W nocy trwałam przy Jego krzyżu. U Jego Stóp. Byłam / znalazłam się w moim kościele parafialnym. Tam, na jednej ze ścian, jest umieszczony, wisi wielki krzyż. A na nim Chrystus. Wisi on, krzyż bardzo wysoko. Tak, że nie sposób z podłogi go dosięgnąć. Krzyża, a co dopiero Stóp.
A ja Je dotykałam, głaskałam, całowałam…
„Jesteś moim Królem, Panem i Oblubieńcem! Wszystkim!”
Patrzył we mnie słodko, czule…
„Tak, jestem Wszystkim. A Ty, Mój Promyczku, jesteś niczym”.
„Jestem niczym, ale mam Wszystko! Bo mam Ciebie!”
Wtedy zobaczyłam scenę z Ewangelii. Jezus ubiczowany związany, prawie nagi stał na podwyższeniu. A Piłat zawołał do tłumu: „Oto Król wasz!”.
„Taki do Ciebie przychodzę. Cierpiący, nagi, głodny. Takiego Mnie przyjmujesz”.
Patrzył swoim przenikliwym spojrzeniem i mówił dalej:
„I karmisz Mnie”.
„Karmię?”
„Miłością Mnie karmisz, Perełko!”
Ucałowałam mojego Króla…
Pomyślałam, że wczoraj…
„Trzymałeś moje ręce w Swych Świętych Dłoniach… Dotykałeś ich. I zawarłeś ze mną Przymierze. To niesamowite! Niepojęte!”
Patrzył poruszony.
„Powiedziałem, że jesteś niczym, a Ty nie zaprzeczyłaś. Potwierdziłaś jeszcze. I jeszcze się dziwisz, że Ciebie wybrałem?”
Patrzył we mnie z wielką, ogromną Miłością.
Tak. Wobec Niego jesteśmy niczym.