Rano przyszedł do mojego serca. Pragnął… i ja też.
„Przyjmij Mnie Promyczku, pragnę”.
„Przyjdź Umiłowany mój!”
„Jestem!”
Leżałam obolała, a raczej tańcząca, a On mówił:
„Jestem w Tobie. Zanurzam Cię w Moim Sercu. Zanurzam Twoich bliskich i Twoje Dzieci”.
„Właśnie chciałam Cię o to prosić, Ukochany…”
„Znam Twoje myśli zanim je wypowiesz, Promyczku”.
„Dziękuję Ci, Jezu!”
Wpatrywałam się w Niego…
„Witaj Miła Moja!”
„Witaj Ukochany!”
Zapatrzyłam się w Niego i rozmyślałam… Myślałam o Profesorze Chazanie, o tej całej nagonce na niego, o zmarłym dzieciątku, które uratował od aborcji… I przyszedł mi do głowy pewien pomysł…
„Ukochany, jakiś czas temu, mówiłeś, że dasz mi to o co Cię poproszę”.
„Tak, mówiłem. I podtrzymuję to”.
„To mam prośbę. Układam bukiety Madonnie. I pragnę… jedno „Zdrowaś”, jedno uratowane życie, dobrze? I kiedy ofiarowuję cierpienie, Ty ratuj dzieciątka. Bardzo, bardzo proszę…”
„Prosisz o wiele, Mój Promyczku”.
„Słyszałam, że Ty nie umiesz dawać mało… że pragniesz dawać wiele. Dlatego proszę”.
Patrzył we mnie poważnie i przenikliwie.
„Znów Mnie pokonałaś Promyczku. Wysłucham Twojej prośby!”
Dziękowałam…
A potem… 🙂 zaczęłam układać bukiety.