Długo zastanawiałam się dlaczego nikt nie odpowiedział na zawarty w notce apel.
Doszłam do wniosku, że to bierność, niechęć do jakiegokolwiek działania. Zobojętnienie, marazm…
Działanie wymagałoby trochę wysiłku, ochoty. A przede wszystkim aktywność. Wymaga zdeklarowania się, inicjatywy. Zobowiązania się do czegoś.
Wszyscy lubimy krytykować, piętnować, ganić. Krytykować najłatwiej. Krytykowanie nic nie kosztuje. Każdy jest wtedy ekspertem, specjalistą, znawcą. Szczególnie jeśli chodzi o Kościół i księży. Wylicza się wady.Czyjeś łatwiej widać…
Działanie wymaga często jakiegoś poświęcenia.
Tymczasem nasza wiara wymaga od nas wysiłku, ochoty, zdeklarowania się, czasem poświęcenia.
Opowiedzenia się za Chrystusem. Choćby w najdrobniejszej sprawie.
Dzisiejszy katolik w naszym kraju nie musi robić wielkich rzeczy, żeby móc manifestować swoją wiarę. Dziś nie musimy być męczennikami.
Nasza wiara ma być praktykowana na codzień. Ukazywana w najdrobniejszych nawet gestach. Te drobne gesty, szczególnie w dzisiejszych czasach urastają do rangi wielkich czynów.
Takim czynem dziś jest modlitwa, czytanie Pisma Świętego, pójście na Mszę.
Często obserwujemy w kościele jak starsze panie, babcie, odmawiają nabożnie różaniec. Często są wyśmiewane z tego powodu. Zastanówmy się jednak co będzie kiedy one poumierają? Kto się będzie wtedy modlił w naszych kościołach? My…….?
Jezus chce, żąda od nas opowiedzenia się czy jesteśmy za Nim, czy przeciw Niemu. Za albo przeciw.
Pośredniej alternatywy nie ma. On nie uznaje bierności, miernoty, marazmu. On oczekuje od nas konkretnego czynu.
Czy jesteśmy w stanie jeszcze go zrobić…?
różaniec to forma modlitwy kontemplacyjnej a nie lasso 🙂 , nawet zwierzęta bronią się przed takim traktowaniem. Ale wiesz, ja myślę, że jeśli opustoszeją kościoły, jeśli powymierają kółka różańcowe oraz inne formy kultu i modlitwy, a religijność ludzi zachodu będzie coraz bardziej sprowadzała się do sentymentalnego folkloru i tradycji, to kościoły zostaną drogą naturalną przerobione na meczety, bo świat nie znosi pustki. Tylko nie wiem co mnie bardziej martwi – Europa pogańska czy wizja Europy muzułmańskiej. Bo jak by nie było człowiekowi wierzącemu łatwiej znaleźć wspólny język z innym człowiekiem wierzącym {choćby jego poznanie Boga było inne} niż z takim, dla którego Bóg się nie liczy i/lub nie istnieje. z pozdrowieniami
To prawda 🙂 do modlitwy nie można nikogo zmuszać, tylko zachęcać.Ja zachęcam.
Ja już się podzieliłam z tobą kilkoma refleksjami, dotyczącymi poprzedniej notki i braku komentarzy do niej. Ponieważ widzę, że temat kontunuujesz, dodam jeszcze kilka myśli.Piszesz: „Doszłam do wniosku że to bierność, niechęć do jakiegokolwiek działania. Zobojętnienie, marazm…”Masz prawo tak sądzić. Można mówić, że współcześni katolicy nie praktykują, źle praktykują, że jak ludzie starsi umrą to kościoły będą puste. Ale czy takie stwierdzenia coś zmienią? Nawet jeśli okażą się prawdziwe te przewidywania dotyczące przyszłości, to czy jesteśmy w stanie takimi przewidywaniami kogokolwiek zachęcić do jakiejkolwiek zmiany postawy? Nie sądze. Myślę, że w ludziach jest więcej dobra niż nam się wydaje. Brakuje jednak tych, którzy by próbowali to dobro z ludzi wyciągnąć, poświęcić uwagę, wysłuchać. Pozdrawiam 🙂
Jak zachęcić innych? Myślę, że każdy sposób jest dobry. Ja spróbowałam tak, przez internet. Masz rację, może łatwiej i skuteczniej byłoby zachęcać kogoś bezpośrednio.Ja spróbowałam tak.:) Pozdrawiam
To jeszcze raz ja.Piszesz,że takie zachęcanie nic nie da. Teraz różne akcje są organizowane przez internet. Pamiętasz burdę zorganizowaną w sierpniu przed Pałacem Prezydenckim? Ona także była zorganizowana przez internet. Ludzie skrzyknęli się na facebook’u.Przyszło na nią setki obcych, nieznających się wcześniej młodych (nie zawsze trzeźwych )ludzi. Przyszli zabawić się, porozrabiać, podrwić z krzyża. Jeśli taką „akcję społeczną” można było zainicjować w internecie. Tym bardziej można i trzeba przez to medium zachęcać do modlitwy.Swoją drogą dlaczego tak jest, że do robienia złych rzeczy łatwo ludzi namówić a do dobrych nie…? Jeśli zachęta odbierana jest jako zmuszanie do czegoś, to ja już nie wiem jakich słów trzeba użyć, żeby zachęta była rzeczywiście zachętą…?
Burdę przed Pałacem Prezydenckim (jak to określiłaś) pamiętam, choć wolałabym nie pamiętać (a nie musiałabym pamiętać, gdyby się nie wydarzyła) Ja nie powiedziałam, że samo zachęcanie do modlitwy za pośrednictwem internetu jest złe, czy niewłaściwie. Chodzi o wyciaganie wniosków o marazmie ludzi, o tym że nie mają w sobie motywacji do działania, o tym, ze jak tak dalej pójdzie, to kościoły będą puste (w sensie po śmierci ludzi starszych) Każdy, kto interesuje się życiem koscioła wie, że prawdopodobne jest, że kościoły będą puste. Każdy więc, kto chce o tym wiedzieć, już to wie. A przeciwnikom kościoła to na rękę Ale czy obudzisz sumienia niezdecydowanych i niezaangażowanych przez wnioskowanie o ich marazmie, braku podjęcia wysiłku, a także o wszechobecnych podziałach? Wątpie. Wszyscy widzą, że jesteśmy podzieleni – czy trzeba to jeszcze dodatkowo podkreslać? Pytasz jak ma wyglądać zachęta, żeby była zachętą. O ile nie jest to pytanie retoryczne, subiektywnie odpowiadam :”Chciałabym modlić się za wszystkich tych, którzy o modlitwie zapomnieli. Proponuję taką czy inną formę. Chętnych zapraszam do duchowej łączności ze mną, przez podjęcie tej inicjatywy tak, jak ja ją podejmuję.” Oczywiście przy założeniu, że w notce chodzi o próbę zachęty do modlitwy, a nie o napisanie swojego zdania na temat aktualnych postaw Polaków, wobec takich czy innych zagadnień. Czy to byłoby skuteczniejsze – nie wiem, ale skoro szukamy internetowej formy… Choć dla mnie formy bezpośrednie (wśród rodziny czy znajomych) wydają się być skuteczniejsze.Pytasz: „Swoją drogą dlaczego tak jest, że do robienia złych rzeczy łatwo ludzi namówić a do dobrych nie…?”Odpowiedź jest brutalna – bo zło jest atrakcyjniejsze, głośniejsze, bardziej popularne. (O innych powodach tej sytuacji już Ci pisałam)Co nie znaczy, że skoro dobro jest trudniejsze, to trzeba z niego zrezygnować. Jak dla mnie – wręcz przeciwnie:) Dla Ciebie z resztą też, z tego co widzę:)A taki fragment piosenki mi się na koniec przypomniał:”Znów nie wyszło? Skup się próbuj. Każdy cel wymaga trudu(…) Zawsze jest szansa, nie zawsze ją widać.”Pozdrawiam serdecznie:)
Bardzo ciekawy problem podjęłyście. Jak zachęcić? Ano, właśnie. Myślę, że czynnikiem najbardziej zniechęcającym człowieka do modlitwy jest brak odzewu. Przykład? Bardzo proszę: 5 lat intensywnej modlitwy w jednej, jedynej intencji. Dzień po dniu, godzina za godziną, różaniec po różańcu, koronka za koronką…. I jaki efekt? Żaden. Jaki wniosek…? Prosty. Wiem, teraz dostanę odpowiedź, że Pan Bóg nie musi spełniać naszych próśb, że to nie koncert życzeń, że On i tak wie lepiej, czego nam potrzeba i tak dalej w ten deseń. OK, tylko w takim razie po co się modlić? Boga nie ma albo nas olewa, strata czasu.
Piszesz: „Wiem, teraz dostanę odpowiedź, że Pan Bóg nie musi spełniać naszych próśb, że to nie koncert życzeń, że On i tak wie lepiej, czego nam potrzeba i tak dalej w ten deseń. OK, tylko w takim razie po co się modlić? Boga nie ma albo nas olewa, strata czasu.”Ale ode mnie tego nie usłyszysz i to wcale nie dlatego, że sama przewidziałaś odpowiedź (choć pewnie tak to wygląda)Problem jest złożony i – jakkolwiek wymijająco i rozmywająco to nie zabrzmi – każda odpowiedź i próba wyjaśnienia 5 letniego milczenia Boga jest teraz bez sensu.Nie znamy całej sytuacji, tylko jej urywek – żeby się dokopać do źródła tego milczenia (czyli tego która ze stron „zawiniła”, ze przez 5 lat nie ma zmiany), jest potrzebna nie jedna rozmowa, ale cała seria rozmów, ale przede wszystkim Twoja chęć wyjaśnienia sprawy i ewentualnego powrotu do modlitwy (nie zakładam, że skreśliłaś już Boga i uśmierciłaś modlitwę na zawsze – tak byłoby najłatwiej, ale nie najlepiej, jak sądzę.)Nie mam pojęcia skąd jesteś natomiast wiem, że są księża, którzy podejmują się pomocy w rozwiązaniu takich problemów jak Twój, przez regularne spotkania, rozmowy pytania i dokopywania się do źródła. Jeśli interesuje Cię próba rozwiązania tej sytuacji, odezwij się na maila [email protected], jeśli nie – to przeczytasz to, co napisałam i wyłączysz tę stronę, albo odpiszesz, że to bzdury, że próbowałaś i że to bez sensu.A teraz jeszcze bardziej subiektywnie:Uważam, na podstawie tego co napisałam wyżej, że Twój wniosek nt. tego, że Boga nie ma (nie tyle w ogóle ile w Twoim życiu) jest za prosty jak na sytuacje 5 letniej ciszy. Nie musisz się ze mną zgodzić, to są myśli strzelane niejako na oślep, intuicyjnie, bo przecież nie znam sytuacji. Natomiast w pełni zgadzam się z Tobą, że tak długie milczenie Boga prowadzi do skutecznego zniechęcenia (w moim prywatnym rankingu milczenie znajduje się zaraz za hipokryzją ludzi) Zarówno jedną jak i drugą sytuację można, moim zdaniem, przeskoczyć. O ile ma się chęci do tego by dostrzec jeszcze sens, by powalczyć – o ile ma się tam jeszcze gdzieś na dnie wiarę, że warto, że Bóg i wiara to sprawy ważne, warte wysiłku i mogące zmienić nasze życie.