Siedziałam u Stóp Ukochanego i wpatrywałam się w Niego… On patrzył we mnie, przenikliwie i czule.
„Niedługo skończę obraz”.
„Twój obraz, Promyczku!”
„I Twój, Umiłowany!”
Patrzył bardzo czule…
„Co czujesz? – spytał, jakby nie wiedział 🙂
„Z jednej strony się cieszę, a z drugiej… smutno mi trochę…”
„Dlaczego się cieszysz?”
„Wiesz przecież – uśmiechnęłam się – i wiesz dlaczego mi smutno”.
„Powiedz, proszę!”
Uśmiechnęłam się do Niego.
„Dobrze, opowiem Ci, choć wiem, że wiesz. Więc tak: cieszę się, że namalowałam kolejny obraz, po prostu. Choć ten obraz…”
„A dlaczego Ci smutno? – przerwał mi.
„Jak to wytłumaczyć…? Wiesz, kiedy maluję, kiedy tworzę, obraz jakby żyje. Mogę go zmieniać, kłaść kolory. Jakby żyje… A kiedy skończę malować, zawerniksuję, obraz staje się rzeczą. Staje się jakby martwy… A poza tym w każdym obrazie zostawiam jakąś część siebie. Ale ten obraz…”
„Jest inny!”
„Tak!”
„Masz go wciąż w sercu, prawda? Nosisz go wciąż…”
„W sercu! – tym razem ja Mu przerwałam.
„Więc on wciąż w Tobie żyje! I będzie żył!”
Olśnienie!!! Tak, będzie żył!
A potem… szłam po śladach Jego Stóp. Drogą Krzyżową.