Opisać nieopisywalne… Spróbuję, ufam, że Ukochany mi pomoże. Będą to tylko słowa, skróty myślowe… Zrozumiałe tylko dla Niego.
Przyszedł do mego serca, właściwie kiedy dziś prosiłam, żeby przyszedł, usłyszałam, że jest w moim sercu zawsze, że MU w nim jest dobrze…
Wypełnił mnie wielką Miłością. Leżałam więc zanurzona w NIM i układałam bukiety Mamie.
I rozmyślałam o Niej. O tym, że od jakiegoś czasu zmienia się we mnie Jej wizerunek. Jest mi coraz bliższą, czułą, która wie co to ból, cierpienie.
Kiedyś nosiłam w sobie fałszywy obraz Maryi. Zdawała mi się być odległa, wielka, „można i wyniosła”. Królowa i Pani. Podświadomie wiedziałam, że tak nie jest, ale jakoś… nie potrafiłam tego obrazu w sobie zmienić. Tymczasem obraz Maryi zaczął powoli zmieniać się „sam” 🙂 I dziś kiedy się do Niej modliłam miałam przed sobą najczulszą Mamusię. I… chciałam do Takiej Mamy być podobną.
Wpatrywałam się w Umiłowanego… Znów… patrzył we mnie zachwycony, oczarowany. Czym?? Mną! Patrzył we mnie jak w obrazek! Jakby widział ósmy cud świata! Nie czułam się speszona, ani onieśmielona, kiedyś bym była…
„Teraz nie dziwię się św. Mateuszowi, że gdy tak w niego spojrzałeś to wstał i za Tobą! Też bym poszła!”
Patrzył promienny…
„Ciebie też wyprowadzam z Twojej komory celnej, Promyczku!”
Powiedział to tak łagodnie i czule, że otworzyłam się przed Nim jeszcze bardziej. Pojawiły się łzy… wylewałam przed Ukochanym duszę… Nie będę tego opisywać, bo to zbyt intymne. Zresztą nie potrafię. Brak słów.
Wyjeżdżam na kilka dni, jak wrócę, będę kontynuować pisanie bloga.