RACHUNEK SUMIENIA

Po zrobieniu rachunku sumienia wpatrywałam się w Oblicze Umiłowanego. Żałowałam serdecznie za grzechy… przepraszałam, że tyle razy zraniłam Jego, Jego Serce. Że tyle razy zdradziłam Go. Uległam złemu. Przepraszałam… i postanowiłam poprawę. Prosiłam, żeby mi w tym pomógł, bo sama nie dam rady.
Patrzył we mnie z wielką miłością i czułością…
Nie potępiał, nie osądzał. Patrzył z miłością. To Jego spojrzenie powodowało we mnie jeszcze większy żal i ból, że Go zraniłam. Ale i większe, szczere postanowienie poprawy.
Patrzyłam w Niego i patrzyłam…
„Wybaczam ci wszystko, Mój robaczku, ukochana Moja”.

"ZAUFAJ MI"

Dziś nad ranem leżąc w łóżku uśmiechnęłam się do Umiłowanego mojego serca. Pozdrowiłam Jego Matkę różańcem. I rozmyślałam…. O tym jak Ukochany zmienia mnie, moje wnętrze. Bardzo łagodnie, ale stanowczo i konsekwentnie. Z miłością. Tak sobie myślałam gdy nagle usłyszałam Głos… Dochodził on z głębi mnie, z głębi mojego serca. „Effatha! Otwórz się!” Byłam oszołomiona. Czułam jakby coś we mnie pękało, jakby opadała ze mnie jakiś niewidzialna skorupa, pancerz ochronny, którym przez lata się otaczałam. Nagromadziłam. Opadało to wszystko ze mnie. Nie potrafię tego inaczej opisać… Potem… szczęśliwa usnęłam.
Potem wpatrywałam się w Ukochanego. Nie wiem jak długo… On patrzył we nie. Jego spojrzenie przenikało i prześwietlało moją duszę.
Prosiłam, żeby przybliżał mnie do Siebie bardziej i bardziej. Pragnę tego…
„Czynię to, mój robaczku. Jesteś blisko Mego Serca. Zaufaj Mi”.

OCEAN MIŁOŚCI

„Witaj ukochana moja!”
Witaj Umiłowany mój. Zmęczona jestem. Przyszłam przy Tobie odpocząć. Mogę?”
„Tak. Odpocznij we Mnie”.
„W Tobie?”
„W Sercu Moim”
I odpoczywałam. Wpatrując się w Umiłowanego nabierałam sił. Duchowych i fizycznych. Rozmyślałam o mojej duszy. Była ona kwitnącym ogrodem. Pełnym kwiatów, róż, lilii i słoneczników. Pięknych i dorodnych winorośli. W sercu, w centrum ogrodu tryskało Źródło, ogromne, które nawadniało i użyźniało cały ogród. Nad miarę! To dzięki Niemu żył cały ogród , moja dusza. Tak teraz ją wyobrażałam, jakże inaczej niż kiedyś!
Potem chciałam wyobrazić sobie Jego Serce. Ale nie mogłam, nie umiałam… Brakowało wyobraźni. Przypomniałam sobie jedno z wezwań Litanii do Jego Serca „gorejące Ognisko Miłości”. Tak… bezbrzeżny Ocean Miłości – myślałam patrząc Mu w oczy.
Jezus patrzył we mnie i zdawało mi się, uśmiecha się do tych moich wyobrażeń… 🙂

NA CHWAŁĘ

Trwałam przed Umiłowanym mojego serca… Wpatrywałam się w Niego. Był rozpromieniony. Jak ja… Patrzeliśmy na siebie.
Uszczęśliwieni spotkaniem. Byłam zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.
„Czy chcesz dla Mnie cierpieć?” – usłyszałam w głębi serca.
„Chcę. Wiesz, że chcę…”
„Cierpisz na Moją chwałę”.

Z TOBĄ

Zastanawiałam się jak to dziś napisać. Źle się czuję i pisać trudno. Doszłam do wniosku, że dziś tylko opiszę naszą rozmowę.
Kilka słów właściwie.
„Ukochany mego serca, ofiaruję Ci cierpienie. Przyjmij je, proszę!”
„Tak podobasz Mi się najbardziej, mój robaczku”.
„Taka jestem szczęśliwa, to nic, że boli”.
„Jestem  z tobą”.

NA GŁĘBIĘ

Trwałam więc przed Nim w milczeniu… Dłuższy czas. Myśli przychodziły i odchodziły. Poprosiłam, żeby otworzył moje serce na swoje Słowo a myśli skierował na Siebie. Milczałam. Po chwili usłyszałam: „twoje serce hartuję w ogniu Mojej Miłości”.
Patrzył na mnie tak przenikliwie a jednocześnie z wielką czułością. Zapytałam jak chce, żebym Go nazywała, zwracała się do Niego. „Umiłowanym twego serca”- usłyszałam. „Tak! Jesteś Umiłowanym mojego serca!”
Wpatrywałam się dalej w Jego Oblicze. Jego spojrzenie przeszywało mnie na wskroś. Przenikało serce i duszę. Jego spojrzenie jasne, świetliste i tajemnicze…
„Czy chcesz wypłynąć ze Mną na głębię jak kiedyś Moi uczniowie?” – spytał nagle.
„Chcę, Panie” – szepnęłam.

ZNAJOMY GŁOS

Wczoraj leżąc w łóżku, myślałam czy to naprawdę Bóg mówi do mojego serca. Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” upewniłam się, że to jednak On. Jakbym to sobie sama wymyślała, to by na pewno w nic się w moim życiu nie zmieniło, a zmienia się. Na lepsze. Więc byłam pewna. Zasnęłam, a dziś rano jakoś o tym nie myślałam (że jestem pewna).
W kościele przywitałam się z NIM serdecznie jak z kimś bardzo mi bliskim. Przy Podniesieniu potwierdziłam Mu swoje całkowite oddanie. A po przyjęciu Komunii Św. kiedy trwałam w dziękczynieniu usłyszałam znajomy Głos, wydobywający się z głębi mojego serca: ” To Ja mówię do ciebie, mój robaczku”. „Wiem, mój Ukochany, jestem pewna”. Byłam poruszona i wzruszona… przypomniałam sobie wczorajsze rozmyślania…
Potem w domu kiedy wpatrywałam się w Jego Oblicze, uświadomiłam sobie, że tęsknię za tą modlitwą. Im dłużej się w Niego patrzyłam, tym potem bardziej tęskniłam… za tym spotkaniem… Pomyślałam, że to przedsmak Nieba. Tylko tam będę wpatrywać w Boga tysiąckroć piękniejszego. Poznam Go twarzą w twarz.
„Kocham cię” – usłyszałam. Też zapewniałam, że Go kocham.
„Wiem. Mów Mi o tym często. Pragnę cię słuchać”.

DOPIERO POCZĄTEK

Moja pustynia nadal jest kwitnącą oazą. Pełną życiodajnych źródeł. A właściwie jednego Źródła Wody Żywej, której moja dusza była bardzo spragniona. Od kilku dni wszystko się powoli zmienia. Ja się zmieniam. Tak rozmyślałam o tym co we mnie się dzieje, wpatrując  się w Ukochanego, dzieląc się z Nim swoimi myślami. Dziś rano obudziłam się pełna werwy, radości. Pełna sił (także fizycznych). Zdumiona byłam.
Jednak przede wszystkim zmieniam się wewnętrznie. Odkrywam jeszcze bardziej piękno modlitwy Różańcowej. Odmawiam powoli, smakując każde słowo „Zdrowaś”. delektuję się nim, karmię.
Ukochany pociąga mnie ku sobie coraz bardziej. Przyciąga. Przytula do Serca… pragnie mnie. A ja Jego. Nie mówię, że do tej pory było między nami źle. Było bardzo dobrze. Ale teraz jest jeszcze lepiej. Głębiej… przede wszystkim. Doświadczam Bożej Miłości, wymagającej i czułej jednocześnie…
I tak dzieliłam się tymi myślami z Jezusem, patrząc w Niego. On patrzył we mnie i jakby się do mnie uśmiechał.
„A to dopiero początek” – usłyszałam w głębi serca.

TO TY!

Umiłowany mój! Tyloma łaskami obdarzasz mnie, Twojego robaczka. Tak bardzo kochasz! Tak bardzo! Niewyobrażalnie! Nie znajduję słów, żeby wypowiedzieć moje szczęście. Ani, żeby Ci podziękować. Słów brakuje! Każda cząstka mnie do Ciebie należy. Pragnę Cię wielbić do końca moich dni i w wieczności. Pragnę dla Ciebie cierpieć. Życie moje to TY!

''BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ"

Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzyłam na kartkę papieru, na zdjęcie, które go przedstawiało, ale przecież nie modliłam się do obrazka, nie rozmawiałam ze zdjęciem. Wpatruję się w Jezusa przedstawionego na tym obrazie, rozmawiam z Nim a obraz mi w tym bardzo pomaga.
Więc patrzyłam w NIEGO, głębiej… patrzyłam się i wsłuchiwałam się w poruszenia serca. ON patrzył we mnie… „Co mogę zrobić, Ukochany? Pragnę Ci sprawiać przyjemność.Co mogę zrobić?” – spytałam. Jednocześnie pomyślałam, że tak niewiele mogę… Milczał i patrzył na mnie z czułością.
„Nawet najmniejszy czyn, gest uczyniony dla Mnie z miłości sprawiają Mi ogromną przyjemność, powiększają Moją chwałę – usłyszałam po chwili – ty już to robisz. Upatrzyłem sobie ciebie”. Milczałam… „Cierp bez skargi. Gdy bardzo boli, wiedz, że jestem blisko, bliżej niż myślisz”.
Pomyślałam o dzieciątkach nienarodzonych zabitych przez własne matki… lekarzy… rozszarpywane, miażdżone. „Za nie ofiaruję” – szepnęłam. Jezus posmutniał. „Ich dusze są najbliżej Mojego Tronu”. „I co robią? – spytałam – błagają o  litość dla swoich matek?” „Tak- powiedział Głos – one nie wiedzą co to nienawiść, jednak JA szanuję wolną wolę ich matek. Czekam na żal i nawrócenie”.
Westchnęłam smutno… i patrzyłam dalej…
„Nie zostawiaj Mnie nigdy samego… ” – usłyszałam jeszcze. Bóg, który tęskni za człowiekiem. Za mną…

MIŁOŚĆ NAD MIŁOŚCIAMI

Żeby opisać moje dzisiejsze (to chyba złe słowo „dzisiejsze”, ale niech będzie…) spotkanie z Jezusem, muszę zacząć od nocy. Wtedy przeczytałam Czytania przeznaczone na dziś. Wszyscy w domu spali. A ja leżałam z zamkniętymi oczami i rozmyślałam.
„Ja, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: „Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą”.
Nie bój się, robaczku, Jakubie,
nieboraku, o Izraelu!
Ja cię wspomagam, mówi Pan,
odkupiciel twój, Święty Izraela (…)”
„Ile miłości jest w tych słowach, ile czułości, ile ojcowskiej i matczynej troski – myślałam – niesamowite! Robaczku, nieboraku, jakie to czułe… tkliwe”. Wiedziałam, że Ukochany jest zawsze przy mnie, że się mną opiekuje, że cierpi razem ze mną. Widziałam jak mi błogosławi, wtedy, w nocy też. Leżałam zachwycona… „Twoje Serce bije dla mnie a moje bije dla Ciebie” – powiedziałam do Niego.
„Jestem Miłością nad miłościami- usłyszałam w głębi serca. „Tak… Miłość nad  miłościami” – pomyślałam zachwycona i po chwili zasnęłam…
Kiedy już w dzień wpatrywałam się w Jego Oblicze, zdawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Też się do Niego uśmiechałam. „Miłość nad miłościami”… Trwaliśmy tak uśmiechnięci. Byłam bardzo szczęśliwa a w moim sercu panował pokój i radość, choć fizycznie  czułam się, łagodnie mówiąc, nie najlepiej.
Pomyślałam znów o „robaczku”. Tak mówi się o kimś/o czymś maleńkim, bezradnym, nieporadnym. O stworzeniu tak małym, że niewidocznym. Pokornym. Zapragnęłam być taka…
„Od tej pory będę Twoim robaczkiem. Tak mnie nazywaj, mój Ukochany – powiedziałam.
Zdawało mi się, że promienieje jeszcze bardziej.

ZAWSZE

Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii znów się w Niego patrzyłam. W głąb… Jego dobre, łagodne oczy patrzyły we mnie. Tak wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Rozmyślałam nad Jego słowami. O tym, że jest łagodny i pokorny. Jarzmo Jego jest słodkie a brzemię lekkie. Przypomniały mi się słowa wielkopostnej pieśni ” Słodkie drzewo, słodkie gwoździe, rozkoszy owoc nosiło… Skłoń gałązki, drzewo święte. Ulżyj członkom tak rozpiętym…”
Wszystko to było w Jego oczach, bardzo smutnych dzisiaj. „Oczy są zwierciadłem duszy”- pomyślałam. Patrzyłam dalej. Bardzo długo…
Naraz usłyszałam głos… smutny, żarliwy, tęskny. „Pragnę ciebie… ciebie całej”. Też byłam smutna, ale na te słowa posmutniałam jeszcze bardziej. „Jezu, Ukochany… tyle  razy oddawałam Ci siebie. Czyżby nie całkowicie?” Milczał. „To teraz Ci siebie oddaję. Każdy skrawek, okruszek mojego ciała i życia jest Twój”. I powtórzyłam modlitwę, którą odmawiam podczas Podniesienia: „Jezu mój, Miłości moja, Ty jesteś mój, ja jestem Twoja”.
„I serce i duszę?” „Tak, przede wszystkim. Tylko Ty możesz tam wejść. Rób ze mną co chcesz”. „Będę”.
Patrzyłam w Niego dalej. „Dlaczego jesteś smutny?”- zapytałam po dłuższej chwili milczenia. „Bo ty jesteś smutna”. „Tak, smutna jestem – westchnęłam – zmęczona. Prawie całą noc nie spałam i… Zresztą wiesz jak było”. „Wiem, byłem z tobą. Zawsze jestem”.

PISZ!

Drugi dzień na pustyni… Choć ta pustynia jest dla mnie, przynajmniej na razie, zieloną oazą. Pełną światła. Tu odpoczywam…
Ale po kolei. Dziś także wpatrywałam się w Jego Oblicze. Długo. Nie oczekiwałam na Jego głos. Wystarczyło mi, że mogę na Niego patrzeć.
Jednak… ” Witaj ukochana moja!”- odezwał się z głębi mego serca. Zdumiałam się znowu… Powiedziałam Mu, że jestem bardzo szczęśliwa. „Pragnę, żebyś była szczęśliwa. Chcę być twoim Szczęściem”. „Jesteś Nim-westchnęłam w duchu – tylko przy Tobie jestem szczęśliwa, w Tobie i z Tobą”. Milczał, ale jakby się do mnie uśmiechał.  Też się do Niego uśmiechałam.
„Zmęczona jestem”- odważyłam się powiedzieć. „Odpocznij więc”- ciągle się uśmiechał. Milczeliśmy dłuższy czas. A ja odpoczywałam. Wpatrywałam się w Niego bardziej i bardziej… Czerpałam siłę z patrzenia na Niego. Z Jego Oblicza bijącego blaskiem. Wygrzewałam się w Jego świetle jak w Słońcu… Patrzyłam na UKOCHANEGO, a ON patrzył na mnie. Tylko tyle i Aż tyle..
Potem pomyślałam (nie wiem dlaczego…) o blogu. Jak ja o tym napiszę? Czy w ogóle mam o tym pisać? – myślałam. „Wstydzisz się Mnie?” zapytał głos. „Nie! skąd, Panie – zaprzeczyłam gwałtownie- tu nie chodzi o wstyd! Tylko… to nasze spotkanie, Twoje i moje. Takie osobiste i intymne. Jak o nim piszę, czuję… jakby ktoś nas podglądał.
„Pisz, pisz na świadectwo innym!”
Więc piszę….
A kiedy zamykam oczy, widzę Jezusa, który mi błogosławi…

ON

Tak wygląda jakbym wczoraj urwała. Przerwałam bo nie miałam sił pisać dalej. A po drugie nie wiedziałam co. Trwałam w zadziwieniu. I nadal trwam. Głos, który mówił do mnie w sercu, nie powiedział nic nowego. Nic o czym (przynajmniej w teorii) bym nie wiedziała. Z drugiej strony… Ten głos, słowa… poruszyły mną do głębi. Wstrząsnęły. Tak… Wczoraj o tym nie pisałam, ale, przy drugim „jesteś piękna w moich oczach”, poddałam się, nie wiem jak to inaczej określić… Rozpłakałam. Ryczałam jak bóbr… 🙂 A Ty, mój Ukochany na mnie taką patrzyłeś. Jednak ten płacz paradoksalnie bardzo mi pomógł. Był to płacz oczyszczający. Oczyszczający moją duszę. Zmywający brudy, uprzedzenia do samej siebie. Od razu zaznaczę, że nie jestem osobą płaczliwą. Jestem tzw. „twarda sztuka” 🙂 Więc płakałam a spojrzenie Ukochanego uzdrawiało moją duszę.
I jeszcze jedno. Nie będę nikogo przekonywać, że głos, który słyszałam był głosem Jezusa. Czytający ten blog mogą przyjąć lub odrzucić moje słowa. Wolna wola. Ja jestem pewna, że to był ON. Że JEGO Serce bije dla mnie. I jestem pewna w JEGO Oczach. To mój Ukochany. ON działa cuda w moim sercu. Tylko ON może tam wejść.

SŁUCHAĆ…

Dziś rano po wysłuchaniu homilii ks Tomasza postanowiłam wyjść na pustynię. „Na wielkie żółte nic”. http://delurski.pl/3690/prostujcie-sciezki/
Miałam, mam o tyle „‚ łatwiej” (zresztą nie wiem czy to było ułatwienie…), że często rozmawiam z Ukochanym w nocy. Wtedy w ciszy nikt nam nie przeszkadza. Wsłuchuję się w Jego głos. Mówi do mnie, do serca. Jednak to jest noc… jakby naturalny klimat do rozmowy.
Często też przed rozważaniem Ewangelii wpatruję chwilę w obrazek Jezusa Miłosiernego, który mam w Biblii. Jednak muszę przyznać, że ostatnio tę praktykę zaniedbywałam, albo bardziej skupiałam się na tekście Ewangelii. Postanowiłam, że od dziś to się zmieni.
Otworzyłam Pismo Święte i przeczytałam fragment dzisiejszej Ewangelii. Akurat było o paralityku, którego przyjaciele chcieli, żeby Jezus uzdrowił. Chcieli go przynieść do Niego, ale z powodu wielkiego tłumu, nie mogli. Spuścili go więc przez dach, pod stopy Jezusa. Potem zaczęłam wpatrywać się w Jego wizerunek… Pomyślałam, że to ja jestem tym sparaliżowanym, który patrzy na Jezusa.
Patrzyłam w Jego oczy, takie jasne, piękne i dobre. Wpatrywałam się w Jego twarz. Długo. Nie wiem jak długo… Patrzyłam i patrzyłam. Nie wiem kiedy usłyszałam głos. Mówił wprost do mojego serca. Był znajomy. „Moje Serce bije dla ciebie”- mówił. Milczałam zdumiona i zachwycona… I powoli do mojego serca zaczął spływać pokój, którego dawno nie miałam, a którego tak bardzo pragnęłam. Wpatrywałam się ciągle…  „Jesteś piękna w moich oczach”- mówił dalej. Oburzyłam się, przecież wiedziałam, że jestem brudna i pełna grzechów. „Jesteś piękna w moich oczach”- powtórzył głos. Ciepły i czuły, ale stanowczy. „Piękno polega na kochaniu”. Zaczęłam zapewniać, że Go kocham i pragnę kochać bardziej i bardziej. „Wiem”- odpowiedział. Patrzyłam i patrzyłam dalej. Pomyślałam w sercu, że Jego głos nie jest cichy, ale bardzo wyraźny. „Mówię do tych, którzy chcą mnie słuchać”.
Ja pragnę Go słuchać…

WYZNANIE

Ukochany Jezu… dziś na Eucharystii znów mnie podniosłeś. Utwierdziłeś w swojej Miłości. Przytuliłeś do Serca moją zranioną duszę. W ostatnich dniach coraz bardziej dajesz mi poznać moją grzeszność i małość. Poznaję jak bardzo Cię ranię grzechami. Jak bardzo boli Cię mój grzech… Im bardziej jesteśmy przez kogoś kochani, tym większy ból mu sprawiamy naszą niewiernością, zdradą. I tak jest między nami, Tobą i mną…
Dajesz mi to poznać, a jednocześnie nie upokarzasz, nie poniżasz. Przeciwnie. Pomagasz powstać, podnosisz, utwierdzasz. Pokazujesz mi moją słabość bo pragniesz, żebym wciąż się nawracała, była bliżej Ciebie. Twoja Miłość do mnie (jak do każdego) jest bardzo wymagająca. I bardzo Ci za to dziękuję.
A ja…? Uczę się ( TY mnie uczysz) stawać w prawdzie z własną słabością i nędzą. Nie uciekać ze wstydu przed Tobą, ale prosić o przebaczenie i miłosierdzie. Nie chcę uciekać (choć to wydaje się być łatwiejsze), chcę, pragnę, z Twoją pomocą walczyć z moimi grzechami.
I pragnę żyć na Twoją chwałę.
Kocham Cię Jezu. Wiesz o tym.

NA SKALE

„Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.
Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony.
Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.”
Mt 7,21.24-27
Ukochany Jezu… często mówię Ci „Panie, Panie”. Słucham Twoich Słów. Czy Je wypełniam? Staram się… Ty wiesz. Często błądzę, upadam, jestem tylko grzesznikiem, błagającym o Twe Miłosierdzie… Jednak Ty jesteś Skałą, na której staram się budować mój dom, życie. Ty jesteś moją Opoką. Podporą. „Im bardziej świat staje na głowie tym mocniej trzeba trzymać się Boga. On jest Opoką i Twierdzą.”- napisałam wczoraj na FB. Tak, dzisiejszy świat staje na głowie! Pod płaszczykiem nowoczesności burzy od wieków ustalone i utrwalone normy etyczne, zasady, wartości. Tworzy nowe, futurystyczne, bzdurne ideologie. Uderza nimi w rodzinę, dzieci, Boga. Nie mogę mówić, że to mnie nie dotyczy, nie obchodzi. Dotyczy i obchodzi!
To jest ten deszcz, to są te wichry i potoki, o których mówisz w dzisiejszej Ewangelii. Uderzają na mój dom, otaczają go ze wszystkich stron! Napierają na niego, chcą go zburzyć. Zniszczyć. Zmieść z powierzchni. Sama nie dam rady się im oprzeć. Jednak Ty, Skała, na której utwierdziłam, osadziłam moje życie, nie pozwolisz go zniszczyć. Wiem to.

GDZIEŚ, NA ŚWIECIE…

Gdzieś na świecie w łonie nieznanej mi kobiety, matki kształtuje się człowiek. Rozwija się pod jej sercem. Dziś właśnie kończy miesiąc. To moje duchowe dzieciątko… Tak dalekie i nieznane. A jednocześnie tak bardzo mi bliskie. Kochane. Znam je bardzo dobrze. Jestem jego duchową matką… Znam płeć dzieciątka, nadałam też imię. Ale niech to na razie otula mrok tajemnicy.
Gdzieś na świecie pod sercem swej mamy rozwija się człowiek… A Bóg najlepszy Ojciec tka je, chroni i strzeże. Ucałuj je, Ojcze, ode mnie…

NA PRZEKÓR

Pragnienie… mimo zmęczenia. Na przekór niemu, wbrew niemu. Gdybym myślała, o tym, że jestem zmęczona, w ogóle bym tu dziś nie weszła. Nie pisała. Jednak jest Ktoś, kto przyjmuje to moje zmęczenie w ofierze. Ktoś, kto podtrzymuje mnie w takich chwilach, momentach, dniach jak ten. On jest najważniejszy. Ważniejszy od choroby, cierpienia, zmęczenia. A jednak obecny w tym wszystkim. I to jest Jego, Jemu to wszystko oddałam, ofiarowałam. Ja jestem Jego. Na przekór mojej słabości i niemocy. Jestem Jego. A On jest mój.
„Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa.”
Na przekór wszystkiemu.

O, PRZYJDŹ…!

Ks Tomasz na profilu swojego bloga na FB napisał: „Gdybym miał zastąpić nazwę „Adwent”, napisałbym „Tęsknota”. Taka pisana z wielkiej litery. Wsłuchajcie się w adwentowe pieśni i melodie, może zrozumiecie o czym piszę.” I umieścił ten utwór :

Słucham i słucham… i im dłużej słucham, tym bardziej tęsknię… Ten utwór cały jest Tęsknotą. Za Kim? Za Emmanuelem. Bogiem z nami. I za CZYMŚ jeszcze… Tęsknota KOGOŚ jeszcze… za kim?
Tęsknota to żal za tym co już się zna. Poznało  się TO, pokochało. Z jakichś powodów utraciło. Nie można Tęsknić za tym, czego, Kogo się nie zna. Na początku, po stworzeniu człowieka, Bóg był blisko. Człowiek Go znał, kochał. I Bóg znał człowieka, stworzył go przecież, tchnął w niego Życie, swoje Życie. Uczynił go swoim przyjacielem… Potem kłamstwo, ukrycie ze wstydem. I Tęskne wołanie: ” Adamie, gdzie jesteś?” „Przyjacielu, dziecko, dlaczego..?” I to wołanie trwało wieki. Trawiące, żałosne, niekiedy gniewne… ckniące, żarliwe… Wołanie zdradzonej Miłości. I Pragnienie powrotu do tego co już było. Do niczym niezmąconego Pokoju. Raju. Pragnienie Spotkania.
A człowiek? Zagubiony, zraniony przez swoją pychę i egoizm. Zawiedziony fałszywymi obietnicami. Też zatęsknił… zapragnął. I tak spotkały się dwie Tęsknoty, Pragnienia… Rzewne i żarliwe.
I te Tęsknoty wyrywają się, tchną z tego utworu. Smętnego i nostalgicznego. Jednocześnie jest w nim nutka nadziei, że te Tęsknoty się spełnią, ziszczą. I Miłości spotkają się. I wróci dawny Pokój…
A pieśni adwentowe? Tchną tą samą Tęsknotą.
1. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
O, wstrzymaj, wstrzymaj, Twoje zagniewanie,
I grzechów naszych zapomnij już, Panie.
2. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Pusto w Twem mieście i pusto w Syjonie
Jerozolima w boleści tonie.
3. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Runął dom Twój świętości i chwały,
Gdzie dla Cię, hymny Ojców naszych brzmiały.
4. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Grzech nas oszpecił i w nieczystej postaci
Stoim przed Tobą jak trędowaci.
5. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Padliśmy -wszyscy, jakby liść jesieni,
Zbrodniami, jakby wichrem rozproszeni.
6. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Tyś Twe oblicze zasłonił przed nami,
I Tyś naszemi złamał nas zbrodniami.
7. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
O spojrzyj, spojrzyj na lud Twój znękany,
I ześlij tego, co ma być zesłany.
8. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Poślij Baranka, a daj niech przybędzie
Z głazów pustyni, niech nam Panem będzie;
9. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Na górze córy Syjonu się zjawi,
I po łzach tylu z jarzma nas wybawi.
10. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Pociesz się, ludu, pociesz w twej niedoli,
Już się przybliża kres twojej niewoli.
11. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Czemuż się smucisz? Bolejesz tak srodze?
Nie bój się, nie bój, ja cię wyswobodzę.
12. Niebiosa, rosę, spuśćcie nam z góry;
Sprawiedliwego wylejcie chmury.
Jam jest twym Panem, ja doli twej sprawcą,
Ja twoim Świętym, ja Bogiem i Zbawcą.

CZEKAM

Ukochany Jezu… jestem bardzo zmęczona i boli bardzo. Dziękuję Ci, że mogę ofiarowywać. Że cierpisz ze mną… a ja z Tobą. To dla mnie wielkie szczęście i wielka radość. Wielka!
Rozpoczynam Adwent. Czas oczekiwania na Święta Twojego Narodzenia. I na Twoje powtórne przyjście. Całe moje życie tu na ziemi jest oczekiwania, przygotowania na spotkanie z Tobą. Czekam, czuwam. Z radością, ufnością i nadzieją. Z miłością! Czy boję się śmierci? Może to zuchwałe, ale nie. Nie boję się! Jakże miałabym się bać, skoro wtedy spotkam Ciebie. Mojego Ukochanego! Oblubieńca! Jakże mam się bać Tego, którego kocham, i który mnie kocha?!
Obawiam się tego, że długi okres będę w czyśćcu…. bez Ciebie… Ale ufam, że wieczność spędzę z Tobą, Umiłowany mój. Tęsknię za Tobą. I czekam. I czuwam.

O SZTUCE I PIĘKNIE

Zacznijmy od przypomnienia podstawowych pojęć. Zaglądam do Słownika języka polskiego i czytam: ” sztuka1. «dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne; też: wytwór lub wytwory takiej działalności» 2. «umiejętność wymagająca talentu, zręczności lub specjalnych kwalifikacji» 3. «czyn dokonany dzięki takiej umiejętności» 4. «utwór dramatyczny przeznaczony do wystawiania na scenie» 5. «przedstawienie skonstruowane na podstawie takiego utworu»”
Dalej: „artysta1. «osoba uprawiająca jakąś dziedzinę sztuki» 2. «osoba odznaczająca się mistrzostwem w jakiejś dziedzinie» • artystka”.
Mistrzostwem! Idźmy dalej.  „Piękno1. «zespół cech, który sprawia, że coś się podoba» 2«wysoka wartość moralna»,
piękny – «pierwszy człon wyrazów złożonych wskazujący na piękność tego, co nazywa drugi człon złożenia» 1. «odznaczający się pięknem kształtów, barw, dźwięków itp.» 2«mający dużą wartość moralną» 3. «mający najlepsze cechy swojego gatunku, rodzaju itp. lub będący doskonałym w jakiejś dziedzinie»”

„Od 7 września w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej prezentowana jest wystawa „British British Polish Polish:  Sztuka krańców Europy, długie lata 90. i dziś”. Składa się na nią m.in. film Jacka Markiewicza – „Adoracja Chrystusa” z 1993 roku.
Na filmie nagi Markiewicz leży obok figury obnażonego Chrystusa na krzyżu. Przytula go, ociera się o niego genitaliami oraz pieści. Artysta tłumaczy, że motywacją do zrealizowania tej pracy była chęć obrażenia tego, co nie jest Bogiem. Według niego ludzie modlą się w Kościołach do wyrzeźbionych niby-bogów. Natomiast on, poprzez swoje kontrowersyjne ruchy na filmie, adoruje Prawdziwego Boga.”
Żródło: http://anwo.salon24.pl/545919,adoracja-jezusa-przy-pomocy-meskich-genitaliow
(Nie odważyłam się wkleić zdjęcia. Kto chce, niech sam wejdzie na powyższą stronę i je zobaczy, kto nie chce, niech nie wchodzi)
Wracając do tematu.
Czy na podstawie przytoczonych wyżej definicji sztuki, artysty i piękna, pracę J. Markiewicza można nazwać dziełem sztuki, tym co jest piękne, a jego samego artystą? Nie.
„Bo piękno na to jest, by zachwycało”- pisze Cyprian Kamil Norwid
Tak… dzieło sztuki ma zachwycać, urzekać, oczarowywać, fascynować. Ma oddziaływać na odbiorcę, unosić jego zmysły i duszę ku celom wyższym, ma promieniować pięknem. Ma wzruszać, poruszać. Po obejrzeniu dzieła sztuki odbiorca ma chcieć stawać się lepszym. W końcu takie dzieło ma budzić podziw, uznanie i szacunek dla jego twórcy, dla artysty właśnie. Artysta powinien być mistrzem w swojej dziedzinie, swego rodzaju autorytetem, wieszczem.
A dziś cóż… dzisiejsza sztuka zionie pustką… wielką pustką. Dzisiejszemu artyście brakuje pomysłów, inwencji twórczej, polotu, kreatywności, wyobraźni, fantazji, świeżości, żeby stworzyć coś piękne, że szokuje. Tym ściąga uwagę na siebie i wydaje mu się, że jest sławny.
Profanuje rzeczy święte, buduje różnego rodzaju „instalacje artystyczne” bo nie ma pomysłu na siebie. Ktoś powie, że to też jest sztuka i trzeba mieć wyobraźnie, żeby takie coś wymyślić. Cóż… o gustach się nie dyskutuje. Mówią same za siebie.
A mnie, żeby zobaczyć prawdziwe Piękno i Sztukę, i żeby się nim zachwycić, pozostaje sięgnąć po albumy z reprodukcjami dawnych Mistrzów. Smutne, ale prawdziwe…

NIE ROZUMIEM

Ukochany… nie nadaję się do tego świata. Nie ogarniam go, nie rozumiem. Co więcej, nie chcę rozumieć. Bo jak zrozumieć kłamstwo, głupotę, chamstwo, zboczenia ukazywane, promowane jako normalność. Samozwańczy „eksperci” kreowani przez liberalne, amisyjne media. Gadające głowy w telewizorach, wmawiają widzom, że czarne jest białe, że płeć można samemu sobie wybrać, że homo jest okej. Wmawiają tak długo aż ci widzowie, odbiorcy uwierzą i przyjmą za normę. A tych, którzy nie zechcą przyjąć oskarży się o nietolerancję i ciemnogród. Ja tolerancyjna dla takich „norm” nie jestem. I nigdy nie będę. Dla mnie przestrzeganie Twoich praw jest najważniejsze. I Prawda jest Jedna. Ty Nią jesteś. Przyjdź Panie Jezu i uratuj ludzkość. Uratuj ją od niej samej.

USTA

I znów mogę pisać do Ukochanego. Dzięki mojej Podkowie :), dzięki Januszowi. Do późna w nocy pracował, żeby mój blog i kilka innych bardzo ważnych stron uratować. Przywrócić do życia. I udało się 🙂
Tak… znów mogę pisać. Cieszę się bardzo.
Ten blog jest dla mnie ważny. Ktoś może powiedzieć, że to takie wirtualne, nierealne, nieprawdziwe. Że to tylko blog. Ten blog to jakby moje usta. A usta to bardzo ważny narząd. Dzięki ustom możemy komunikować się z innymi ludźmi. Możemy wyrażać swoje myśli, pragnienia, marzenia.
Ja z powodu choroby mówię bardzo niewyraźnie. Nie mogę porozumiewać się z innymi jak zdrowi ludzie. Poza tym ust używam do czego innego, są moim narzędziem pracy. Ustami maluję.
A tu piszę. I każdy kto chce, może to przeczytać. Piszę jednym, trochę sprawniejszym palcem. Coraz mi trudniej. Ale póki co piszę i będę pisać.
Ten blog to moje usta… 🙂

BYĆ ŚWIADKIEM

Ukochany… pragnę być Twoim świadkiem. Rycerzem. Obrońcą tych, którzy sami nie mogą się jeszcze obronić. Bezbronnych. Tych, których głos jedynie Ty słyszysz… Moich braci i sióstr najmniejszych. Nienarodzonych. Którym wielu odmawia prawa do życia, szczęścia. Prawa do miłości. Odmawia się im człowieczeństwa… mówiąc, że to jeszcze nie jest człowiek (nie ma jeszcze dobrze rozwiniętego mózgu, tak mówią, więc można spokojnie zabić…) Jakby dobrze rozwinięty mózg stanowił o człowieczeństwie to mnie nie można było nazwać człowiekiem, bo mam mózg uszkodzony przez chorobę…
Ci najmniejsi są ludźmi. Mają w sobie Boże Tchnienie. Ty ich tkasz, kształtujesz w łonie matek. Każdego ukształtowałeś….
I ja pragnę o tym mówić, pisać. Mówić przede wszystkim tym, którzy namawiają do zabijania. Dyskutować, tłumaczyć. Tak jak potrafię. Prosto, rzeczowo i… pokornie. Z miłością. Dopomoż mi w tym, Ukochany.

POPRAWIANIE

Maluję. Moja dzisiejsza praca polega w dużej mierze na poprawianiu tego co sama zepsułam. Dlaczego? Mam ruchy mimowolne, które przeszkadzają w malowaniu. Spowodowane przez chorobę. I to one sprawiają, że często na obrazie gdzieś niechcący chlapnę farbą i potem muszę ją wycierać, namalowywać, zmywać… Mozolne trochę. Ale i w tym można znaleźć pozytywy. Dzięki temu uczę się cierpliwości, pokory oraz tego, że na obrazie nie wszystko musi być idealne. 🙂

KRÓL

Witaj mój Królu i Panie! Królu ukrzyżowany, rozpięty między Niebem a ziemią. Wiele razy opowiadałeś o swoim królestwie. Królestwie miłości i sprawiedliwości, prawdy i pokoju. O Królu, który był sługą, pierwszy ostatnim, najmniejszy największym.
Dziś widzimy cierpiącego Króla, umierającego na krzyżu, za swoich poddanych, za swoje stworzenia… Wyszydzonego i wykpionego przez nie. Tylko jeden widzi w Tobie Króla, uznaje Twoje królestwo. Upokarza się i prosi o przebaczenie. I otrzymuje je. Dobry Łotr… Proszę dziś za nim- „Jezu, wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do swego królestwa…”
Chrystus Król

O ABORCJI – ks Tomasz

Dziś oddaję głos księdzu Tomaszowi:

To nie będzie jakiś usys­te­ma­ty­zo­wany tekst o abor­cji. Jest to kilka fak­tów zna­le­zio­nych w róż­nych książ­kach doty­czą­cych tego pro­blemu. Część z nich pew­nie jest znana, część może być dla Was nowa. Jak­kol­wiek jest, warto owe fakty wyko­rzy­stać w roz­mo­wie ze zwo­len­ni­kami zabi­ja­nia dzieci.
Pierw­szym kra­jem w Euro­pie, który zale­ga­li­zo­wał zabi­ja­nie poczę­tych dzieci, był Zwią­zek Radziecki. Lenin w 1920 roku zezwo­lił na zabi­ja­nie nie naro­dzo­nych. Wów­czas w całej Euro­pie prawo chro­niło życie ludzkie.
Dru­gim przy­wódcą, który zale­ga­li­zo­wał abor­cję był Adolf Hitler. Dla przy­kładu jedno jego zda­nie: „oso­bi­ście zastrzelę tego idiotę, który chciałby wpro­wa­dzić w życie prze­pisy zabra­nia­jące abor­cji na wschod­nich tere­nach oku­po­wa­nych“. Po zakoń­cze­niu II wojny usta­wo­daw­stwo znie­siono, ale już w 1956 roku prze­gło­so­wano lega­li­za­cję abor­cji. Ustawa ta obo­wią­zy­wała do 1993 roku.
Niemcy wyko­rzy­stali do ulep­sza­nia asfaltu na auto­stra­dzie pod Ber­li­nem ok. 50 tysięcy ton odpa­dów, z któ­rych część sta­no­wiły zwłoki nie naro­dzo­nych dzieci.
Anglicy wpro­wa­dzili w latach osiem­dzie­sią­tych do lon­dyń­skich szpi­tali roz­drab­niarki do odpa­dów kuchen­nych, w celu „roz­człon­ko­wa­nia“ ciał zabi­tych dzieci, ponie­waż zwłoki nie naro­dzo­nych nie pod­dane tej pro­ce­du­rze zaty­kały rury kanalizacyjne.
Firma IG Far­ben pro­du­ko­wała cyklon B, po woj­nie firma Host (powstała w wyniku prze­kształ­ceń IG Far­ben) wpro­wa­dziła pigułkę RU-​486 powo­du­jącą che­miczną aborcję.
W USA abor­cja jest prze­rwa­niem życia dziecka na eta­pie od poczę­cia do uro­dze­nia główki 9-​miesięcznego dziecka. Ustawa, którą wpro­wa­dził pre­zy­dent Clin­ton, daje mor­der­com zie­lone świa­tło. Zgod­nie z pra­wem, kiedy rodzi się zdrowe dziecko w dzie­wią­tym mie­siącu ciąży, lekarz może na życze­nie matki, w chwili kiedy główka jest już widoczna w kanale rod­nym, roz­bija ją, wysysa mózg dziecka, a ciałko wrzuca do kubła. Wszystko zgodni z prawem.
Jeśli dziecko prze­żyje próbę zabi­cia go w łonie matki i uro­dzi się żywe, może być odło­żone na bok, aby umarło z głodu i zimna. Prze­ciw temu obrońcy życia przy­go­to­wali pro­jekt ustawy. Ówcze­sny guber­na­tor stanu Illi­nois, odrzu­cił go. Teraz, ten czło­wiek jest pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Barack Obama otrzy­mał nawet poko­jową nagrodę Nobla…
Dzieci w łonach matek zabi­jane są bez znie­czu­le­nia, cho­ciaż stwier­dzono, że w pew­nej fazie roz­woju czują ból.
Kobieta w sta­nie bło­go­sła­wio­nym już jest matką. Może tylko zde­cy­do­wać czy będzie matką zabi­tego dziecka i czy chce nosić tę odpo­wie­dzial­ność przez całe życie a także odpo­wie­dzieć za ten czyn w wieczności.
Dok­tor Ber­nard Nathan­son, który nakrę­cił gło­śny film „Niemy krzyk“ i który nawró­cił się na kato­li­cyzm, był także tym, który wcze­śniej pro­mo­wał abor­cję. Poda­wał on nastę­pu­jące metody:

  1. Ankiety. Nie­ja­sne, sfał­szo­wane. Nikt nie lubi być w mniej­szo­ści. Wma­wiano więc, że więk­szość jest za aborcją.
  2. Dra­ma­tyzm. Przed­sta­wiano fał­szywe dane o nie­le­gal­nej aborcji.
  3. Karta kato­licka. Powta­rzano, że Kościół nie może zmu­sić kobiety do uro­dze­nia dziecka oraz, że nie żyjemy w pań­stwie wyzna­nio­wym, aby to Kościół usta­lał prawo.
  4. Filo­zo­fia. Utrzy­my­wano, że moment zaist­nie­nia ludz­kiego życia jest pro­ble­mem filo­zo­ficz­nym, teo­lo­gicz­nym, ale nie naukowym.
  5. Media. Środki maso­wego prze­kazu opa­no­wane przez zwo­len­ni­ków abor­cji miały sku­tecz­nie pozba­wić głosu obroń­ców życia lub przed­sta­wiać ich jako grupę oszołomów.

Kolejny z nawró­co­nych abor­te­rów dr Sto­jan Ada­se­vić, opo­wia­dał o prak­tyce abor­cji w Serbii: Prawo prze­wi­dy­wało, że życie dziecka jest pod ochroną od momentu zaczerp­nię­cia pierw­szego łyku powie­trza, stąd wywo­ły­wano wcze­sny poród a obok fotela gine­ko­lo­gicz­nego sta­wiano wia­dro z wodą. Zanim dziecko krzyk­nęło, zaty­kano mu usta i topiono w wia­drze. Wszystko zgod­nie z ówcze­snym prawem.
Za pomocą badań gene­tycz­nych można wykryć zespół Downa u dzieci poczę­tych. Wiemy, że może się to oka­zać, i w prak­tyce czę­sto jest to, wyrok śmierci na dziecko. Co jeśliby odkryto gen prze­są­dza­jący o homo­sek­su­ali­zmie? I na pod­sta­wie tego bada­nia umoż­li­wić zabi­cie dziecka. Czy śro­do­wi­ska lewac­kie pro­pa­gu­jące zarówno abor­cję jak i tezę o wro­dzo­nym homo­sek­su­ali­zmie nie popa­dają w sprzeczność?
Dok­tor Ker­mitt Gosnell gdy było trzeba dobi­jał uro­dzone dzieci, prze­ci­na­jąc nożycz­kami ich krę­go­słupy, potem odci­nał stópki a resztę wyrzu­cał do kosza. Stópki prze­cho­wy­wał jako tro­fea. Wła­dze igno­ro­wały donie­sie­nia przez 17 lat, wyrok zapadł nie­dawno. Ska­zano go za nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Doty­czyło to tylko dobi­ja­nia nowo­rod­ków. Nie doty­czyło to pro­ce­dur póź­nych abor­cji. Taka pro­ce­dura polega na tym, że wstrzy­kuje się do serca dziecka lub macicy odpo­wied­nią dawkę digok­syny. Powo­duje to atak serca u dziecka, który nawet oso­bie doro­słej spra­wia silny ból. Wywo­łuje się poród. Zazwy­czaj jest to już mar­twe dziecko, ale w jed­nym na sześć przy­pad­ków dziecko mar­twe nie jest…
Można wtedy dziecko odło­żyć na bok i pocze­kać aż same umrą. Trwa to cza­sem kilka godzin w cza­sie, któ­rych dziecko kwili i wal­czy o życie.
Abor­cja pochła­nia rocz­nie około 45 do 50 milio­nów osób. II wojna świa­towa – 72 miliony ofiar. Ludo­bój­stwo zwią­zane z abor­cją dzie­jące się w kra­jach zachod­nich w prze­ciągu 40 lat, kosz­to­wało życie pra­wie 1,5 miliarda osób. Pro­to­kół z Gro­nin­gen pozwala w Holan­dii pozwala leka­rzowi zabić uro­dzone już dziecko na wnio­sek rodzi­ców za pomocą zastrzyku. Wystar­czy argu­ment o „bar­dzo niskiej jako­ści“ życia dziecka.
Pod­czas 18 Mię­dzy­na­ro­do­wego Kon­gresu Opieki Palia­tyw­nej w Mont­re­alu, dr Hal Sidel refe­ro­wała pięć przy­pad­ków zagło­dze­nia upo­śle­dzo­nych dzieci. Wstrzy­mano odży­wia­nie i nawad­nia­nie, podano leki uspo­ka­ja­jące i prze­ciw­bó­lowe. Sta­ty­stycz­nie od roz­po­czę­cia pro­ce­dury do śmierci mijało 13 dni.
„Nie ma osób poten­cjal­nych. Osoby mają zdol­no­ści, poten­cje. Osoby mogą się roz­wi­jać. Ale «coś» nie sta­nie się «kimś».“ Robert Spaemann
Jeśli zosta­łeś poczęty we Fran­cji, twoje życie jest praw­nie chro­nione po 10 tygo­dniach ist­nie­nia, w Szwe­cji od 20 tygo­dnia. W USA po uro­dze­niu. Czy to nie dys­kry­mi­na­cja ze względu na wiek? Normy te są prze­cież sprzeczne.
Dziecko upo­śle­dzone. Odkąd można zabić pacjenta, aby usu­nąć cho­robę? Prze­cież przed uro­dze­niem i po uro­dze­niu to ten sam pacjent i to samo upośledzenie.
Jeśli zabi­cie dziecka zapla­no­wane zostało na dzień X, ale dziecko uro­dzi się dzień wcze­śniej, to przy­słu­guje mu już ochrona prawna. Jest to kla­syczna dys­kry­mi­na­cja ze względu na miej­sce przebywania.
Ist­nieje cie­kawa zbież­ność mię­dzy dys­kry­mi­na­cją ze względu na kolor skóry i aborcji.

Nie­wol­nic­two Abor­cja
Pre­ce­dens Dred’a Scotta 1857 Pre­ce­dens Roe vs. Wade 1973
Pro­por­cja gło­sów: 7:2 Pro­por­cja gło­sów: 7:2
„czarny“ nie jest osobą,należy do właściciela Dziecko poczęte nie jest osobą, należy do matki
Można go kupić, sprze­dać, zabić Można go chro­nić lub zabić
Abo­li­cjo­ni­sta nie powi­nien wymu­szać swo­jej moral­no­ści na wła­ści­cielu niewolnika Ludzie „pro-​life“, nie powinni wymu­szać swo­jej moral­no­ści na matce
Nie­wol­nic­two jest legalne Abor­cja jest legalna

Ustawa o Rzecz­niku Praw Dziecka mówi, że dziecko ist­nieje od poczę­cia. Kodeks Karny w art. 157a uznaje za prze­stęp­stwo „uszko­dze­nie ciała dziecka poczę­tego lub roz­strój zdro­wia zagra­ża­jący jego życiu”. Jeśli się nie mylę to w pra­wie mowa jest także o spad­ko­bra­niu takiego dziecka, zapi­so­bra­niu, o ochro­nie prawa do zachowku. Można uznać ojco­stwo dziecka poczę­tego, zabez­pie­czyć rosz­cze­nia ali­men­ta­cyjne przed uro­dze­niem dziecka czy powo­łać spe­cjal­nego kura­tora. Karze pod­le­gają osoby powo­du­jące śmierć dziecka poczę­tego, sto­su­jące wobec matki przemoc.
Dziecko przed i po uro­dze­niu niczym się nie różni; zmie­niło tylko swój spo­sób odży­wia­nia oraz pobie­ra­nia tlenu.
Od kiedy dziecko jest zdolne do nie­za­leż­nego życia?
Na pewno nie wcze­śniej niż osią­gnie ono wiek szkolny. Praw­do­po­dob­nie można by nawet wygrać pre­ce­den­sową sprawę sądową, udo­wad­nia­jąc, że dziecko nie jest zdolne do nie­za­leż­nego życia, zanim nie sta­nie się nastolatkiem.
Naj­czę­ściej sto­so­waną metodą far­ma­ko­lo­giczną zabi­cia dziecka w łonie matki jest zatru­cie stę­żo­nym roz­two­rem soli. Do wód owo­dnio­wych wpro­wa­dza się stę­żony roz­twór soli. Dziecko połyka go oraz wpro­wa­dza do płuc. Jest zatru­wane i wal­czy o życie. Roz­twór zazwy­czaj „wypala“ skórę dziecka, pozba­wia­jąc ją zewnętrz­nej war­stwy. Nie­któ­rzy porów­nują dzia­ła­nie tej metody do efek­tów sto­so­wa­nia napalmu na nie­win­nych ofia­rach wojny. Praw­do­po­dob­nie jest to tak samo bole­sne. Zabój­stwo trwa około godziny. Następ­nego dnia matka rodzi mar­twe dziecko.
Przy­po­mnij­cie sobie, jak było na początku, gdy stwier­dzi­łaś, że jesteś w sta­nie bło­go­sła­wio­nym. Czy każda ciąża była zapla­no­wana, czy zawsze byli­ście szczę­śliwi? A teraz spójrz­cie na swoje dzieci. Czy zgo­dzi­li­by­ście się na zabi­cie ich?
Jeśli pozwo­limy na zabi­ja­nie dzieci tylko dla­tego, że są nie­chciane, to pew­nie sporo czy­tel­ni­ków tego tek­stu nigdy by się nie urodziło.
Dr Phi­lip Ney, pro­fe­sor psy­chia­trii, pod­czas pracy na Uni­ver­sity of Bri­tish Colu­mia opu­bli­ko­wał wyniki badań wska­zu­jące jed­no­znacz­nie na to, że abor­cja (akcep­tu­jąca bru­talne zabi­ja­nie poczę­tych) obni­żyła u rodzi­ców próg wraż­li­wo­ści, skut­kiem czego czę­ściej postę­pują oni bru­tal­nie oraz znę­cają się nad już uro­dzo­nymi dziećmi.
Sta­tystki z Nowego Yorku poka­zują nie­zbi­cie. W latach sześć­dzie­sią­tych ilość przy­pad­ków znę­ca­nia nad dzieci wyno­siła około 5000. Abor­cję zale­ga­li­zo­wano w 1970 roku. W 1975 r. Odno­to­wano 25000 przy­pad­ków znę­ca­nia się nad dziećmi.
Argu­ment z abor­cji wyko­ny­wa­nych nielegalnie? Prze­cież z defi­ni­cji są one nie­le­galne więc jest to zga­dy­wa­nie na pod­sta­wie przy­pusz­czeń. Nawet jeśli weź­miemy pod uwagę zgony matek pod­czas nie­le­gal­nych abor­cji, to nadal zga­du­jemy jaki pro­cent koń­czy się śmier­cią i wtedy osza­co­wać wstecz.
Jeśli nie można wyeli­mi­no­wać, to trzeba zale­ga­li­zo­wać? Zale­ga­li­zujmy kradzież!
Jakim pra­wem Kościół może wymu­szać na kobie­cie uro­dze­nie dziecka, ona decy­duje czy być matką?
Po pierw­sze już jest matką i moment decy­zji dawno się skończył. Po dru­gie jakim pra­wem matka i abor­cjo­ni­sta wymu­szają swoją postawę moralną na poczę­tym dziecku? read more

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com