Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzył we mnie promienny. Świetlisty…
„Jesteś, Perełko!”
„Jestem! – szepnęłam uśmiechając się do Niego i całując Go – i TY jesteś!”
„Jestem!”
Ucałowałam Go znów. Patrzyłam Mu w oczy i rozmyślałam…
„Napisz o tym, Promyczku!”
Kiwnęłam głową na znak, że dobrze. I szepnęłam:
„… i wprowadzasz mnie gdzieś w głąb…”
„O tym też napisz!”
„Też…? Dobrze! Tylko… Pomóż mi, proszę! Sama nie dam rady…”
„Pomogę!”
Patrzył we mnie bardzo czule…
I teraz też we mnie patrzy… Cały czas, patrzy… czuwa. Pochyla się nade mną. A ja w NIM… jestem, żyję. W Nim. W Ukochanym moim. W Jezusie. Cokolwiek bym nie robiła, jestem w Nim. Tak… Z jednej strony dziwne to doświadczenie, a z drugiej… zupełnie naturalne. Bycie. Trwanie w Obecności. Kogoś… najdroższego, najbliższego… Najważniejszego. Trwanie w Obecności. I ta pewność, że… że mnie do Siebie przytula. Bardzo potrzebuję tego przytulenia. Szczególnie kiedy bardzo boli, kiedy tańczę, tzn. ofiarowuję.
A kiedy maluję /teraz Jego Portret, Portret Ukrzyżowanego/, pociąga mnie ku Sobie jeszcze bardziej. Wprowadza mnie gdzieś w głąb… Dziś np. malowałam Jego oko i łzę, która spływa Mu po policzku. Czułam, fizycznie, ciężar tej łzy… Wiedziałam, że ona Mu ciąży. Jak ciążą MU moje grzechy… I tak zaczynała się modlitwa. Wprowadzał mnie w głąb, I nie było mi wtedy „dobrze”. Ale przecież nie chodzi o to, żeby na modlitwie było „dobrze”! Było… trudno, ciemno, ale pięknie. Już tęsknię do tego doświadczenia. Bardzo. Do bliskości, intymności. Do cierpienia z Cierpiącym.