Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Leżałam w Jego objęciach tańcząca bardzo. Rozmyślałam…
„Adwentowa noc… Ciemność, mrok. Ludzie siedzą w tym mroku. Zanurzeni w ciemnościach grzechu, cierpienia i śmierci. Czekają. Wyczekują zastygli w napięciu. Stęsknieni, spragnieni i głodni. Czekają… Oczekują na Wybawcę. Na Zbawiciela, który poda im dłoń i wyrwie z ciemności! Wyciągnie z otchłani, z bagna grzechu i śmierci. Który podniesie i postawi na suchej ziemi. Wtedy zaświta poranek. Światłość! Nastanie dzień. Dzień Pański! Zbawiciel nakarmi zgłodniałą ludzkość Chlebem Życia, napoi ją Swoją Krwią. I już nie będą pragnąć, ani łaknąć. Wybawca nasyci ich Sobą! A oni zobaczą Go takim jakim Jest! Twarzą w twarz. I już nie będzie śmierci, cierpienia ni smutku. Tylko wieczne szczęście i radość u boku Zbawiciela.
Teraz czekamy… Jan Chrzciciel, adwentowy prorok woła: 'nawracajcie się! Bliskie jest Królestwo Boże!” On też czeka…”
Spojrzałam w mojego umiłowanego z uwielbieniem…
„Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Jezu! Pragnę Cię i czekam bardziej niż strażnicy poranka!”
Jezus patrzył we mnie płonący cały miłością i zachwytem…
„Maranatha! Przyjdź Panie Jezu! Czekamy!”