Dziś czuję się fizycznie gorzej, źle. Więc z góry przepraszam za błędy.
Wczoraj wieczorem leżałam obolała w łóżku. Zapragnęłam „pójśc” do Niego duchowo. Poszłam. Byłam w moim kościele, przed tabernakulum.
„Przyszłam do Ciebie, Ukochany. Boli i chcę być z Tobą. Nie chcę, żebyś był sam”.
„Ja też cierpię, Mój Promyczku”.
„Będziemy razem…”
I tak trwaliśmy razem. Długo. Aż w końcu zasnęłam.
Miałam bardzo kolorowe sny, jasne i radosne.
Obudziłam się w środku nocy. Leżałam… i wciąż miałam poczucie, że Ukochany jest ze mną. Że cierpimy razem. Nie potrafię tego opisać. Doświadczałam Jego Obecności. Zanurzał mnie w Sobie… Okrywał jak płaszczem. Było mi po prostu dobrze. Nawet ból nie przeszkadzał.
Potem Ukochany przyszedł do mego serca…
Wpatrywałam się w Niego.
„Przyszłam sobie z Tobą posiedzieć. Pobyć”.
„Czekałem na Ciebie Promyczku”.
Patrzyliśmy w siebie długo. W ciszy.
Uśmiechał się do mnie. I ja do Niego.
W koncu się odezwałam:
„Byłeś ze mną w nocy. Dziękuję Ci”.
Patrzył we mnie promiennie. Zaczęłam Go wielbić, adorować…
„Ukochany, Umiłowany mój, Najdroższy, Skarbie mój… Z Tobą nawet cierpienie jest słodkie. Jest łaską. Bądź uwielbiony w moim cierpieniu! Bądź pochwalony!