Rano, telefon. Dzwoniło moje Dziecko. Mówiło, żebym do Niego nie przyjeżdżała, że źle się czuje, słabo. że zrozumiem.
Cóż… było mi smutno, ale rzeczywiście rozumiałam.
Msza. Miałam poczucie, że jechać powinnam. Chciałam.
„Czy chce, czy nie, jadę. Nie musimy rozmawiać, jeśli nie ma siły. Posiedzę, potrzymam Je za rękę. Będę, Przecież nie może mnie „wygonić” 🙂 ”
Jadę.
Wjeżdżam na szpitalną salę, Dziecko leży z zamkniętymi oczyma, odpoczywa. Nie widzi mnie.
– Cześć Kochanie!- mówię z uśmiechem.
Dziecko otwiera oczy, uśmiecha się do mnie.
– Oj! Tak myślałam…! – mówi.
– Że przyjadę? – pytam ze śmiechem.
– Że otworzę oczy i ciebie zobaczę!
– I widzisz!
Posiedziałam przy Dziecku, potrzymałam za rękę. Żartowałyśmy, że w domu założymy „wózkownię”, bo ja na wózku i Ono… 🙂
– Będziemy urządzać wyścigi – zażartowałam.
– Ja wygram, bo mam sprawne ręce! – śmiało się Dziecko.
– Ale ja mam elektryczny!
Śmiałyśmy się obie.
– Czy chcesz, czy nie, przyjechałam.
– I bardzo dobrze! – uśmiechnęło się Dziecko.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Ucieszyło się, że przyjechałam” – szepnęłam.
„Tak, sprawiłaś Mu radość, Promyczku!”
Patrzył we mnie promienny.
„Dajesz mi tak wielką siłę, radość, moc!”
Dziękowałam, całowałam Jego Rany i dziękowałam.
„JA jestem Twoją siłą, Promyczku i działam przez Ciebie!”
Dziękowałam…
Tak, ON jest moją siłą!