Obudziłam się w środku nocy, tańcząca (cierpiąca, obolała) i nie mogłam spać. Naraz słyszę w głębi serca cichy, ledwo słyszalny głos:
„Cierpię…”
Mój Ukochany cierpi! W jednej chwili znalazłam się w kościele przed Umiłowanym… Siedziałam u Jego stóp. Pocieszałam, tuliłam, całowałam. Byłam z Nim, trwałam. I cierpiałam razem z Nim.
Patrzył we mnie bardzo smutno… patrzyłam w Niego długo. Kiedy nagle spostrzegłam, że… płacze.
„Ukochany, Umiłowany mój…! Ty płaczesz?!“
„Dziś znowu do Mnie przyjdą. Wielu obojętnych, letnich, oziębłych. Z obowiązku, żeby się innym pokazać. A nie dla Mnie”.
Patrzyłam w Niego smutno… nie wiedząc jak Go pocieszyć. A On mówił dalej:
„Kocham ich wszystkich, ale Moja Miłość jest lekceważona, poniewierana, odrzucana”.
Płakał…
„Serce Mi krwawi”.
„Ukochany… mi jak widzę jak cierpisz, jak płaczesz… też krwawi. Ofiaruję moje cierpienie za tych, którzy Cię nie kochają. I pragnę Cię kochać za nich…”- szepnęłam.
Twarz Mu jakby pojaśniała.
„Złączę Twoją ofiarę z Moją, Promyczku!”
„Chciałam Cię o to prosić Ukochany”.
Już nie płakał, ale wciąż patrzył smutno…
Potem pojechałam na Eucharystię. Na Niej Ukochany jeszcze raz powiedział, że złączy moją ofiarę ze Swoją.
Trwałam w Nim…
Po południu raz jeszcze przyszłam posiedzieć przed Nim.
Patrzył we mnie promienny i jasny.
„Pocieszyłaś Mnie Promyczku i ulżyłaś Mi w cierpieniu”.
Patrzyłam w Niego wzruszona…