„Jakże piękna jesteś, oblubienico Moja! Jakże piękna!” – widziałam zachwyt w Jego oczach… Uśmiechnęłam się do Niego onieśmielona.
„Jestem słaba i grzeszna, Panie…”
Patrzył we mnie poważnie i jednocześnie pogodnie. Czule i tkliwie. Przenikliwie.
„Wiesz Jezu… tak się czuję jak bezradne, bezbronne pisklę, które chronisz pod Swymi skrzydłami, tulisz, bronisz…”
Patrzył tak we mnie dalej.
„Wkrótce znów zdradzę ci Moje tajemnice, robaczku”.
Patrzeliśmy w siebie długo.
„Kiedy tak we Mnie się wpatrujesz, sprawiasz Mi wielką radość, ukochana”.
Ktoś czytając moje notki może pomyśleć, że w czasie modlitwy szepczemy do siebie „czułe słówka”. Tak, szepczemy. 🙂 Zakochani szepczą do siebie, prawda? A my jesteśmy w sobie zakochani. Bardzo.
A poza tym… On wie dlaczego i ja wiem. Tu tylko napiszę, że bardzo tych czułych słów potrzebuję i bardzo mi one pomagają. W czym? Np. w znoszeniu trudów codzienności. Choroby, cierpienia… nie tylko fizycznego.
Może to dla niektórych dziwne i niezrozumiałe. Ale tak jest.