorował

i bliski był śmierci.

Twój syn słyszał kiedyś wieści o Rabinie,

który uzdrawiał chorych.

Ruszył zatem bez zwłoki na jego poszukiwanie.

Po długich dniach wędrówki dowiedział się,

że człowiek, którego szuka, jest Synem Boga.

Spotkał po drodze ludzi przez niego uleczonych,

poznał jego nauki,

i mimo ze był rzymskim setnikiem,

przyjął jego wiarę.
Pewnego ranka stanął wreszcie przed obliczem owego Rabina.

Powiedział mu, ze jeden z jego sług zaniemógł

i Rabin był gotów pójść do jego domu.

Setnik ów był jednak człowiekiem wiary

i gdy powstali wszyscy wokół

a on spojrzał Rabinowi głęboko w oczy,

pojął, że naprawdę stoi przed obliczem Syna  Bożego.

-A oto słowa twego syna

-rzekł anioł do starca.

-Słowa, którymi przemówił do Rabina,

i których nie zapomniano nigdy:

Panie, nie jestem godzien

abyś przyszedł do mnie,

ale powiedz tylko słowo,

a będzie uzdrowiony sługa mój.

                                                                    / Paulo Coelho  ” Alchemik ” /

Read more

Dla Boga jesteś „oczkiem w głowie”

Wyobraź sobie, że ktoś kocha Cię nad własne życie. Pokazuje Ci jak rozwiązać problemy. Wyciąga Cię z kłopotów. Szuka Cię kiedy się zgubisz. Chce spędzać z Tobą każdą sekundę życia. W kulminacyjnym momencie jest gotowy pójść na śmierć zamiast Ciebie. Taki właśnie jest Bóg!

Nasze wyobrażenia Boga często są kompletnie niezgodne z tym jaki faktycznie On jest. Niektórzy z nas nieraz odbierają Go jako kogoś, kto się nami kompletnie nie interesuje, kto jest odległy od nas jak najdalsza gwiazda wszechświata. Inni widzą Go jako kogoś, kto ciągle tylko krytykuje i więcej od nas wymaga i pomimo tego, że staramy się dobrze żyć to On stoi nad nami i tylko pokazuje z wyrzutem co jeszcze musimy poprawić. Jeszcze inni widzą Go jako starego dziadka z długą białą brodą na tronie, który w naszym współczesnym super hiper nowoczesnym świecie się po prostu gubi, jest już nieaktualny i nie ma nic do gadania. Siedzi w nas wiele różnych obrazów Boga, które najczęściej jednak nie mają nic z Bogiem wspólnego.

Dlaczego widzimy Boga w taki nieprawdziwy sposób? Wydaje mi się, że z dwóch głównych powodów. Po pierwsze obraz Boga bardzo często jest taki jak obraz naszego ziemskiego ojca. Po drugie nie doświadczamy na co dzień tej miłosiernej, dobrej miłości naszego Taty w Niebie. Te dwa powody sprawiają nieraz, że nas problem z Panem Bogiem trwa długie lata, a nawet całe życie. W jaki sposób można się przekonać o tym jaki jest nasz Bóg? Na to pytanie chciałbym odpowiedzieć trochę później (obiecuję, że nie przegapię tej kwestii :-)). Wcześniej jednak chciałbym rozwinąć trochę problem tych dwóch powodów fałszywego obrazu Boga.

Jaki nasz ziemski ojciec, taki też musi być Pan Bóg.

Dlaczego tak jest? Nasz ziemski tata od najmłodszych lat jest naszym wzorem naśladowania. Dla chłopców jest obrazem siły (tata każdego małego chłopca jest najsilniejszy na świecie), mądrości (tata wie najlepiej), bezpieczeństwa (z tatą nigdy nic mi się nie stanie). Pojawia się problem, kiedy nasz ziemski tata nie jest jednak takim wspaniałym bohaterem jakim chcielibyśmy go mieć. Najsilniejszy tata na świecie przychodzi pijany do domu i zatacza się ledwie trzymając się na nogach. Najmądrzejszy tata na świecie nie ma czasu żeby pomóc dziecku odrobić zadanie domowe. Najlepszy tata nie tylko nie daje poczucia bezpieczeństwa, ale wręcz sam jest zagrożeniem. Niestety nierzadko taki właśnie wzór ojca wynosimy z domu i pomimo całej naszej miłości do ojca, nasz obraz Ojca Niebieskiego – Boga, jest tak zwichrowany, że żadnym tłumaczeniem nie da się go wyprostować. Dlatego właśnie teraz czas na drugi powód.

Nigdy nie doświadczyłem Boga, skąd więc mam wiedzieć jaki jest?

Niedoświadczenie Boga to niestety bolączka nie tylko poszczególnych osób, ale jak mi się zdaje, całych mas współczesnych chrześcijan. Skąd on się bierze? Główny powód to ten, że nie staramy się o jakiś kontakt z Bogiem. Wielu współczesnym ludziom – chrześcijanom – wydaje się, że ten kontakt jest niemożliwy i dlatego zanim jeszcze spróbują, już odrzucają pomysł kontaktu z Ojcem. Dlaczego jest niemożliwy? No bo przecież Bóg jest daleki, nie interesuje się mną, ja Go nic nie obchodzę, a często tymi hasłami przykrywane są prawdy, że po prostu nie chcemy żeby Bóg się mieszał w nasze sprawy, nie chcemy spotkania z Nim bo wydaje nam się, że musielibyśmy z czegoś zrezygnować, coś zostawić za sobą, nie prosimy o Jego pomoc bo sami sobie poradzimy… Napiszę to jeszcze raz: niedoświadczenie Boga nie bierze się stąd, że On się z nami nie spotyka, ale że to my nie spotykamy się z Nim!

Prawda jest taka, że Bóg kocha wszystkich ludzi, ale też że kocha każdego człowieka z osobna. Dla Niego każdy człowiek – ja, Ty, może Twój ojciec, który właśnie leży pijany w domu w pokoju obok… Boga obchodzi każdy człowiek. Bogu zależy na każdym człowieku. Bogu zależy na Tobie. Zapytasz mnie no dobrze, skoro Mu tak bardzo zależy na każdym człowieku to dlaczego są bezdomni na dworcach, dlaczego są umierające z głodu dzieci, dlaczego są wojny, w których giną niewinne osoby?  Odpowiem tak: wejdź pod prysznic, a potem nie wycierając się, wyjdź na dwór w lekkim ubraniu i pochodź tam kilka minut na mrozie. Kiedy zachorujesz czy zapytasz Boga z wyrzutem, dlaczego dopuścił do tego, że jesteś chory? Mam nadzieję, że zauważyłeś teraz absurd pytań o to, dlaczego Bóg dopuszcza do wojen, rozpadów małżeństw, itp. Bóg nie jest czarodziejską różdżką, która w jakiś magiczny sposób będzie naprawiać nasze błędy, albo nie dopuszczać do skutków naszych działań… Ale wróćmy do tematu. Napisałem, że Bóg kocha Ciebie, właśnie Ciebie, takim jakim jesteś właśnie tam i teraz gdzie czytasz te słowa. Bóg kocha Ciebie z wszystkimi Twoimi dobrymi i złymi rzeczami. Nawet jeśli sądzisz, że w Tobie są tylko złe sprawy i nie zasługujesz na miłość Boga, to Bóg Cię kocha! Bo Bóg nie kocha Cię za coś, Bóg kocha Cię PO PROSTU!

Doświadczenie Boga.

Obiecałem na początku tekstu, że napiszę w jaki sposób można doświadczyć Boga. Niestety jeśli spodziewasz się jakichś czarodziejskich niespodzianek, to muszę Cie rozczarować. Bóg może w swojej mocy dać Ci się doświadczyć tak jak św. Pawłowi, że objawi się Tobie potężne oślepiające światło i będziesz słyszał w uszach potężny, wspaniały, ale i kochający głos „Ja jestem Jezus…”. Podejrzewam jednak, że takie doświadczenia to zdecydowana mniejszość. Dlaczego? Nie wiem… Jeśli chcesz doświadczyć Boga, to musisz Go szukać. Czytaj Pismo Święte, nie musisz czytać od razu po 15 rozdziałów, zacznij powoli – kilka minut dziennie. Proponuję Ci zacząć od Ewangelii św. Marka – jest pisana najprostszym językiem. Czytaj po jednej perykopie (krótkie fragmenty oznaczone tytułami pisanymi pogrubioną czcionką) i zastanów się chwilę czy dana sytuacja odnosi się jakoś do Twojego życia. Czytaj codziennie – jeśli masz czas spędzać wiele godzin przy komputerze albo przed telewizorem, to znaczy, że masz czas, żeby poświęcić codziennie 10 minut na to żeby posłuchać Słowa Boga. Inną sprawą jest modlitwa. Módl się codziennie. Niekoniecznie chodzi mi o wypowiadanie znanych Ci od najmłodszych lat formułek, chodzi mi o normalne słowa – rozmawiaj z Bogiem. Proszę Cię tylko o jedno, żebyś był szczery. Bóg zna doskonale Twoje serce, nic przed Nim nie ukryjesz, jeśli więc miałem fatalny dzień i jesteś bardzo poddenerwowany, to nie mów na modlitwie Panu Bogu „spotkało mnie dzisiaj tak wiele dobry i przyjemnych rzeczy, dziękuję Ci Panie Boże za tak wspaniały, cudowny dzień”. Jeśli jesteś wkurzony, to powiedz to Bogu na modlitwie, jeśli chcesz się z Nim trochę pokłócić, to zrób to, Bóg nie obrazi się o twarde słowa, ucieszy się z Twojej szczerości (tylko pamiętaj o należnym Mu szacunku, nie chodzi o to, żeby z Bogiem obchodzić się jak z pierwszym lepszym kumplem). Gwarantuję Ci, że jeśli będziesz czytał Pismo Święte i będziesz rozmawiał z Bogiem, prosił Go o to, żeby pokazał Ci, że Cię kocha, żeby dał Ci się doświadczyć, to w Twoim życiu zacznie się coś zmieniać. Wierzę, że po jakimś czasie będziesz miał więcej siły do walki np. z nałogami, grzechami. Bóg będzie z Tobą i zacznie się najtrudniejsza, ale i najpiękniejsza droga.

                                                     Michał Misztal  /Jezus.com.pl /

Read more

IRLANDZKIE ŻYCZENIA

Nazywał się Fleming i był biednym szkockim farmerem.

Pewnego dnia, gdy ciężko pracował w polu usłyszał wołanie o pomoc

dobiegające z pobliskich bagien.

Pobiegł tam i znalazł przestraszonego chłopca,

którego uratował od śmierci.

Następnego dnia przed dom farmera zajechał powóz,

z którego wysiadł elegancki gentleman,

który przedstawił się jako ojciec uratowanego chłopca.

Powiedział do farmera, ze chce mu zapłacić za uratowanie syna.

Farmer odrzekł, ze zapłaty nie przyjmie

gdyż uratował chłopca nie dla pieniędzy.

W tym momencie do domu wszedł syn farmera Alexander.

Czy to twój syn?- zapytał gentelman.

Tak to mój syn.- odrzekł dumnie farmer.

Mam ofertę dla ciebie.

Opłacę naukę dla twojego syna tak,

aby zdobył to samo wykształcenie jak mój syn.

I jeśli chłopak jest taki jak jego ojciec nie zmarnuje okazji

i obaj będziemy z niego dumni?

I tak się stało.

Syn farmera ukończył najlepsze szkoły

i stał się znany na całym świecie, jako

Sir Alexander Fleming, odkrywca penicyliny.

Wiele lat później ten sam chłopiec,

który został uratowany z bagien

zachorował na zapalenie płuc.

Co uratowało jego życie?

Penicylina.

Nazwisko chłopca: sir Winston Churchill.

Ktoś kiedyś powiedział:wszystko powraca…

Pracuj tak jakbyś nie potrzebował pieniędzy.

Kochaj tak jakby nikt nigdy ciebie nie zranił.

Tańcz jakby nikt na ciebie nie patrzył.

Śpiewaj jakby nikt cię nie słuchał.

Żyj jakby był raj na ziemi.

Irlandzkie życzenie dla przyjaciela mówi:

Niech zawsze będzie praca dla twoich rak,

Niech w twoim portfelu zawsze będzie moneta albo dwie,

Niech zawsze świeci słonce w twoim oknie,

Niech przyjaciel zawsze będzie przy tobie,

Niech po każdym deszczu pojawia się tęcza,

Niech Bóg napełni twe serce radością…

Read more

ZA CIĘŻKI……..?

     Był człowiek,który narzekał na swoje życie. Skarżył się, że jest mu ciężko, bo mieszkanie niewygodne, za ciemne, za ciasne, że dochody za małe, że jego rówieśnicy,którzy podobne szkoły ukończyli, zarabiają daleko więcej niż on. Mówił, że innym jest łatwiej żyć, że lepiej dają sobie radę ze złymi ludźmi, z trudnymi okolicznościami, że im wszystko układa się korzystnie, a jemu jest źle i to z roku na rok coraz gorzej. Twierdził, że gdyby się urodził kilkadziesiąt lat wcześniej albo kilkadziesiąt lat później, to wtedy na pewno byłoby wszystko inaczej. Chodził wciąż smutny, skwaszony, zniechęcony.

     Razu pewnego, gdy spał, śniło mu się, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył postać stojącą koło jego łóżka. Chociaż nigdy Anioła nie spotkał, wiedział, że to jest Anioł.Nie czul w sobie żadnego lęku. Anioł stał nad nim, jakby czekając na jego przebudzenie. A gdy spostrzegł, że on już nie śpi, łagodnym zapraszającym ruchem dał mu znak, aby wstał:

 – Wstań proszę -powiedział.

    Człowiek ów, wcale tym nie zdziwiony, podniósł się z łóżka. Stanął obok tajemniczego gościa.Popatrzył pytająco na niego. A wtedy Anioł z uśmiechem powiedział:

  – Pójdź, proszę, ze mną.

 Człowiek spytał go nieśmiało:

 – Dokąd chcesz,żebyśmy poszli?

 – Zaraz zobaczysz -odpowiedział Anioł.

Podążył więc za nim. Anioł wiódł go przez jego mieszkanie,wyprowadził go na klatkę schodową i zaczął wstępować po schodach na górę.Człowiek wciąż nie wiedział, dokąd idą i co to ma wszystko znaczyć, ale nie śmiał pytać. Był tylko pewny, że to chodzi o jakąś bardzo ważną sprawę, która go bezpośrednio dotyczy. Postępował w milczeniu za Aniołem coraz bardziej ciekawy, dokąd wiedzie go ten wysłannik Boga. Szli długo po schodach, aż stanęli przed drzwiami. W pierwszej chwili nie mógł zorientować się, dokąd drzwi prowadzą, ale za moment poznał, że; to drzwi wiodące na jego strych.Anioł otworzył drzwi i weszli do wnętrza. Wtedy człowiek zobaczył, że to wcale nie jest strych jego domu. To była wielka sala, pod której ścianami stały nagromadzone krzyże – tysiące, dziesiątki tysięcy, nieprzeliczona ilość; krzyże były różne, dziwne: ogromne, małe i całkiem maleńkie, proste i ozdobne, ze złota i z drewna, malowane, heblowane, wysadzane drogimi kamieniami i całkiem zwyczajne, cięte z brzozy. Przyglądał się uważnie tym krzyżom. Każdy z nich był inny. Czasem zdawało mu się, że znalazł dwa identyczne, ale później zauważał,że tak nie jest, że różnią się pomiędzy sobą przynajmniej jakimś szczegółem.

 Po chwili człowiek przełamując nieśmiałość spytał Anioła:

 – Skąd tu tyle krzyży? Po co tu stoją? Do kogo należą? Usłyszał jego głos:

   – To są ludzkie krzyże.

-Ludzkie krzyże? – powtórzył człowiek, niewiele z tego rozumiejąc.

  – Każdy musi jakiś nieść – mówił dalej Anioł.

– Ach tak. Teraz rozumiem, dlaczego tyle tych krzyży i dlaczego każdy z nich jest inny. Ale po co przyszliśmy tutaj?

 Anioł  odpowiedział:

 – Pan Bóg polecił mi,abym ciebie tu przyprowadził.

– Pan Bóg? – zdziwił się ów człowiek. – Dlaczego?

– Narzekasz na swój krzyż. Mówisz, że ci bardzo ciężko z nim iść. Bóg zezwolił, abyś tu przyszedł i wybrał sobie inny krzyż, jaki tylko zechcesz, i żebyś z tym nowym krzyżem szedł dalej przez życie nie narzekając.

 Człowiek słuchał tego, co Anioł mówił, prawie nie wierząc swoim uszom. W końcu powiedział:

 – Czyż to jest możliwe, żeby Wielki Bóg chciał się zajmować takim człowiekiem jak ja?

– Pan Bóg naprawdę przysłał mnie do ciebie – potwierdził Anioł.

– Będę mógł wybrać krzyż taki, jaki tylko zechcę? – spytał wciąż jeszcze nieufny.

     – Tak. Naprawdę -powtórzył Anioł jego słowa. – Możesz wybrać l taki krzyż, jaki tylko zechcesz.

     – I będę mógł z nim iść przez całe życie? – pytał człowiek, chcąc się upewnić.

     – Tak. Będziesz mógł iść z nim, jeżeli tylko zechcesz, przez całe Twoje życie – Odpowiedział mu Anioł.

     Człowiek wiedział już, który krzyż wybierze. Piękny, złoty krzyż przyciągał jego wzrok od pierwszej chwili. Pomyślał: „Wreszcie będę miał wspaniałe życie”.Spytał nieśmiało Anioła wskazując na ten krzyż:

    – Czy mogę go wziąć? Anioł skinął głową:

     – Tak.

     Uradowany człowiek podbiegł do upatrzonego krzyża, objął go mocno, aby go włożyć na swoje ramiona, ale nadaremnie. Nie potrafił go nawet, ruszyć. Krzyż był bardzo ciężki. Mimo to człowiek nie chciał z niego zrezygnować. Wytężył wszystkie siły. Nic nie pomogło. Krzyż nawet nie drgnął. Zaskoczony tym i rozczarowany powiedział do Anioła:

     – Za ciężki.

     – Spróbuj znaleźć inny, który będzie lepszy dla ciebie – powiedział spokojnie Anioł. Człowiek rozejrzał się po sali i skierował w stronę innego krzyża, również złotego, choć nie tak dużego, który też wcześniej już spostrzegł. Krzyż ten był wysadzany wspaniałymi kamieniami, ozdobiony wyszukanym ornamentem. Podszedł do niego, z trudem położył go sobie na ramiona. Zrobił z nim parę kroków i przekonał się,że niestety ten też jest za ciężki, a poza tym dokuczliwie gniotą go w ramiona te wspaniałe ozdoby i drogie kamienie, które go tak zachwycały. Odezwał się trochę do siebie, trochę do Anioła:

     – Jest niemożliwe, żebym mógł z nim iść dłuższy czas.

     – Znajdziesz na pewno krzyż bardziej dla ciebie odpowiedni. Tylko nie zniechęcaj się -pocieszył go Anioł.

     Człowiek rozglądnął się w poszukiwaniu i po chwili podszedł do krzyża też złotego, który był o wiele mniejszy. Faktycznie, był on również o wiele lżejszy, ale za krótki. Gdy ułożył go sobie na ramionach i zaczął z nim iść, krzyż ten tłukł go po nogach i plątał mu krok. Odłożył go na miejsce. Wziął inny krzyż, ale ten mu też nie odpowiadał. Potem spróbował nieść inny i znowu inny. Coraz bardziej nerwowo, już nie chodził, ale biegał po tej ogromnej sali szukając krzyża dla siebie. Czas płynął, a on wybierał i wybierał bez końca. Wciąż nie mógł znaleźć krzyża, z którego byłby zadowolony. Bo były za długie albo za krótkie, za ciężkie, albo zbyt uciskały go ozdoby, albo po prostu nie podobały mu się w kształcie lub kolorze. Już zdawało mu się, że nie zdecyduje się na żaden, że nie znajdzie dla siebie  odpowiedniego. Przyszło mu nawet do głowy, że może przez zapomnienie czy przeoczenie nie zrobiono stosownego krzyża dla niego. I gdy był na skraju rozpaczy, że będzie musiał wziąć krzyż jaki bądź, pierwszy lepszy, wtedy wreszcie znalazł taki, który był odpowiedni dla niego. Wszystko mu się w nim podobało: i ciężar, i długość, kolor, ozdoby. Wszystko było takie, jak chciał.Był świetny, najlepszy. Uszczęśliwiony podszedł z tym krzyżem do Anioła i powiedział:

     – Znalazłem.

  – Cieszę się, że znalazłeś – odrzekł Anioł.

     Człowiek ów,jakby z obawy, by mu tego krzyża nie odebrano, powtórzył:

     – Tak, ten mi odpowiada. Proszę de, pozwól mi z tym krzyżem iść przez całe życie. Anioł uśmiechnął się tajemniczo:

     – Dobrze -a potem  dodał – A czy ty wiesz, że to jest twój krzyż?

Człowiek patrzył z niepokojem na Anioła nie rozumiejąc, o co chodzi. Wreszcie zapytał:

     – Nie wiem, o czym mówisz?

Wtedy Anioł powiedział mu wyraźnie:

     – Ten krzyż,który znalazłeś, to jest twój krzyż. To jest ten sam, który od początku życia niesiesz na swoich ramionach.

                                                              / ks. M. Maliński /

Read more

Anioł Śmierci

     Pewnego dnia Anioł Śmierci zapukał do drzwi domu pewnego człowieka.

     -Wejdź i rozgość się – powiedział mężczyzna. – Czekałem na ciebie.

     -Nie przybyłem tu na pogawędki – powiedział Anioł – ale żeby zabrać twoje życie.

     -A cóż innego mógłbyś mi zabrać?

     -Nie wiem. Ale wszyscy, kiedy przychodzę, chcieliby, żebym wziął cokolwiek, byle  nie ich życie. Gdybyś wiedział, jakie mi czyniono propozycje!

     -Ale ja niczego dać ci nie mogę. Radości, jakie mi ofiarowano, przeżyłem.Zmartwienia rzuciłem na wiatr. Problemy, wątpliwości, niepokoje spaliłem za  sobą, by móc się ogrzać przy ogniu nadziei. Dóbr doczesnych wyrzekłem się.Uśmiech podarowałem tym, co mnie o niego prosili; serce – tym, których kochałem i którzy mnie kochali. Swoją duszę powierzyłem Bogu.

     Zabierz więc moje życie, bo nie mam nic innego do ofiarowania.

     Wtedy Anioł Śmierci uniósł tego człowieka w ramionach i stwierdził, że jest lekki jak piórko, a Pan otworzył na oścież bramy Raju, bo przez nie miał wejść święty…

Pier D’Aubrigy

Żeby  każdy  z nas  mógł  tak powiedzieć  gdy  przyjdzie czas…

Read more

Jak ojciec Pio nauczył się modlić?

W dzisiejszym ” Gościu Niedzielnym jest duży artykuł  o Św. Ojcu Pio. Mnie zainteresowała krótka notka :

” Jak ojciec Pio nauczył się modlić?
Ojciec Pio często opowiadał historię, gdy jako mały chłopak poszedł z ojcem do pewnego włoskiego sanktuarium. Ogromny tłum rozmodlonych Włochów zamarł, gdy do kościoła weszła biedna kobieta ze sparaliżowanym synkiem na ręku. Podeszła do obrazu czczonego w kościele świętego i zaczęła krzyczeć na całe gardło: – I co? Ładnie to tak? Jestem wdową, nie mam żadnych środków do życia, a teraz jeszcze ta choroba syna. Ty to masz dobrze – pogroziła świętemu – siedzisz sobie beztrosko w niebie, a ja tu ginę. Mam dość!!! Albo uzdrowisz mi dziecko, albo weź je sobie! – ryknęła na cały kościół. Ludzie z dezaprobatą pokręcili głowami: Przesadziła. Tymczasem położony na ołtarzu sparaliżowany chłopak poruszył się, a po chwili zeskoczył na ziemię zdrowy. „To wtedy nauczyłem się modlić” – uśmiechał się ojciec Pio.”

Read more

MAMA

Czy zapytaliście się kiedyś siebie, w jaki sposób Pan Bóg wybiera matki upośledzonych dzieci?

Postaraj się wyobrazić sobie Boga, który daje wskazówki swym aniołom zapisującym wszystko w swej olbrzymiej księdze.
< Małecka, Maria, syn. Święty patron, Mateusz >
< Kurkowiak, Barbara, córka. Święta Patronka, Cecylia >
< Michalewska, Janina, bliźniaki, Święty patron… niech będzie Gerard i Terencjusz >

Wreszcie mówi z uśmiechem do anioła jakieś imię:
< Tej damy dziecko upośledzone >.
A na to ciekawski anioł:
< Dlaczego właśnie tej, Panie? Jest taka szczęśliwa >.
< Właśnie tylko dlatego – mówi uśmiechnięty Bóg. – Czy mógłbym powierzyć upośledzone dziecko kobiecie, która nie wie, czym jest radość? Byłoby to okrutne >.
< Ale czy będzie miała cierpliwość? >, pyta anioł.
< Nie chcę, żeby miała nazbyt dużo cierpliwości, bo utonęłaby w morzu łez, roztkliwiając się nad sobą i nad swoim bólem. A tak, jak jej tylko przejdzie szok i bunt, będzie potrafiła sobie ze wszystkim poradzić >.
< Panie, wydaje mi się, że ta kobieta nie wierzy nawet w Ciebie >.
Bóg uśmiechnął się:
< To nieważne. Mogę temu przeciwdziałać. Ta kobieta jest doskonała. Posiada w sobie właściwą ilość egoizmu >.
Anioł nie mógł uwierzyć swoim uszom.
< Egoizmu? Czyżby egoizm był cnotą? >.
Bóg przytaknął.
< Jeśli nie będzie potrafiła od czasu do czasu rozłączyć się ze swoim synem, nie da sobie nigdy rady. Tak, taka właśnie ma być kobieta, którą obdaruję dzieckiem dalekim od doskonałości. Kobieta, która teraz nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że kiedyś będą jej tego zazdrościć.
Nigdy nie będzie pewna żadnego słowa. Nigdy nie będzie ufała żadnemu swemu krokowi. Ale, kiedy jej dziecko powie po raz pierwszy „mamo”, uświadomi sobie cud, którego doświadczyła. Widząc drzewo, zachód słońca lub niewidome dziecko, będzie potrafiła bardziej niż ktokolwiek inny dostrzec moją moc.
Pozwolę jej, aby widziała rzeczy tak jasno, jak ja sam widzę (ciemnotę, okrucieństwo, uprzedzenia), i pomogę jej, aby potrafiła wzbić się ponad nie. Nigdy nie będzie samotna. Będę przy niej w każdej minucie i w każdym dniu jej życia, bo to ona w tak troskliwy sposób wykonuje swoją pracę, jakby była wciąż przy mnie.
< A święty patron? >, zapytał anioł, trzymając zawieszone w powietrzu gotowe do pisania pióro.
Bóg uśmiechnął się.
< Wystarczy jej …… lustro>.

———————————————————

I tak Pan Bóg wybrał mi MAMĘ   hihi 

Read more

JAKI JEST CZŁOWIEK….?

Niedawno w mojej parafii skończyły się rekolekcje.Rekolekcjonista opowiedział taką legendę:

„„Ostatnia Wieczerza” Leonardo da Vinci jest jednym z najsłynniejszyh obrazów świata. Malowidło znajduje się na ścianie  refektarza klasztoru przy kościele Santa Maria della Grazie w Mediolanie. Tworząc  to dzieło, Leonardo da Vinci natknął się na pewną trudność. Musiał namalować Dobro pod postacią Jezusa oraz Zło pod postacią Judasza – przyjaciela, który zdradza go podczas ostatniej wieczerzy. Malarz zmuszony był przerwać pracę, gdyż  poszukiwał modeli doskonałych. Pewnego dnia w czasie występu chóru chłopięcego,dostrzegł w jednym ze śpiewaków idealne uosobienie Chrystusa. Zaprosił go do  swojej pracowni i wykonał kilka szkiców.
Minęły trzy lata. Ostatnia wieczerza była prawie gotowa, jednak Leonardo wciąż nie znalazł idealnego modelu Judasza. Zakonnicy zaczęli naciskać, żądając, by  mistrz jak najszybciej ukończył obraz.
Pewnego dnia, po wielu tygodniach poszukiwań, malarz znalazł w rynsztoku  przedwcześnie podstarzałego młodzieńca, obdartego i pijanego w sztok. Z trudem  udało mu się nakłonić swoich uczniów, by zabrali go prosto do kościoła,ponieważ nie miał już czasu na szkicowanie. Zaniesiono zdezorientowanego  nędzarza do świątyni. Uczniowie podtrzymywali go, podczas gdy Leonardo nanosił  na fresk rysy wyrażające okrucieństwo, grzech, samolubność, tak wyraziście malujące się na tej twarzy.
W tym czasie żebrak nieco otrzeźwiał. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą malowidło.
– Ja już tu byłem! Widziałem już ten obraz! – wykrzyknął z przerażeniem.
-Kiedy? – spytał zaskoczony mistrz.
-Przed trzema laty, zanim wszystko straciłem. Śpiewałem wtedy w chórze, moje  życie było pełne marzeń i pewien artysta poprosił mnie, abym mu pozował do  postaci Jezusa.
Młodzieniec zapłakał………”

 

 

Read more

BAJKA O ZASMUCONYM SMUTKU

Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka, Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem.
Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała:
– Kim jesteś?
Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały:
– Ja? … Nazywają mnie smutkiem.
– Ach! Smutek! – zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego. – Znasz mnie?- zapytał smutek niedowierzająco.
– Oczywiście, przecież nie jeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce.
– Tak sądzisz … – zdziwił się smutek, – to dlaczego nie uciekasz przede mną. Nie boisz się?
– A dlaczego miałabym przed Tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed Tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny?
– Ja … jestem smutny. – odpowiedział smutek łamiącym się głosem.
Staruszka usiadła obok niego.
– Smutny jesteś … – powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową. – A co Cię tak bardzo zasmuciło?
Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym marzył.
– Ach, … wiesz … – zaczął powoli i z namysłem – najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy.
I znowu westchnął.
– Wiesz …, ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć mojej obecności.
– Masz rację, – potwierdziła staruszka – ja też często widuję takich ludzi.
Smutek jeszcze bardziej się skurczył.
– Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia.
Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem.
Staruszka serdecznie go objęła i przytuliła do siebie.
– Płacz, płacz smutku. – wyszeptała czule. – Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę Ci zawsze towarzyszyć, a w moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy Cię nie pokona.
Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę:
– Ale … ale kim Ty właściwie jesteś?
– Ja? – zapytała figlarnie staruszka uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak małe dziecko.
– A JA JESTEM  NADZIEJA hahaha 

Read more

” ŚLADY………..”

Pewnej nocy człowiek miał sen. Śniło mu się, że szedł wzdłuż plaży z Panem. Po niebie przesuwały się sceny z jego życia. Człowiek zauważył, że przy każdej scenie na piasku pojawiają się dwa ślady stóp, jeden należący do niego a drugi do Pana.
      Kiedy ostatnia scena z jego życia przesunęła się przed nim, popatrzył do tyłu na ślady stóp na piasku. Zauważył, że wiele razy wzdłuż scieżki jego życia był tylko jeden ślad stóp. Zauważył również, że zdarzało się to w najgorszych i najsmutniejszych okresach jego życia.
Bardzo go to zaniepokoiło i odezwał się do Pana:
      – Panie, powiedziałeś, że jeśli raz zdecyduję się pojść za Tobą, będziesz szedł ze mną cały czas. Zauważyłem jednak, że podczas najtrudniejszych okresów mego życia na piasku jest tylko jeden ślad stóp. Nie rozumiem, dlaczego zostawiałeś mnie własnie wtedy, gdy najbardziej Cię potrzebowałem.
Pan odpowiedział:
      – Moj synu, moje drogie dziecko, kocham Cię i nigdy bym Cię nie zostawił. Podczas Twoich okresów próby i cierpnienia, wtedy gdy widzisz tylko jeden ślad stóp, ja niosłem Cię w swoich ramionach.

——————————————————–

Kiedy jest mi bardzo ciężko i źle – przypominam sobie tę  opowieść………

Read more

”PUSTE KRZESŁO”

Pewien stary człowiek poważnie zachorował. Jego proboszcz przyszedł go odwiedzić. Kiedy tylko wszedł do pokoju chorego, od razu postrzegł puste krzesło, ustawione obok łóżka chorego. Ksiądz zapytał, dlaczego stoi właśnie tutaj.
Stary mężczyzna odpowiedział z uśmiechem:
– Wyobrażałem sobie, że na tym krześle siedzi Jezus i zanim ksiądz przyszedł, rozmawiałem z Nim… Przez długie lata uważałem modlitwę za coś bardzo trudnego, aż pewien mój przyjaciel powiedział, że modlitwa to rozmowa z Jezusem. I teraz wyobrażam sobie Jezusa siedzącego naprzeciw mnie na krześle, mówię do Niego i słucham, co On mi odpowiada. Nie mam już żadnych trudności z modlitwą.

Kilka dni później córka chorego przyszła do proboszcza z wiadomością, że jej ojciec umarł.
Powiedziała:
– Zostawiłam go samego tylko na dwie godziny.
Kiedy po powrocie weszłam do pokoju, znalazłam go martwego. Głowę miał opartą o puste krzesło, które zawsze kazał ustawiać obok swego łóżka.

————————————

Opowiastkę tę słyszałam dawno temu na rekolekcjach . Bardzo mnie ona poruszyła…

Pamiętam ją do tej pory………

Read more