Nie będę dziś opisywać mojej modlitwy… sił brakuje, po pierwsze. A po drugie… ona wciąż trwa. Teraz też, choć piszę, modlę się. Trwam w obecności Ukochanego. Widzę Jego twarz wpatrzoną we mnie… Patrzy we mnie i cierpi ze mną. Razem. Ze Swoim małym robaczkiem. W uśmiechu, pogodnie. Cierpimy uśmiechając się do siebie. Nie zważając, że boli ofiarujemy Ojcu.
Kiedyś napisałam, że cierpienie ogałaca i uczy pokory. To prawda, ale uczy czegoś jeszcze. Uczy uśmiechu. I to jest chyba najtrudniejsze, cierpieć z uśmiechem.
Uczę się tego. Ukochany mnie tego uczy 🙂
Category: (NIE) MOJE MYŚLI