Wpatrywałam się w Ukochanego… zawstydzona swoim upadkiem. Jednocześnie pełna wielkiej radości wypływającej z przebaczenia.
Jego jasne i czułe spojrzenie ośmielało mnie, podnosiło, napełniało pokojem.
Próbowałam Go jeszcze raz przepraszać, ale przerwał mi w pół słowa.
„Wybaczyłem ci wszystko wczoraj, kiedy tylko Mnie o to poprosiłaś. Teraz znów jesteś Moja!”
„Tak… jestem, Umiłowany! Twoja!”
„Upodobałem sobie ciebie robaczku, działam przez ciebie. I zły wścieka się i cię atakuje, ale Mi ciebie nie odbierze. Jesteś Moja!”
Patrzyłam w Niego urzeczona…
„Opowiedz co zrobiłaś kiedy ci wybaczyłem.”
„Mam opisać?”- spytalam onieśmielona.
„Tak”.
„Nie zrobiłam tego na pokaz. Tylko dla Ciebie”.
„Wiem, dlatego właśnie opisz”.
„Dobrze…”
Wczoraj, kiedy uświadomiłam sobie swój grzech, byłam rozbita, zniechęcona, zawiedziona sobą. „Coś” mówiło mi, że najlepiej zrobię jeśli się przed NIM ukryję i przeczekam. Nie posłuchałam tego „głosu”. Szybko przyszłam do Ukochanego, upokorzyłam się przed NIM, przeprosiłam. Poprosiłam, żeby mi wybaczył.
„Jestem łagodny dla skruszonych w sercu. Wybaczam ci, kochany robaczku”.
Dziękowałam…
Potem, leżąc już w łóżku, pomyślałam, że Jezus jest teraz sam w moim kościele i do tego zraniony moim grzechem… Postanowiłam do Niego „pójść”. Duchowo.
Po chwili znalazłam się w kościele, stanęłam z tyłu, pod chórem, w kąciku. W kościele było ciemno. I tak stałam i przepraszałam GO, gdy nagle usłyszałam znajomy Głos: „Jesteś córeczko, czekałem na ciebie. Podejdź proszę bliżej”. Podeszłam trochę. Jednak coś/Ktoś pociągało mnie bliżej i bliżej… i ani się nie obejrzałam kiedy znalazłam się przed samym tabernakulum. Było otwarte… a w nim ON – Tajemnica… I tak trwałam przed Nim. Zjednoczona w Miłości i cierpieniu…
Nic i nikt nas nie rozdzieli.