Pustynia, dzień 34
No i jak ja mam to wszystko opisać? 🙂 Może jakoś w skrócie.
Wczoraj leżąc w łóżku, rozmyślałam o tym co usłyszałam od Ukochanego…. Czy za mało siebie kocham? Za mało się troszczę o siebie? Lubię siebie, kocham, to pewne. Ale może za mało? Może za dużo myślę o innych, a za mało o sobie? Coś w moim wnętrzu mówiło mi, że właśnie tak jest. Piszę „coś”. bo nie wiedziałam czy to był Jezus, czy może moje sumienie. I tak na chwilę zasnęłam.
Obudziłam się przed północą. Znów zaczęłam rozmyślać. Myślałam o Irku, o moim duchowym dzieciątku, które 4-go kwietnia skończyło piąty miesiąc. I tak ogólnie o sobie…
Potem zaczęłam układać bukiety Madonnie… ale zanim zaczęłam, spytałam Ukochanego czy mogę na jakiś czas przerwać nagrywanie bukietów, bo nie daję rady.
„Dobrze, wystarczy, mój robaczku. Odpocznij”.
„Raz na jakiś czas mogę nagrać, ale codziennie nie daję rady”.
„Wystarczy, odpocznij”.
I zaczęłam odmawiać Różaniec… w czasie modlitwy zobaczyłam obraz… Zobaczyłam siebie jak biegnę po jakichś schodach. Krętych i stromych. W zupełnej ciemności. Tylko ja jestem cała w świetle, Wokół jest całkowita ciemność. Schody prowadzą w dół. I tak biegnę coraz niżej i niżej, głębiej. Jakby w głąb siebie. Głębiej i głębiej. Naraz słyszę głos, jakby płacz. Cichy na początku, potem coraz głośniejszy. Biegnę coraz szybciej, bo znam ten głos, płacz. Płacz dziecka… biegnę i biegnę. Potykam się na tych krętych schodach. W końcu jestem na dnie. Patrzę, a na gołej ziemi niemowlę leży i płacze. Niemowlę też jest całe w świetle, jak ja. Przypadam do niego, biorę szybko je na ręce i zaczynam lulać, tulić, całować…. Dziecko uspokaja się, uśmiecha się do mnie. I słyszę: „Moniko, to ty. Opiekuj się sobą”. Dziecko zniknęło, ale jednocześnie było we mnie. Ono i ja staliśmy się jednością. Potem wszystko zniknęło a ja modliłam się dalej.
Kiedy skończyłam, miałam takie poczucie, że odnalazłam siebie, wróciłam do siebie. Byłam u siebie… 🙂
Potem patrzyłam w Ukochanego. Uśmiechaliśmy się do siebie.
„Dziękuję Ci, mój Wariacie” – roześmiałam się serdecznie.
Patrzył rozpromieniony.
„Znów jesteś Moja!”
„Całkowicie!”’
Piękny obraz. jak sen. 🙂 kręte schody to obraz naszej psychiki, naszego Ja. i schodzimy w dół, w ciemność, może w jakieś dawne zranienia, urazy…i odkrywamy siebie, niewinnych jak dziecko.