PROŚBA

Codziennie  ucz mnie       

                             pokory…

codziennie ucz  mnie miłości

                                wiary  i nadziei

              Ucz  radości

                      pokoju

             Ucz  znosić przykrości

                    i  cierpienia.

            Ucz cieszyć  się  z każdego

                    przeżytego  dnia.

           Ucz cierpliwości…

           Ucz odkrywać  Ciebie

                        w  człowieku.

 

Codziennie ucz  mnie 

                             pokory…   Panie !

 

REFLEKSJA

W związku z brakiem odzewu na mój poprzedni post, chciałam podzielić się refleksją. Smutną refleksją…Długo zastanawiałam się dlaczego nikt nie odpowiedział na zawarty w notce apel.

Doszłam do wniosku, że to bierność, niechęć do jakiegokolwiek  działania. Zobojętnienie, marazm…
Działanie wymagałoby trochę wysiłku, ochoty. A przede wszystkim aktywność. Wymaga zdeklarowania się, inicjatywy. Zobowiązania się do czegoś.
Wszyscy lubimy krytykować, piętnować, ganić.  Krytykować najłatwiej. Krytykowanie nic nie kosztuje. Każdy jest wtedy ekspertem, specjalistą, znawcą. Szczególnie jeśli chodzi o Kościół i księży. Wylicza się wady.Czyjeś łatwiej widać…
Działanie wymaga często jakiegoś poświęcenia.
Tymczasem nasza wiara wymaga od nas wysiłku, ochoty, zdeklarowania się, czasem poświęcenia.
Opowiedzenia się za Chrystusem. Choćby w najdrobniejszej sprawie.
Dzisiejszy katolik w naszym kraju nie musi robić wielkich rzeczy, żeby móc manifestować swoją wiarę. Dziś nie musimy być męczennikami.
Nasza wiara ma być praktykowana na codzień. Ukazywana w najdrobniejszych nawet gestach. Te drobne gesty, szczególnie w dzisiejszych czasach urastają do rangi wielkich czynów.
Takim czynem dziś jest modlitwa, czytanie Pisma Świętego, pójście na Mszę.
Często obserwujemy w kościele jak starsze panie, babcie, odmawiają nabożnie różaniec. Często są wyśmiewane z tego powodu.  Zastanówmy się jednak co będzie kiedy one poumierają? Kto się będzie wtedy modlił w naszych kościołach? My…….?
Jezus chce, żąda od  nas opowiedzenia się czy jesteśmy za Nim, czy przeciw Niemu. Za albo przeciw.
Pośredniej alternatywy nie ma. On nie uznaje bierności, miernoty, marazmu. On oczekuje od nas konkretnego czynu.
Czy jesteśmy w stanie jeszcze go zrobić…?

APEL

Aborcja, eutanazja, zabójstwa, dopalacze. Drwina z Boga, krzyża, Kościoła. Z wiary. Życie wyzute z norm moralnych, etycznych. „Róbta co chceta”.

Właśnie teraz my wierzący w Chrystusa musimy się zjednoczyć. Musimy zacząć mówić jednym głosem. W świecie, który ignoruje Boga i Jego przykazania, który Nim gardzi i z Niego szydzi, musimy o Nim mówić, krzyczeć. Mamy „głosić Go na dachach”.
Mamy o Nim świadczyć. Być Jego świadkami. Świadkami Jego Miłości. Jeśli na serio traktujemy Boga i Jego przykazania. Jeśli chcemy by On nas tak traktował. On nas zawsze traktuje poważnie. Jak przyjaciół.

Jednak sami nic nie możemy zrobić, jesteśmy tylko (aż) ludźmi.
Bóg nie zostawił nas samych, osamotnionych, bezradnych. Przeciwnie. Dał nam Swoją Matkę. Dał różaniec.
Chciałam przyłączyć się do apelu Księdza Tomasza prosić wszystkich, którzy czytają ten blog o modlitwę.
Teraz musimy walczyć z różańcem w ręku i czystym sercem.
Wszystkich, którzy zechcą odpowiedzieć na ten apel zapraszam do zaglądania na ten blog.
 Tu znajdziecie szczegóły.

DEDYKACJA

  Codziennie jesteś przy mnie
ubierasz mnie, myjesz,
prowadzisz przez życie.
Zawsze mogę liczyć na Ciebie.
Twoje włosy przyprószone
srebrnym pyłkiem…
Twoje oczy, w których niegdyś
odbijał się błękit Nieba
dziś zblakłe od zmartwień
trosk i cierpień…
Twarz bez uśmiechu…

Pragnę byś była choć trochę
radośniejsza
abyś umiała się cieszyć
z każdego poranka.
Pragnę by w Twoich oczach
znowu przejrzało się
NIEBO !


———
Tekst ten napisałam w 2000 roku. Do szuflady. 
Dedykowałam go najbliższej osobie.
Mimo upływu tylu lat tekst ten nie stracił na  aktualności.
Przeciwnie, uważam, że jest jeszcze bardziej aktualny niż kiedyś.

 

Jesteśmy arcydziełem Boga

Zdać egzamin z wolności

Bóg stworzył człowieka na ziemi, która jest terenem zmagania dobra ze złem, świętości z grzechem, życia ze śmiercią. Stworzył go na obraz i podobieństwo swoje, czyli wyposażył w wolność i wskazał świat czystego dobra,świętości i życia jako jego wieczne mieszkanie. Na ziemi człowiek ma jednak zdać egzamin z wolności. Jego decyzje muszą uwzględniać owe wielkie wartości.Każda z trafnych decyzji doskonali jego wolność. Jeśli decyzja nie jest właściwa, ogranicza wolność i może prowadzić do jej utraty, czyli wielkiego zniewolenia.

 

W tak trudnej sytuacji Bóg wskazał człowiekowi drogę wiodącą do szczęścia: należy czynić dobro, a unikać zła. Gdy Adam sięgnął po zło, Bóg okazał mu miłosierdzie i wezwał do naprawienia popełnionego błędu oraz do powrotu na drogę czynienia dobra. Źle wykorzystana wolność może być jeszcze spożytkowana w dobrym celu. Żyjemy w czasie i dlatego mamy szansę na doskonalenie mądrości i wolności mimo popełnianych błędów.

 

W Starym Testamencie Bóg wskazał grzesznemu człowiekowi drogę nawrócenia przez Dekalog i przykazania miłości Boga i bliźniego, a w Nowym Testamencie wezwał do miłości nieprzyjaciół i miłości wzajemnej. Dał też przykład Syna Bożego, który, ukrywając swe bóstwo, przyjął ludzkie ciało i żył z nami na ziemi. Ukazał nam, jak trzeba się zachować w zmaganiu ze złem i jak zło może uderzyć w sprawiedliwego człowieka.

 

Sumienie – dar Boga

 

Wielką pomocą w wykonaniu zadań zleconych przez Boga było i jest od samego początku sumienie. To coś w rodzaju telefonu komórkowego, jaki posiada człowiek używający rozumu, potrzebnego do wzajemnego kontaktu Boga z człowiekiem w każdej

sytuacji, w jakiej się znajdziemy.

 

Bóg przez sumienie mówi człowiekowi, co jest Jego wolą,czyli co jest prawdziwie dobre. Szanuje jednak wolność człowieka, tak że ten,mimo głosu sumienia, może postąpić wedle własnego uznania. Sumienie nie determinuje człowieka. Wielu słyszy głos sumienia, postępuje jednak według swoich racji, nie pełniąc woli Ojca niebieskiego.

 

Kto liczy się z głosem sumienia, zostaje wypełniony Bożym pokojem. Pokój ten opromienia rozum (czyli umożliwia poznanie prawdy), wolę(czyli doskonali wolność) i serce (czyli pomaga w rozkwicie miłości). Ów dar odsłania prawdę i pozwala w niej żyć. On daje pewność w podejmowaniu słusznych decyzji, udziela też mocy potrzebnej do spełnienia woli Boga. Za takim pokojem tęskni serce każdego człowieka. Ten pokój doskonali jego charakter i decyduje o najważniejszych rysach jego osobowości. Tak ukształtowane sumienie mają ludzie wielkiego ducha, pełniący wolę Ojca niebieskiego.

Zdrowe sumienie posiada trzy przymioty: prawość, pewność i wrażliwość.

Owoc umiłowania prawdy

 

Prawość polega na precyzyjnym odczytaniu woli Bożej w chwili, w której człowiek słyszy glos sumienia. Tej prawdy nie można lekceważyć, bo gwarantuje ona podjęcie właściwych decyzji.

Pewność sumienia jest owocem umiłowania jedynej prawdy. Obok może być dziesięć tysięcy błędnych, kłamliwych informacji na dany temat, alejest tylko jedna prawda. Wygrywa ona z kłamstwem, gdyż kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Czasem ucieka przed prawdą na ziemi, ale wpadnie w jej światło natychmiast po wejściu w wieczność.

 

Wrażliwość pozwala rozpoznać najmniejsze nawet niebezpieczeństwo towarzyszące obłudzie i kłamstwu. Umożliwia też dostrzeżenie konsekwencji błędnej decyzji. Sumienie wrażliwe żyje zawsze w świecie pełnym światła i wychwytuje nawet najmniejszy cień obłudy.

Dziś wiele mówi się o rozumie człowieka i jego inteligencji.Przyznaje się im na tyle ważne miejsce, że na podstawie testu na inteligencję ocenia się i klasyfikuje ludzi. Dla chrześcijan jest to poważne ostrzeżenie, bo szatan jest superinteligentny i super głupi zarazem. O prawdziwych sukcesach życiowych decyduje mądrość, a nie inteligencja.

 

Mądrość bowiem znakomicie wykorzystuje inteligencję, a inteligencja nie potrzebuje na nic mądrości. Drugą istotną według współczesnych wartością jest wolność. Rozumie się ją jako prawo robienia tego, co się komu podoba, bez brania za to odpowiedzialności. Tak rozumiana wolność jest obecnie przeceniana i to ona stanowi usprawiedliwienie dla wszystkich zachowań prowadzących do zaspokajania potrzeb emocjonalnych i pożądliwości. Przy takim „ubóstwieniu” inteligencji, wolności, uczuć i pożądliwości prawie zupełnie pomija się milczeniem kwestię sumienia. Wielu się z nim nie liczy. Tymczasem o mądrości człowieka decyduje dobrze ukształtowane sumienie. Ten, komu zależy na mądrości, szanuje sumienie swoje i innych.

Zagrożenie sumienia

 

Żyjemy w czasach nieustannego bombardowania naszych sumień.Wykorzystywane są do tego wszystkie dostępne metody. Najskuteczniejszą z nich jest zalew informacji, wobec którego człowiek staje bezradny i zaczyna na własną rękę wybierać to, co wydaje mu się prawdziwe. Brakuje mu jednak czasu na jakąkolwiek głębszą refleksję. Nie jest nawet w stanie zadać pytania, dlaczego w danej chwili podają do wiadomości to, a nie co innego. Podobnie jest z wiadomościami przekazywanymi w naszych środowiskach. Najczęściej nie służą one rozpowszechnieniu prawdy, lecz wywołaniu sensacji, która odwraca uwagę od tego,co ważne. Tematy zastępcze dominują dziś w naszym świecie. Mały temat na kilka godzin urasta do wielkiego i deformuje prawdę.

Książę tego świata jest ojcem kłamstwa i nie wolno o tym zapomnieć. Sumienie dobrze ukształtowane odsłania te codziennie masowo podawane kłamstwa. Ten, kto nie ma czasu na wysłuchanie sumienia, ginie w świecie kłamstwa i postępuje jego ścieżkami. Początkowo czyni to często nieświadomie,by dopiero po jakimś czasie zorientować się, co czyni. Wyrwanie się z zakłamanych układów wymaga heroizmu, do którego dorasta niewielu.

Słuchając sumienia

 

Drugim zagrożeniem jest brak modlitwy. To na niej człowiek poświęca czas na nawiązanie kontaktu z Bogiem. To tak jakby włączył „aparat”swego sumienia i przez kilka minut porozmawiał ze Stwórcą na temat przeżytego dnia. Ten, kto to czyni, potrafi zawsze docenić i ocalić sumienie, bo wie, jak cenny jest ten kontakt. Wielu ludzi zrezygnowało z modlitwy i ich sumienia są prawie wyciszone.

Trzecim zagrożeniem jest utożsamienie sumienia z własnym przekonaniem. W moim przekonaniu to ja decyduję o tym, co jest dobre, a co złe,co jest dla mnie pożyteczne, a co mnie za dużo kosztuje.

W dochodzeniu do przekonania nie ma głosu Bożego. Tylko ludzie głębokiej wiary kształtują swe przekonanie, słuchając sumienia. Bowiem Bóg i Jego autorytet znaczy dla nich więcej niż własne wnioski. Przekonanie jest ważne, bo w lawinie wiadomości wytycza drogę życia. Ale jeśli nie liczy się w nim głos sumienia, czyli autorytet Boga, człowiek ze swoim przekonaniem jest tylko jednym z milionów zagubionych ludzi, którzy prędzej czy później odkrywają swe pomyłki. Uznają się wówczas za niewinnych i tłumaczą się przekonaniem, że czynili dobro. W rzeczywistości prawdziwego dobra nie znali.Przed Bogiem odpowiedzą za to, że nie uwzględnili Jego głosu, czyli nie liczyli się ze swoim sumieniem. To ono jest kamieniem węgielnym odpowiedzialności przed Bogiem. W nim mieszka tak zwana bojaźń Boża, która jest aktem autentycznej miłości Boga.

Błąd utożsamienia przekonania z sumieniem występuje bardzo często. Najłatwiej poznać go, zadając człowiekowi pytanie, czym jest według niego sumienie, a czym przekonanie. Najczęściej nie potrafi odpowiedzieć na pierwsze pytanie, czyli nie wie nic o sumieniu. Nie zna „aparatu telefonicznego” pozwalającego na kontakt z żywym Bogiem. Zastąpił go swoimi poglądami.

Wartość pokoju

 

Kto ma dobrze ukształtowane sumienie, jest wypełniony Bożym pokojem, który przelewa w ludzi w każdym z nimi spotkaniu. Reakcje są dwie.Ludzie dobrej woli otwierają swe serca na taki dar. Poszukują spotkania, bo w nim zostają ubogaceni. Ci, którym brak dobrej woli, bo są nastawieni napełnienie swojej, a nie Bożej, nie lubią takich spotkań. Wzywają ich bowiem doliczenia się z sumieniem, są zawsze pytaniem o nie. Oni zaś sumienie zagłuszyli, wielu wyłączyło je nawet i nie zamierza słuchać. Sumienie jest strażnikiem Bożego pokoju w naszych sercach i w naszych środowiskach. To skarb nad skarby, za który należy dziękować Bogu.

 

ks. Edward Staniek

 

                                                          / KATOLIK.PL /   

JESIENNA NOSTALGIA

    

Siedzę w ogródku. Jesienne słońce świeci mi prosto w twarz. Jednak nie przeszkadza, nie razi. Raczej delikatnie dotyka, muska promieniami, rozświetla.
Obserwuję motyle, które latają wśród kwiatów. Wielobarwne i płochliwe.
Jest mi dobrze. Zatapiam się we własnych myślach…Lubię ten stan. Myślę o ” niebieskich migdałach „. O niczym konkretnym…
Chłonę chwilę, cieszę się nią.
Jesień widać dookoła, czuć. Kolorowe liście spadają z drzew. Tańczą na wietrze. Razem z motylami. Trudno odróżnić liście od motyli…
Babie lato, piękne pajęczyny srebrzą się wśród drzew, złocą w promieniach jesiennego słońca.
Niby nic się nie dzieje, po prostu kolejny jesienny dzień…
Jednak jest w nim coś niezwykłego, pięknego, nieopisywalnego.
Chciałabym, żeby ta chwila trwała i trwała…
Jak najdłużej.   

Jasnogórska zakrystia

               Z mojego okna

2010-10-05

Ks. Tomasz Horak, proboszcz parafii Nowy Świętów


Jeśli cała przestrzeń jasnogórskiej zakrystii wypełniona jest wiarą, to cała ta krzątanina jest modlitwą. Pewnie dlatego mój różaniec mimo tylu rozproszeń nie urwał się na którejś zdrowaśce

Dziś wszędzie tłoczno, przysiadłem więc w zakrystii, blisko drzwi do kaplicy. Czy można bliżej? Różaniec w garści,modlę się. Dookoła cały czas coś się dzieje. Moja obecność niczego nie zakłóca.W głębi zakrystii dyżurni bracia zapisują Msze święte. Widzę tam i moich parafian. Tu znowu diakon poświęca różańce, obrazki, medaliki. Ze swadą odmawia modlitwę i z dużą wprawą macha kropidłem, ma chłopak styl. W końcu on to robi ileś razy dziennie. Za mną cały kąt zastawiony plecakami. Dużo ich jest.

Ciekawe, skąd przywędrowały na czyichś plecach? Schodzą się księża. Widać, że dostojni. Twarze bardzo charakterystyczne, aż by sięgnąć po aparat i portretować po kolei. Byłby album.Nie wypada. Kątem oka zerkają na nieznajomego prałata z różańcem (niby na mnie). Rozmawiają półgłosem, ubierają ornaty. Chyba nie kojarzą mojej twarzy z„legitymacją” w GN. Pewnie to i dobrze. Nagle za moimi plecami jakiś głos huknął: „Czy tu nie za głośno?”. Właściwie to dopiero on narobił hałasu, ale stłumiony gwar na chwilę przycichł. Na chwilę. Życie ma swoje prawa, a jasnogórska zakrystia żyje. I to dość intensywnie. Gwar jest więc nieunikniony.

Przesuwam w palcach paciorki różańca, w myśli zaś tajemnice… Ale ta cała jasnogórska logistyka też jest jakąś tajemnicą. Bo to jest logistyka. Umundurowany strażnik wyjmuje ze schowka gruby sznur z zaczepami, tamten bierze krzesła, ten zaś jakąś tablicę,wychodzą, wracają, inny przygotowuje spore tace. Na co te tace? Za chwilę jakiś zakonnik przynosi woreczki z ziarnem – jasne! Dziś Matki Boskiej Siewnej.Porządnie – osobno sypie pszenicę, osobno żyto, owies, jęczmień. Tam znowu zbiera się orkiestra. Ale nie tylko logistyka jest tu tajemnicą. Tajemnicą jest tu wiara.

Przecież wszyscy ci ludzie są tu dlatego i dlatego robią to, co robią, że jest w nich wiara! Nie mówcie mi, że oni tu tylko pracują. Bez wiary z takiej pracy uciekłbyś po tygodniu albo dwóch. Jeśli zatem cała przestrzeń jasnogórskiej zakrystii wypełniona jest wiarą, to cała ta krzątanina jest modlitwą. Pewnie dlatego mój różaniec mimo tylu rozproszeń nie urwał się na którejś zdrowaśce, ale z całą świadomością kolejnych tajemnic dobiegł do ostatniego paciorka. Jeszcze jakiś zakonnik poprosił mnie o spowiedź. Słuchając go, zrozumiałem: to więcej niż wiara.

Oni kochają swoją Panią.

 

                                                                   http://goscniedzielny.wiara.pl/

WYJAŚNIENIE

 

TU  AUTORKA  TEGO BLOGA – MAK.-  Monika jak kto  woli. Wczoraj skomentowałam  wpis Wiesławy ale chyba ona nie zorientowała się,  że MAK.  to ja.  Piszę więc jeszcze raz.  Nie tylko do  Wiesławy, do wszystkich komentujących  moje notki.

Po pierwsze :  W komentowaniu moich postów nie o to chodzi, żeby wszyscy się ze mną zgadzali i żeby ten blog był  piękny , gładki i bezdyskusyjny. A  przez to nudny  i monotonny. Przeciwnie  tu trzeba rozmawiać,dyskutować  a  nawet się kłócić.To ma być żywy blog. Najważniejsze  jednak, żeby  właśnie była to dyskusja konstruktywna,merytoryczna, rzeczowa i  twórcza. Na argumenty.

Nie ma to być wzajemne ubliżanie,  obrażanie i poniżanie kogoś kto ma odmienne zdanie.

Po drugie : Tutaj może wypowiedzieć  się każdy. Bez względu na swoje poglądy, przekonania religijne,  światopogląd, zapatrywania.  Każdy ma prawo  skomentować  mój  post  i każdy powinien (musi ) być traktowany  z szacunkiem.

Po trzecie : Proszę wszystkich, żeby  traktowali mnie poważnie. Nie bronili mnie. Nie używali  mnie i  mojej  choroby  jako  argumentu  w  dyskusji.  Nie używali mnie jako tarczy obronnej kiedy brakuje innego argumentu.

A po  czwarte :Potrafię  obronić się sama. Nie potrzebuję obrońców. Czasem  nie komentuję  Waszych  wpisów świadomie. Czytam każdy wpis ale nie każdy komentuję.

Ja swoje zdanie wypowiadam w poście  a Wy się  do niego ustosunkowujecie  w komentarzach.

Życzę wszystkim poważnej i  zrównoważonej, spokojnej dyskusji.

Uczmy się szanować zdanie innych.

🙂             

BIBLIA

  Mam w domu Biblię. Swoją własną. Dostałam ją od babci. Wiele lat temu.
Pewnego dnia babcia przyszła do mnie z tą wielką Księgą, dała mi ją mówiąc :” masz Moniś, to dla ciebie. Czytaj ją”.
Kilka lat później babcia umarła.
Biblia, którą od niej dostałam jest do tej pory. Staram się ją czytać codziennie, rozważać, poznawać.
Leży otwarta na moim stoliku.
Jest bardzo sfatygowana przez czas i od mojego czytania. Pożółkła.
Ma bardzo delikatne, cieniutkie kartki, trudno mi je przewracać… Jednak czytam ją bo w niej zawarte jest wszystko w co wierzę. Zawarte jest Słowo Boga. On Sam.
Czasem gdy nie wiem co mam zrobić, kiedy pytania zaprzątają mi głowę, kiedy nachodzą różne wątpliwości, otwieram Pismo Święte i czytam, rozważam.
Zawsze dostaję odpowiedź.
Odpowiedź Boga.

BÓG OJCIEC „STAŃ SIĘ „

  http://galeria.klp.pl/p-7154.html


     Witraż Stanisława Wyspiańskiego to jedno z jego najwybitniejszych dzieł. Budził on i nadal budzi wielki podziw. Umiejscowiony jest w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie. Pierwotna nazwa tego dzieła to ”Bóg wyprowadzający światy z chaosu”. Wpatrując się weń obserwujemy wielkie zamiłowanie autora falistą i płynną linią charakterystyczną dla secesji. Przewaga fioletów, granatów, błękitów i zieleni jest przełamana rozświetlonymi błyskami. Na lewej dłoni Stwórcy uniesionej we władczym geście dominuje ciepła żółć, z drugiej opuszczonej rozsypują się świetlne promienie. Twarz Boga Ojca okolona siwymi włosami i przyozdobiona długą biało niebieską brodą, ukazuje Jego Wszechmoc. Lekko pochylona postać i szaty niczym wstęgi nabierają mocy i akcentują chwilę Stworzenia. Oczy Boga są zalane niebieską barwą. Daje to poczucie pewnej anonimowości. Po oczach najczęściej poznajemy ludzi, oczy Boga są jednak zakryte, niepoznane jak Jego wyroki i plany. Kształt cienia pod powiekami Boga Ojca przypomina spływające łzy. Bóg płaczący – będący poza czasem i przestrzenią – wiedzący jak wiele cierpienia powstanie na świecie, który sam tworzy z Miłości dla człowieka. W opadającej ręce widać czerwone żyły i kości kojarzące się z życiem. Z tyłu postaci widnieją poziome fale morskie. Bóg tworzący „światy” (galaktyki) z chaosu.

Stanisław Wyspiański urodził się 15 stycznia w Krakowie w 1869 jako pierwsze dziecko rzeźbiarza Franciszka Wyspiańskiego i Marii zd. Rogowskich. Zajmował się malarstwem, architekturą, sztuką stosowaną, grafiką (również książkową), witrażem. Był wybitnym dramatopisarzem, poetą i reformatorem teatru. Był niemal tak wszechstronny jak twórcy renesansowi. Trafne jest również porównanie jego osoby do Leonarda da Vinci.
Gdy miał 7 lat zmarła jego mama. Wychowywał się u wujostwa, gdyż jego ojciec nie był w stanie sprawować nad nim opieki (alkohol, problemy materialne). Państwo Stankiewiczowie traktowali go jak własnego syna. Od najmłodszych lat miał kontakt z kulturą. Dom wujostwa był odwiedzany przez taką osobistość jak Jan Matejko. On zauważył jego talent, który zrobił na nim wielkie wrażenie. W gimnazjum poznał Józefa Mehoffera , Lucjana Rydla oraz Stanisława Estreichera.
Będąc studentem w Szkole Stuk Pięknych w Krakowie Stanisław bardzo się wyróżniał. Matejko dał mu więc udział w wykonaniu polichromii w Kościele Mariackim. Gdy Stanisław miał 21 lat wyruszył w podróż po Europie odwiedzając Włochy, Szwajcarię, Francję, Niemcy i Pragę. Przebywając w Paryżu, żył bardzo biednie. Utrzymywał się ze stypendium Szkoły Sztuk Pięknych. W Paryżu spotkał Paula Gauguina i nabistów, którzy wywarli bardzo wielki wpływ na jego sztukę. Wtedy również zainteresował się teatrem zwłaszcza tragedią antyczną i twórczością Szekspira. Miał też swój udział w ruchu modernistycznym. W rok przed śmiercią został profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W czasie śmiertelnej choroby opiekowała się Stanisławem ciotka Stankiewiczową, która mimo wielu konfliktów darzyła go dozgonną miłością. Zmarł w 1907 roku w Krakowie.
Jego ulubioną techniką był pastel, którym najczęściej malował portrety oraz pejzaże. W jego malarstwie widać wielki wpływ Jana Matejki, który łączył z dekoracyjnością, secesyjną giętką linią, (stosował też motywy roślinne), i impresją.
 

Witraż ten jest moim ulubionym przedstawieniem Boga Ojca.

Wspomnienie św. Ojca Pio z Pietrelciny (25.05.1887-23.09.1968)

  

                                Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie, małym miasteczku w Kampanii na południu Włoch, w pobożnej chłopskiej rodzinie, ciężko pracującej na chleb. Bardzo wcześnie wykazywał zamiłowanie do milczenia, samotności, a także do nauki. Od najmłodszych lat pociągał go ideał życia franciszkańskiego braci kapucynów, ewangelizujących okoliczne wsie i będących bardzo blisko prostych ludzi. Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, aby został zakonnikiem, wręcz przeciwnie, gotowi byli na wszelkie poświęcenia, aby mu w tym pomóc opłacając studia teologiczne.

     Gdy Francesco wstąpił do nowicjatu kapucynów w Morcone, nie miał jeszcze 16 lat. Otrzymał imię zakonne Pio. 10 sierpnia 1910 roku, w wieku 23 lat, pomimo bardzo słabego zdrowia przyjął święcenia kapłańskie. Z powodu nagłego pogorszenia się ogólnego stanu zdrowia został odesłany do rodzinnej miejscowości, aby odpoczął i nabrał sił. Tam, wśród najbliższych, pozostał aż 6 lat do 1916 roku, prowadząc życie modlitewne i ascetyczne, na wpół pustelnicze, odpowiadające jego głębokiemu pragnieniu kontemplacji.

     Po krótkim pobycie w wojsku jako kapelan i sanitariusz w okresie I wojny światowej, w której uczestniczyły Włochy powrócił do wspólnoty zakonnej. Wysłany do San Giovanni Rotondo, wioski u podnóża Gargano, niedaleko od sanktuarium Świętego Michała Archanioła. Tu powierzono mu opiekę nad chłopcami z Niższego Seminarium Zakonnego. Wkrótce stygmaty, jakimi Bóg obdarzył Ojca Pio, zaczęły przyciągać uwagę władz kościelnych i sprowokowały interwencję Świętego Oficjum, które nakazało przeniesienie go do innego domu zakonnego (1922). Wywołało to tak wielkie poruszenie w wiosce, bo ludzie chcieli zatrzymać człowieka, który już wtedy był przez wielu uważany za świętego, że władze kościelne wyraziły zgodę na pozostanie Ojca Pio, ale na okres 3 lat zabroniono mu wykonywania funkcji kapłańskich, aż do zakazu publicznego odprawiania Mszy świętej włącznie (1931-1933).

      Ojciec Pio posługiwał się trzema prostymi środkami. Było to: kierownictwo duchowe, spowiedź oraz Msza święta. To właśnie ta prosta, kapłańska służba, pełniona z najwyższym oddaniem, przyciągała ludzi. Przyjeżdżali do San Giovanni Rotondo z całego świata lub kierowali do niego tysiące listów, powierzając modlitwie ciężary swoich cierpień tak duchowych, jak i materialnych. Po śmierci  pochowano go w krypcie kościoła Matki Bożej Łaskawej w San Giovanni Rotondo, gdzie nieprzerwanie pielgrzymują tłumy wiernych z całego świata. Ta miejscowość, gdzie żył i umarł święty jest co roku odwiedzana przez ponad 7 mln pielgrzymów, jest drugim na świecie (po Gwadelupe w Meksyku) sanktuarium pod względem liczby pielgrzymów.

CHCĘ

 Na pewno  czytelnicy mojego bloga zauważyli,że posty (notki) pojawiają  rzadziej. Nie odpowiadam też na komentarze kiedy nie muszę. Maluję tez mniej…  Kilka miesięcy temu malowałam po 8 godzin dziennie- teraz pomaluję 1,5- 2 godz. i jestem b. zmęczona. nie daje rady…

Najbardziej mi przeszkadza, żal mi tego, że  nie mogę malować tyle co kiedyś…. To moja pasja. Dawało i nadal daje mi poczucie samodzielności, wolności, radości… Jest dla mnie wszystkim.

Teraz  coraz częściej odczuwam bezradność, niemoc, chorobę.

A raczej jej skutki.

Wiedziałam,że kiedyś przyjdzie czas kiedy nie będę mogła ani pisać ani malować, nie wiedziałam ze to już…

Wyobrażałam sobie jak się  będę wtedy  czuć. Co  będę myśleć …

Chociaż  fizycznie jestem coraz słabsza, psychicznie, duchowo jestem silna. Coraz silniejsza. Paradoksalnie. Rozpiera mnie energia wewnętrzna. Dlatego wcale poddawać się nie zamierzam. Zamierzam walczyć, chcę móc jeszcze pomalować. Popisać.

Teraz trochę się przeciw temu wszystkiemu buntuje.,A to pozytywny bunt, dający siłę  i  energię do walki. Ale nie przeciw Bogu. Bo wiem, że On jest teraz przy mnie. Bliżej niż kiedykolwiek.

Pomaga mi.

Dlatego  będę walczyć z samą sobą, z bezsilnością, niemocą . Ale nie z Nim. A raczej z  Nim jako moim sprzymierzeńcem przeciw chorobie.

W Bogu jest moja siła. Tylko w Nim.

Poddanie się w moim wypadku oznaczało by skazanie na wegetację. Siedziałabym tylko na wózku i patrzyła w sufit bo nie mogłabym nic innego zrobić. A ja nie takiego scenariusza nie przewiduję. Nie przyjmuje do wiadomości. Nie  mogę przyjąć.

Dlatego będę walczyć. Chcę i muszę.

Jestem  w bojowym nastroju .

Trzymajcie za  mnie kciuki.  haha 

***

         
      „Módl się i ufaj tak, jakby wszystko zależało wyłącznie od Boga – ale jednocześnie działaj tak, jakby
                                                      wszystko zależało od ciebie!”.

                                                           / św. Ignacy Loyola/

WYPRAWA

  Kilka dni temu wróciłam z Częstochowy i Krakowa. Byłam tam z rodzicami. To były dni pełne niesamowitych przeżyć i wrażeń. Najpierw Apel Jasnogórski. Przyszliśmy na niego trochę wcześniej. Akurat zaczynała się Msza Św. dla pielgrzymów z  Węgier. Nie było za dużo ludzi więc mama zawiozła mnie pod prezbiterium. Po Mszy podszedł do nas paulin i zaprosił (!), żeby mama podwiozła mnie jeszcze bliżej. Zawiozła mnie więc pod sam ołtarz. Patrzałam Madonnie w oczy. Nie prosiłam o nic. Tylko tak trwałam….
Potem zaczął się Apel.
Słowa „Bogurodzicy”, apelu. Potem rozważania i jeden dziesiątek różańca. Do mamy podszedł paulin z mikrofonem. Modliła się. Zmówiła jedno pozdrowienie Anielskie.
Po Apelu – zasłonięcie Obrazu.

Potem był Kraków. Cały rozkopany ale i tak cudny. Byliśmy na Wawelu, w kościele franciszkanów, na Skałce, w muzeum Wyspiańskiego, w sukiennicach, w kościele Mariackim. Na cmentarzu Rakowickim i w Łagiewnikach.
Dużo czasu spędzaliśmy na krakowskim rynku.
Najbardziej lubię spacery uliczkami Krakowa. Wtedy można poczuć atmosferę miasta. Jego klimat, nastrój.
Piękne stare kamienice z bogato zdobionymi fasadami i figurami świętych umieszczonymi na rogach budynków.
Stałym motywem Krakowa są gołębie. Było ich dużo,szczególnie na rynku.
Rynek krakowski jest zawsze pełen ludzi, turystów, z kraju i zagranicy. Wycieczek.
Były tłumy. Momentami wydawało się ciasno :).
Kocham to miasto z jego zabytkami muzeami, kościołami.
Może uda nam się tam jeszcze kiedyś pojechać… 🙂

UFAM

Panie…nie wiem co będzie jutro ale wiem jedno. Przyjmę wszystko cokolwiek dla  mnie przygotowałeś.

Codziennie ograniczasz moją  samodzielność, resztki samodzielności,

odbierasz mi ją. Kawałek po kawałku. Dzień po dniu…

Ograniczasz,doświadczasz cierpieniem, bezradnością… zamykasz  mnie.

Nie wiem dlaczego  to robisz. Nie muszę.

Wystarczy mi, że Ty wiesz. Ty wiesz lepiej.Skoro to robisz musi być w tym głębszy sens. Wiem to.

Wierzę Ci. Ufam Tobie.

Tylko Tobie wierzę.

Zabierając wiele dajesz mi niepomiernie więcej…

To ograniczanie mnie  tak naprawdę  nie jest ograniczaniem

Tylko otwieraniem,

Otwieraniem na Ciebie, na  Twoją  Miłość

Zamykanie nie jest zamykaniem.

owszem,zamykasz mnie przed światem i ludzi

Lecz

otwierasz  na Siebie, pokazujesz mi  Siebie. To otwarcie sprawia, że widzę więcej i patrzę głębiej.

Dajesz mi Wolność

Prawdziwą Wolność  w  Tobie.

Obdarzasz mnie wielką Miłością i  zaufaniem. Pociągasz mnie ku sobie.

Zachwycasz mnie Sobą. Wtedy nic się nie liczy… tylko Ty i ja.

Uwielbiam  Cię  za wszystko czym  mnie obdarzasz.

Za radość,  pokój, szczęście. Rozpiera mnie radość  wewnętrzna i siła.

Tak!Jestem szczęśliwa!

Wiem,że zawsze jesteś przy mnie,

We mnie.

Kiedy przyjdą trudne dni  bezradność

Wtedy także będziesz.

Dlatego pójdę  gdzie mnie poprowadzisz

Bo Ci ufam.   

CZARNA MADONNA

  
Najstarszym i najdawniejszym dokumentem informującym o cudownym obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, jest łaciński rękopis z archiwum klasztoru, który w tłumaczeniu brzmi:


„Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy ,który własnymi rękami namalował św. Łukasz”.

Dokument ten pochodzi z XV wieku. Być może został on przepisany z dokumentu wcześniejszego. Co w tym dokumencie jest prawdą?
Obraz mógł powstać w Konstantynopolu i stamtąd dotrzeć na Ruś. W czasie wojny, prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego, obraz ukryto w zamku bełskim.
Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zabrał obraz i podarował go sprowadzonym właśnie z Węgier paulinom, którzy przejęli drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie 23 czerwca 1382r. Paulini z biegiem czasu wybudowali nowy kościół, umieszczając w nim
obraz Najświętszej i Najczcigodniejszej Dziewicy, Pani i Królowej świata i naszej Matki, rzadkim i przedziwnym malowaniem ozdobiony, o przesłodkim spojrzeniu…
 
Obraz od początku ściągał tłumy pielgrzymów, doznających na tym miejscu wielu łask. Pobożna legenda głosi, że obraz namalował św. Łukasz Ewangelista na desce stołu, przy którym Najświętsza Rodzina modliła się i spożywała posiłki.


Najnowsze badania oraz analiza rentgenogramu pozwoliły na stwierdzenie, że obraz Matki Jasnogórskiej pochodzi z XIII wieku i pierwotnie znajdował się w bałkańskim ikonostasie. Technologia obrazu i wspomniane badania wskazują na cechy ikonowego malarstwa bizantyjskiego i pozwalają stwierdzić, że pod obecnym XIII-wiecznym malowidłem istnieją ślady pierwszej, wczesnochrześcijańskiej ikony.


W samą Wielkanoc 1430 roku dwaj panowie polscy: Nadobny z Rogowa, herbu Dziadosza i Jan Kuropatwa z Łacuchowa, herbu Szreniawa, wraz z księciem ruskim, Fryderykiem, posługując się grasującymi na Śląsku bandami husyckimi, napadli na kościół paulinów, rabując go, zabijając pięciu zakonników. Zniszczyli też obraz Matki Bożej, rozbijając go na trzy części. Śladem tego zdarzenia są szramy, celowo podczas dokonanej renowacji pozostawione na obrazie.

Na prośbę paulinów król Polski, Władysław Jagiełło, pozwolił zabrać zniszczony i zbezczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że byli to wyspecjalizowani w sztuce bizantyjskiej malarze z Rusi. Praca ta zabrała im dwa lata, lecz stworzyli obraz jak nowy, zachowując część starego.

Obraz jest namalowany na trzech deskach lipowych, sklejonych, na które położona została zaprawa kredowa 2-3 mm gruba. Samo malowidło jest na Płotnie, namalowane temperą. Matka Boża ma na sobie suknię czerwoną, na nią zaś narzucony niebieski płaszcz w ozdobach lilii andegaweńskich. Lewą dłonią obejmuje siedzące na Jej ręku Dzieciątko, a prawą przyciska Je do swojej piersi. Dziecię Jezus ma sukienkę czerwoną, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni, podobnie jak u Maryi. Prawą ręką Pan Jezus wskazuje na Maryję ( gest bardzo wymowny i teologicznie głęboki), lewą zaś dłonią trzyma księgę Ewangelii. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest złocone. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Jezus ma bose stopy, co dziwnie kontrastuje z bogactwem Jego szaty. Matka Boża ma na twarzy jedną bliznę poziomą i dwie znacznie większe, pionowe- znaki cięć szabli podczas profanacji. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem, na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą lamę. U płaszcza Maryi znajduje się dodatkowo ozdoba w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko, na obie postaci są nałożone artystyczne i ozdobne w drogie kamienie szaty i korony.

Dominująca w przedstawieniu Częstochowskiej Hodometrii jest twarz Maryi, na której koncentruje się spojrzenie widza. Twarz ta, przesycona wyrazem łagodnego smutku, skupionego głównie w niespotykanych, przenikających oczach, w pełni oddaje godność Jej Bożego macierzyństwa, bezgraniczne miłosierdzie i troskliwą opiekę.
 Suchy opis konserwatorski nawet nie udaje, że jest w stanie oddać to, czym dla Polaków jest wizerunek Czarnej Madonny. Jan Paweł II powiedział:

„Pani Jasnogórska! Od sześciu stuleci weszłaś w naszą historię i pomagasz nam ją tworzyć…, pomagasz nam zachować ciągłość i tożsamość”.

Do Maryi na Jasną Górę pielgrzymowali królowie, hetmani, rycerze, poeci, dostojnicy z całego świata i zwykli prostaczkowie. Księga cudów, założona z polecenia biskupa krakowskiego, kardynała Jerzego Radziwiłła w 1593r., wskazuje że łącznie do roku 1948 zanotowano około 1300 wypadków niezwykłych, szczegółowo opisanych.

Papież św. Pius X, na prośbę paulinów i biskupa kujawsko- kaliskiego dnia 13 maja 1904 roku zezwolił na obchodzenie święta Matki Bożej Częstochowskiej w całej diecezji jako uroczystość pierwszej klasy z oktawą. Papież Pius XI dekretem z dnia 23 grudnia 1931r. święto to rozszerzył na całą Polskę i dołączył osobny formularz liturgiczny. Papież Pius XII w 1956r. podniósł rangę tego święta do stopnia pierwszej klasy. Od roku 1969Polska obchodzi dzień 26 sierpnia jako uroczystość patronalną najwyższej klasy.

O KOŚCIOŁACH – SUBIEKTYWNIE :)

W sobotę byłam na parafialnej pielgrzymce w Licheniu. Pielgrzymka bardzo mi się podobała, Bazylika w Licheniu nie……..
Architektoniczne pomieszanie stylów z zewnątrz. Wewnątrz…owszem robi wrażenie ogromem i bogactwem ale i brakiem umiaru.
Za dużo elementów, ornamentów, wzorów…itp. Przytłaczały mnie te wszystkie ozdoby, ozdóbki, fikuśne świeczniki (lampy), wieczne lampki, i złoto, złoto, złoto… „dawało ” po oczach…
Wszystkie te ozdoby powodowały to, trudno było się skoncentrować.  Nie mogłam się skupić, spokojnie pomodlić…a jechałam własnie po to. Obraz Matki B. ginął w tych wszystkich ozdobach a uważam, że właśnie on powinien być wyeksponowany.
Byłam w wielu sanktuariach i kościołach w Polsce i nie tylko. Najbardziej podobają mi się kościoły romańskie, gotyckie i renesansowe. Barokowe też ale trochę mniej.
Bardzo podoba mi się kościół franciszkanów w Krakowie. Szczególnie St. Wyspiańskiego freski zdobiące cały kościół. A także jego witraże. Uwielbiam witraż „Bóg Ojciec. Stań się”.
Ze  współczesnych kościołów odpowiada mi bazylika Miłosierdzia B. w Łagiewnikach. Tam widać umiar. A obraz Jezusa M. w ołtarzu robi wrażenie. A po za tym to bardzo oryginalna budowla. Z zewnątrz przypomina kształt łodzi.
Wspomnę bazylikę św. Piotra w Rzymie.
Byłam pod jej wrażeniem. Tam można się spokojnie pomodlić ale chyba tylko wtedy kiedy nie ma turystów. Ja byłam jesienią ,kilka lat temu, było bardzo dużo ludzi. Atmosferę modlitwy psuli właśnie turyści. Chodzili, rozmawiali bardzo głośno, śmiali się. Zachowywali się tak jakby nie byli w kościele….
Uważam, że z reguły każdy kościół odzwierciedla epokę w której jest budowany.
Licheńska bazylika odzwierciedla naszą epokę.

WNIEBOWZIĘCIE


  
nikt nie przymknął Twych oczu nie zasłonił twarzy

ani w bramie nie szeptał rozebranym głosem

o tym co za głośno słyszy się w milczeniu.

Pan uchronił do końca i zdrową zostawił

Tylko kiedy pukano Ciebie już nie było

Nie śmierć ale miłość całą Cię zabrała…?

                                     /ks. Jan Twardowski /

DZIADEK I WNUK

      
Domenico Ghirlandaio
, właściwie Domenico di Tommaso Bigordi (ur. 1449 we Florencji, zm. 11 stycznia 1494 we Florencji), włoski malarz z okresu quattrocento, przedstawiciel szkoły florenckiej.

Dominik Ghirlandaio urodził się w rodzinie Tomasza, znanego florenckiego złotnika, którego przydomek Ghirlandaio, znaczył twórca girland, ozdoby kobiecej głowy, którą wymyślił. Uczył się za namową ojca złotnictwa, które porzucił na rzecz malarstwa i nauki u Alessio Baldovinettiego i Andrei del Verrocchio. Współpracował ze swymi młodszymi braćmi, Benedetto i Davide. Warsztat Ghirladaio był najbardziej znanym i najlepiej prosperującym warsztatem malarskim we Florencji, który zyskiwał wiele intratnych zleceń. Jego najważniejsze dzieła to freski chóru kościoła Santa Maria Novella, freski w Pizie, San Gimignano i w rzymskiej Kaplicy Sykstyńskiej, obraz Starzec i wnuczek.

Jego najsłynniejszym uczniem był Michał Anioł, a jego syn Ridolfo Ghirlandaio był znanym malarzem włoskiego renesansu.

  

   Starzec i chłopiec – obraz włoskiego mistrza Domenico Ghirlandaio, namalowany około 1490. Obecnie jest wystawiony w Luwrze.

Obraz przedstawia starszego mężczyznę, florenckiego arystokratę (charakterystyczne cappuccio na jego ramieniu), przytulającego się do małego chłopca, prawdopodobnie jego wnuka. Nie zdołano określić tożsamości mężczyzny. Jego nos jest zniekształcony przez rhinophyma prawdopodobnie w przebiegu trądzika różowatego .
Bardzo lubię ten obraz.Artysta pięknie ukazał wzajemną miłość. Starzec z dobrotliwym uśmiechem i czułością spogląda na malca. Chłopczyk ufa dziadkowi.
Widać to w jego spojrzeniu. Stara się objąć dziadka swoją małą rączką.

Jak rozpoznać Chrystusa?

Można powiedzieć, że miłość w życiu człowieka zajmuje najważniejsze miejsce. Wydaje się, że nie ma na świecie człowieka, który by nie pragnął miłości. Dla zdobycia miłości jesteśmy gotowi dokonać niezwykłych czynów. Otóż człowiek poszukuje miłości dlatego, że miłość jest wpisana w jego istotę, gdyż został on stworzony na „obraz i podobieństwo” Boga, który jest Miłością. Dlatego też serce człowieka szukające miłości, nie zazna spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu.

     Przyjrzyjmy się zatem, jak wygląda nasza miłość do Chrystusa? Na podstawie obserwacji zachowania między ludźmi, możemy powiedzieć, że miłość do Chrystusa kształtuje się w podobny sposób, jak miłość mężczyzny i kobiety. Jeśli chłopak i dziewczyna kochają siebie nawzajem, to pragną jak najczęściej przebywać w swojej obecności. Nie potrzebują wówczas wielu słów, gdyż wystarcza im zwykłe bycie ze sobą. Nawet jeśli zakochani są od siebie oddaleni, to nadal pozostają blisko siebie, ponieważ jedno myśli o drugim, ukochana osoba pozostaje cały czas w pamięci. W analogiczny sposób przedstawia się nasza miłość do Chrystusa. Jeśli jest to prawdziwa miłość, to sprawia ona, iż chcemy być blisko Chrystusa, chcemy doświadczyć Jego obecności. Na modlitwie przejawia się to w ten sposób, że samo powtarzanie pewnych formuł już nam nie wystarcza i modlitwa zaczyna przeradzać się w owo miłosne trwanie przy Chrystusie. Dzięki miłości chrześcijanin może cały czas pozostawać w obecności Chrystusa, podobnie jak zakochani, którzy chociaż są od siebie oddaleni, jednak myślą o sobie, dzięki czemu ukochana osoba jest jakby cały czas przy naszym boku.

     Miłość przejawia się również w tym, iż zakochani pragną się ze sobą jak najczęściej spotykać. Spytajmy się jednak , gdzie my możemy spotkać się z Chrystusem? Otóż Chrystusa możemy spotkać w Piśmie Świętym. Czytając Pismo Św. prowadzimy niewymowny dialog z Oblubieńcem naszej duszy, gdyż Pismo Św. jest listem miłosnym napisanym przez Boga do człowieka. Poza tym, wiemy również, że nie można kogoś pokochać, jeśli się go najpierw nie poznało. Pismo Św. daje nam właśnie taką znajomość Chrystusa, dzięki czemu możemy pokochać Go z "całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił swoich".

     Trzeba jednak podkreślić, że nie jest to jedyny sposób poznania Chrystusa. Mianowicie, Jezus wiele razy utożsamiał się z ludźmi ubogimi i chorymi. Dlatego, jeśli chcemy pokochać Chrystusa, musimy najpierw pokochać naszych ubogich braci. Prawdziwą miłość możemy poznać po tym, iż pragnie ona dobra drugiego człowieka, nie oglądając się na własne korzyści. Nasza miłość będzie zatem doskonała, jeśli będziemy miłowali słabych i ubogich, którzy nie będą mogli się nam odwdzięczyć. Zapłatę otrzymamy dopiero przy zmartwychwstaniu umarłych.

     Oprócz wymienionych tu sposobów Chrystusa można spotkać również - i to w najpełniejszy sposób - w Eucharystii, kiedy przychodzi do nas pod postacią chleba i wina. Z samej istoty Eucharystii, która jest miłosnym spotkaniem Boga i człowieka, wynika, że powinna ona być przeżywana w sposób radosny, podobnie jak to czynili pierwsi chrześcijanie, którzy: "przyjmowali chleb z radością i prostotą serca". Sami wiemy przecież, że nikt nie jest smutny, ale raduje się, jeśli odwiedzi go ukochana osoba.

     Pragnienie miłości, aby kochać i być kochanym jest czymś naturalnym, ponieważ zostało złożone w sercu człowieka przez samego Boga. Pamiętajmy jednak, że prawdziwej miłości nie odnajdziemy w świecie doczesnym, lecz tylko w Bogu, który "jest Miłością". Aby doświadczyć tej Bożej miłości, potrzeba abyśmy rozważali słowo Boże, abyśmy trwali na modlitwie, oraz byśmy rozpoznali Chrystusa w drugim człowieku, a nade wszystko przy "łamaniu chleba", w Eucharystii. Czuwajmy zatem, abyśmy mogli rozpoznać Pana, kiedy do nas przychodzi, aby nasze oczy nie były w tym momencie "na uwięzi".

                                   / kl. Adam Lis. ADONAI.PL /

                        

KRZYŻ cd……

  Po raz pierwszy brakuje mi słów…. Do tej pory nie mogę się otrząsnąć po tym co wczoraj zobaczyłam. Chodzi mi o to wszystko co się działo wczoraj pod Pałacem Prezydenckim.
Wczoraj miała odbyć się uroczystość przeniesienia krzyża spod Pałacu do kościoła Św. Anny w Warszawie. Zgodzili się na to przedstawiciele rządu, Kościoła i harcerstwa.
Nie odbyła się. Przeszkodzili a właściwie uniemożliwili jej przeprowadzenie tzw. „obrońcy” krzyża. Pod krzyż przyszło setki ludzi z różańcami, krzyżami, transparentami. Z ich ust wydobywały się wyzwiska i obelgi. Pod adresem rządzących i duchownych, którzy rzekomo chcieli zabrać krzyż.
Duchownych, którzy w uroczystej procesji przyszli aby przenieść krzyż, powitały gwizdy i wyzwiska.  
” Kim jesteś?! – wrzeszczał mężczyzna do księdza, szarpiąc duchownego za rękaw. – I wy nazywacie siebie księżmi?! – wykrzykiwała młoda kobieta. Judasze, hańba, targowica, zdrajcy, precz z Komorowskim, harcerze do domu, nie oddamy krzyża…”
Apelującego o zachowanie spokoju i poszanowanie chrześcijańskiego symbolu księdza obrażono. ” Ręka mu uschnie! To nie jest polski ksiądz! Różaniec mu się pali ! Gestapowcy! Zdrajcy!” – krzyczą zgromadzeni.
W ten sposób ” broniono” krzyża, „broniono ” Boga.
Tymczasem ja tam Boga nie widziałam. Widziałam ludzi z różańcami w rękach i z nienawiścią w oczach, wyzywających, rzucających obelgami w innych ludzi.
Był krzyż – znak Bożej Miłości ale w okół niego nie było miłości- przeciwnie była nienawiść. Morze nienawiści…

Ja wierzę w Boga, który jest dobry, miłosierny, łagodny, sprawiedliwy, wspaniałomyślny, wybaczający. Boga, który nikogo nie odrzuca, nie ocenia.
Boga, który jest Miłością. Krzyż jest znakiem dobroci, miłosierdzia, wybaczenia.
Znakiem Miłości.
Tam była nienawiść i zło.
Żal tych ludzi…Nie wiedzą, że to wszystko co robią, jest złe. Potrzebują katechezy, ewangelizacji.
Wczoraj widziałam klęskę władzy i klęskę Kościoła. Bezradność.     
Nie może być tak, że katolicy nie słuchają swoich pasterzy.
Władze Kościelne i świeckie porozumiały się w sprawie krzyża. Powinno się to uszanować.
Z drugiej strony krzyż nie może być przedmiotem walki religijnej jak i politycznej. Jakiejkolwiek walki. Nie może być narzędziem manipulacji w rękach polityków .
Nam wszystkim potrzeba katechezy. Musimy na nowo odkryć sens naszej wiary.
Sens krzyża.
Papież Benedykt XVI będąc jeszcze kardynałem powiedział, że w chrześcijaństwie, w katolicyzmie nie jest najważniejszy człowiek ani Kościół. Najważniejszy jest Bóg.
Odniosłam wrażenie, że wczoraj w tym całym chaosie zapomniano o tym.
Wczoraj w imię Boga zapomniano o Bogu.     

PRAWDA cd.

1W owym czasie doszła do uszu tetrarchy Heroda wieść o Jezusie.2I rzekł do swych dworzan: „To Jan Chrzciciel. On powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze w nim działają”.3Herod bowiem kazał pochwycić Jana i związanego wrzucić do więzienia. Powodem była Herodiada, żona brata jego,Filipa.4Jan bowiem upomniał go: „Nie wolno ci jej trzymać”.5Chętnie też byłby go zgładził, bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka.
6Otóż, kiedy obchodzono urodziny Heroda, tańczyła córka Herodiady wobec gości i spodobała się Herodowi.7Zatem pod przysięgą obiecał jej dać wszystko, o cokolwiek poprosi.8A ona przedtem już podmówiona przez swą matkę: „Daj mi – rzekła – tu na misie głowę Jana Chrzciciela!”9Zasmucił się król. Lecz przez wzgląd na przysięgę i na współbiesiadników kazał jej dać.10Posłał więc [kata] i kazał ściąć Jana w więzieniu.11Przyniesionogłowę jego na misie i dano dziewczęciu, a ono zaniosło ją swojej matce.12Uczniowie zaś Jana przyszli, zabrali jego ciało i pogrzebali je; potem poszli i donieśli o tym Jezusowi.
                                                                                     / Mt 14, 1-12/
————————————————————————————-
  Na podstawie dzisiejszej Ewangelii chciałabym rozważyć jeszcze raz aspekt prawdy.
Co to jest prawda? – pytał  Piłat Jezusa.
Klasyczna definicja prawdy mówi że prawda jest zgodnością myśli z rzeczywistością. Jest to zgodność  pomiędzy tym co myślimy, mówimy i robimy.
Święty Jan Chrzciciel  głosił Prawdę i dla niej oddał  swoje życie. Nie tylko głosił i umarł za nią ale przede wszystkim według niej żył. Nie chciał, nie mógł na to pozwolić  by jego bliźni żył  w kłamstwie. Upominał  Heroda. A ten go nie posłuchał. Nie przyjął  prawdy, wolał  żyć w kłamstwie, hipokryzji, w grzechu. Wolał  zabić  Jana Chrzciciela. Zagłuszyć prawdę.
W dzisiejszym świecie mówienie i życie w prawdzie jest źle widziane. Ośmieszane. Nie traktowane poważnie.
Jednak właśnie teraz  w świecie kłamstwa i obłudy trzeba mówić Prawdę.
Jak dzisiaj mówić  prawdę? Mówienie komuś prawdy może go zranić, skrzywdzić. Jednak ją trzeba mówić.  Jak?

Po pierwsze trzeba żyć zgodnie z tym co się głosi. Jeśli się kogoś poucza, że źle robi a samemu robi to samo jest się niewiarygodnym.
„Dlaczego widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku własnym nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego” /Łuk 6,36-42/.

Trzeba zacząć od siebie. Potem można pouczać innych.

Po drugie prawdę trzeba mówić z miłością. Trzeba oceniać czyn a nie człowieka. Jeśli powiemy ” to co robisz jest złe”,ocenimy czyn – jeśli: „jesteś  zły ” -człowieka.

My już nie musimy jak Piłat pytać „Co to jest prawda. My wiemy, że Prawdą jest Jezus. Znamy Ewangelię.

Musimy tylko i aż  chcieć ją dobrze poznać, odważnie głosić. Przede wszystkim musimy według niej żyć

Żyć w Prawdzie, bez względu na to co powiedzą inni. Odważnie.

Żyć w Bogu . Według Jego zasad.

Czy potrafimy dawać świadectwo?

Czy chcemy?

KRZYŻ

Katastrofa,szok, niedowierzanie… Śmierć prawie 100  osób w jednym  momencie,minucie… Żałoba narodowa.Ludzie zbierają się pod  Pałacem Prezydenckim. Zapalają znicze,  setki, tysiące  zniczy… Płaczą ,modlą się. Harcerze  stawiają krzyż. Z  potrzeby serca  w atmosferze silnych emocji, w chwili powszechnej żałoby narodowej. Nikt nie negował sensu tego spontanicznego odruchu.  Był on wtedy potrzebny, ważny.

Minęła żałoba, minął szok.  Zniczy pod Pałacem  jest co raz mniej.  Krzyż stoi. Jeszcze.  Pojawiły się sugestie,żeby go przenieść  w  inne,  odpowiedniejsze dla niego,  godniejsze miejsce. Jedni uważają, że powinien zniknąć stamtąd jak najszybciej. „Polska jest krajem świeckim i przed budynkiem administracji publicznej,który należy do wszystkich obywateli tego kraju, nie tylko  katolików, nie powinno być postawionych żadnych symboli religijnych . Krzyż jest symbolem religijnym, który wymaga szacunku. To nie jest miejsce dla krzyża. Nie jesteśmy państwem wyznaniowym inie wszystkim musi to odpowiadać ”.                                              „Cała Polska  broni krzyża”  krzyczą inni. Zwykły prosty krzyż  stał się sprawą polityczną.  Na jego temat bardzo chętnie wypowiadają się posłowie i senatorowie . Przywódcy partii politycznych, różnych opcji. Kłócą się, obrażają, wyzywają jedni  drugich.    Co więcej, krzyż  stał się przedmiotem niewybrednych  żartów i kpin. Kościół też  długo  milczał w tej  sprawie… W końcu wypowiedział  się „7 lipca na Jasnej Górze prymas Polski abp Józef Kowalczyk zaapelował o wyeliminowanie niezrozumiałych konfliktów politycznych w kraju i „budowę Polski, która będzie autentycznie bronić krzyża, nie upolityczniając go”. Rozmowy w Kancelarii Prezydenta RP ws.przeniesienia krzyża rozpoczęły  się 13 lipca. „ 3 sierpnia krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego, upamiętniający ofiary katastrofy prezydenckiego samolotu pod  Smoleńskiem, zostanie przeniesiony do akademickiego kościoła św. Anny w  Warszawie’’ – poinformował rzecznik Metropolitarnej Kurii.Jednak  w  Kościele pojawił się  dwugłos. Pojawiły się komentarze, że  Kościół dzieli ludzi.Kościół  jest  jeden i powinien mówić jednym  głosem  zawsze. Krzyż , który jest pięknym konkretnym  znakiem  miłości i jedności podzielił  katolików.

Czy tak powinno  być?  Oczywiście, że  nie.Krzyż powinien być  przedmiotem szacunku wszystkich wierzących. Jeśli  już podjęto decyzję  o jego przeniesieniu tonie powinno się tego robić po  cichu,  ze strachu przed  kimś. Przeniesienie  go powinno odbyć się  w  uroczystej procesji  połączonej z Mszą  w  intencji wszystkich ofiar katastrofy.                                     Chrystus  umarł na krzyżu  za wszystkich. On  nie  dzielił ludzi,                      przeciwnie– jednoczył.                                                                                              Kościół to my , nie dajmy  się podzielić. Zacznijmy  mówić jednym głosem.                                                                 

Głosem  miłości.     

         

  

 

PRAWDA

Tolerancja (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika  tolerare -„wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”) – termin stosowany w socjologii, badaniach nad kulturą i religią. W sensie najbardziej ogólnym oznacza on postawę wykluczającą dyskryminację ludzi, których sposób postępowania oraz przynależność do danej grupy społecznej może podlegać dezaprobacie przez innych pozostających w większości społeczeństwa. W okresie reformacji  pojęcie to było stosowane w odniesieniu do mniejszości religijnych. Obecnie termin ten obejmuje również tolerancję różnych orientacji seksualnych oraz odmiennych światopoglądów.

Modne słowo. Teraz wszyscy musimy być  tolerancyjni, wyrozumiali. Jeśli nie jesteśmy tolerancyjni,oskarżani jesteśmy  o zacofanie, niedostosowanie,ciemnogród, brak otwartości .

W sobotę 17 lipca w Warszawie odbyła ogólnoeuropejska parada środowisk lesbijek, gejów, osób biseksualnych oraz osób transgenderycznych w ramach EuroPride 2010. Organizatorem imprezy była fundacja Równości, która rokrocznie organizuje w stolicy Paradę Równości.Hasłem zaplanowanej manifestacji jest parodia słów Jana Pawła II: „Nie lękajcie się”…

Media zareagowały na wiadomość o paradzie z radością . Wręcz entuzjastycznie. Mówiono  o niej przez cały dzień. W dziennikach przedstawiano jako wiadomość dnia. Widziałam wielobarwnie ubrany (często nie) tłum. Widziałam ostentacyjnie całujących się dwóch panów i dwóch pań. Cała parada ukazana była w atmosferze miłości, radości i tolerancji właśnie. 

Relacje o EuroPride przyćmiły inną ważną imprezę. Obchody 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.

„Jeśli tak ma wyglądać tolerancja to ja nie jestem tolerancyjna”.  –  pomyślałam.

Fundamentem tolerancji jest relatywizm poznawczy (nie ma obiektywnej prawdy) i moralny (nie ma obiektywnego dobra).   Promotorzy tolerancji zwracają się więc np.do katolików, mówiąc: „Jeżeli chcecie być tolerancyjni, przyznajcie, że wasze ‚prawdy’ są tylko wasze i że nie są lepsze od naszych ‚prawd’.

Tymczasem katolików ma obowiązywać jedna  prawda.Obiektywna.                      Katolik nie może tolerować fałszu i zła. Ma mówić prawdę ,nawet niewygodną i nie modną. Jezus jest Drogą i Prawdą i Życiem. 

   „ Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.”

JEZUS – ŻYD

  

O tym, że Jezus jest Bogiem wie każdy katolik. Wierzy w to.
Jednak tego, że Jezus jest człowiekiem, człowiekiem z krwi i kości, co więcej, że jest Żydem nie każdy chce przyjąć do wiadomości.
Tymczasem Jezus urodził się w Izraelu, w rodzinie żydowskiej. Wychował się w tamtejszej kulturze. Uczył się Tory, poznawał ją. Uczestniczył w różnych żydowskich świętach, uroczystościach.Jak każdy pobożny Izraelita pielgrzymował do Jerozolimy na święto Paschy.
Przemawiał w synagogach i w Świątyni. Jego uczniowie byli Żydami.
Kiedyś czytałam powieść historyczną Romana Brandstaettera ‚’Jezus z Nazarethu“. Zafascynowała mnie. Cała powieść przesycona jest duchem Biblii, duchem starej poezji semickiej. Zachwyciła mnie atmosferą  miejsca, czasu i tradycji  żydowskiej. Zachwyciła mnie tajemniczością i mistyką. Kiedy ją czytałam czułam, że opisywane tam wydarzenia przenika Boży Duch.
Szczególnie podobały mi się opisywane tam szczegółowo uroczystości.
Na przykład Święto Jom Kippur (Dzień Pojednania, Przebłagania).
„W czasach biblijnych Święto Jom Kippur- tak jak i dziś- było najważniejszym świętem w kalendarzu biblijnym, a centralnym wydarzeniem tego święta były ofiary składane w Miszkan-Przybytku, wybudowanym na pustyni, w czasie wędrówki Izraelitów do Ziemi Obiecanej, a który w późniejszych czasach został zastąpiony przez Beit HaMikdasz- Świątynię Jerozolimską. W dniu tym obowiązywał ścisły post, nie wolno też było się golić ani strzyc, nosić skórzanych butów, oraz obowiązywał nakaz wstrzemięźliwości w stosunkach małżeńskich.
Składanie ofiar prowadził i nadzorował Kohen HaGadol – Kapłan Najwyższy, zwany inaczej arcykapłanem, który do tego święta specjalnie się przygotowywał, mianowicie przed świętem udawał się do odosobnionego pomieszczenia i spędzał tam 7 dni (liczba siedem w tradycji judaizmu jest liczbą Boga, symbolizującą Jego wielkość, doskonałość i zupełność). W ostatnim dniu dokonywał rytualnych kąpieli oczyszczających oraz wkładał bigdej kodesz-święte szaty – białe, lniane szaty zwane szatami ofiarniczymi. Po zakończeniu ceremonii arcykapłan przebierał się w swój typowy strój, zwany czasem szatami czci i chwały.
Jom Kippur był jedynym dniem w roku, kiedy to arcykapłan- i tylko on- mógł wejść do Kodesz HaKodaszim- Miejsca Najświętszego, i to w ściśle określonym momencie ceremonii ofiarniczej, z krwią cielca by kropić nią przed Kaporet- ubłagalnią. Krew zabitego cielca stanowiła ofiarę przebłagalną, bowiem tylko krew miała moc rozgrzeszenia.
Najpierw przyprowadzano par benbakar- młodego cielca, oraz dwa kozły. Między kozłami dokonywano losowania, który dla Pana, a który dla Azazela (Azazel to imię demona). Następnie składano ofiarę z cielca, nad którego głową arcykapłan dokonywał przebłagania za siebie i pozostałych kapłanów. Następnie podobnie czynił przebłaganie za grzechy całego ludu nad głową kozła (seir) Pańskiego i składał go w ofierze, w taki sam sposób jak cielca. Powieść dokładnie opisuje jakie części zwierzęcia były palone na ołtarzu, a jakie poza obozem Izraelitów. Zwierzę było składane na ołtarzu miedzianym, natomiast na mizbeach hazahaw- ołtarzu złotym znajdującym się w HaKodesz kapłan spalał kadzidło. Część mięsiwa, skóry, odchody- czyli wszystkie części wydzielające przy spalaniu odór, były spalane na oddzielnym ognisku poza obozem Izraelitów przez specjalnie do tego wybranego człowieka. Ten, po spaleniu części poza obozem musiał dokonać rytualnego obmycia się. Z krwią cielca kapłan wchodził poza drugą zasłonę- parochet, i kropił krwią przed ubłagalnią. Bardzo ważne było, aby kapłan wszystko wykonywał tak jak przykazał Pan, gdyby zignorował któryś z przepisów, to groziła mu śmierć w momencie gdy przechodził pod drugą zasłoną by wejść do Kodesz haKodaszim.
Kozioł Azazela zwany też był sair hechaj- kozłem żywym, w odróżnieniu od Pańskiego, gdyż nie był zabijany i składany w ofierze na ołtarzu, lecz żywy wyprowadzany, przez specjalnego człowieka poza obóz, na pustynię. Wcześniej Arcykapłan kładł ręce na jego głowę i dokonywał symbolicznego przeniesienia grzechów narodu na kozła.
Ten, który wypędzał kozła Azazela na pustynię, musiał wyprać swe szaty i dokonać rytualnego obmycia poza obozem.
Po złożeniu ofiar za grzech Kohen HaGadol przebierał się, zdejmował święte szaty lniane, obmywał się i wkładał swoje typowe szaty, pięknie zdobione i składał ofiarę całopalną, na którą składały się 2 barany, których tłuszcz spalał na ołtarzu. Następnie odczytywano fragmenty Tory i kapłan błogosłąwił ludowi. Przebłaganie się dokonało, miłosierdzie nadeszło i pojednanie z Bogiem stawało się faktem.”
                                                                     / dokładny opis /
Po co piszę o tym wszystkim? Żeby uzmysłowić sobie i innym jak bogata jest tradycja  naszych starszych braci w wierze. A my tak mało o niej wiemy… Przecież nasza wiara ma swoje korzenie w religii żydowskiej. Wierzymy w jednego Boga.
Czy chcemy ją poznać? Czy czytamy Pismo Święte, Stary Testament?
Czy może kierujemy się stereotypami i wzajemnymi urazami?
Jezus jest osobą, która łączy nasze religie.
Zauważmy to.

ZAPACH DESZCZU

Zimny marcowy wiatr tańczył w za oknem szpitala w Dallas kiedy lekarz
wszedł do małego pokoju w którym leżała Diana Blessing która była
wciąż wykończona po operacji.

Jej mąż, David, trzymał jej rękę kiedy drżeli w oczekiwaniu na
wiadomości. Tamtego popołudnia 10 marca 1991 roku, komplikacje zmusiły
Dianę, która była dopiero w 24 tygodniu ciąży, do cesarskiego ciecia
które miało sprowadzić na świat córeczkę pary, Danę Lu Blessing.
Rodzice mieli świadomość, że mierząca 30 i pół centymetra i ważąca 708
gram córeczka urodziła się niebezpiecznie wcześnie, jednak słowa
lekarza nadal wydawały się być raniącymi ich bombami. „Nie wydaje mi
się żeby były szanse na jej przeżycie,” powiedział tak delikatnie jak
mógł.
„Jest tylko 10 procent szans, że przetrwa tą noc, a nawet wtedy, jeśli
jakimś cudem przetrwa, jej przyszłość może być bardzo okrutna”.
Sparaliżowani niedowierzaniem David i Diana słuchali lekarza który
opisywał problemy jakim Dana musiałaby stawić czoła gdyby przeżyła.
Nigdy nie byłaby w stanie chodzić, mówić, prawdopodobnie byłaby
niewidoma i podatna na inne urazy tj. porażenie mózgowe, całkowity
niedorozwój mózgowy i wiele innych.
Wszystko co mogła wyksztusić Diana to zaprzeczenie.

Ona i mąż David wraz z ich 5-letnim synem Dustinem długo marzyli, że
pewnego dnia Dana stanie się częścią ich rodziny.
Teraz, w ciągu kilku godzin ich marzenie oddalało się coraz bardziej.
Jednak z biegiem dni nowe troski spadały na barki Diany i Davida.
Okazało się, że system nerwowy Dany jest niedojrzały  i
najdelikatniejszy pocałunek lub pieszczota mogły tylko przyczynić się
do jej cierpienia, więc rodzice nie mogli nawet kołysać ich malutkiej
dziewczynki przy piersi i wspomagać jej siłą ich miłości.

Wszystko co mogli robić, kiedy Dana w plątaninie rurek i przewodów
walczyła o życie pod ultrafioletowym światłem, było modlić się aby Bóg
był blisko ich drogocennej maleńkiej córeczki.

Nie przydarzały się chwile kiedy Dana nagle rosła w siłę. Ale kiedy mijały tygodnie, przybywały kolejne gramy i znikome ilości sił.
W końcu kiedy Dana miała 2 miesiące jej rodzice mogli ją wziąć w
ramiona po raz pierwszy.
A dwa miesiące  później, chociaż lekarze nadal delikatnie acz
nieustępliwie ostrzegali że to tylko szansa na przetrwanie a nie na
normalne życie, Dana wyszła ze szpitala i rodzice, tak jak od początku
tego pragnęli, zabrali ją do domu.
Pięć lat później, Dana była drobną acz zaczepną małą dziewczynka z
lśniącymi szarymi oczami i nienasycona chęcią życia.

Nie okazywała żadnych oznak psychicznego czy fizycznego osłabienia.
Była po prostu wszystkim czym może być mała dziewczynka? i więcej
.Jednak to jeszcze nie jest koniec jej historii.
One gorącego popołudnia lata 1996 roku Dana siedziała na kolanach mamy
w parku niedaleko domu (Irving, Texas) gdzie jej brat Dustin trenował
ze swoja drużyną piłkarską.

Jak zawsze Dana szczebiotała do swojej mamy mars kilku innych
dorosłych kiedy nagle ucichła. Przytulając ramiona do siebie mała Dna
zapytała „Czujecie to?”
Diana wyczuwając w powietrzu nadchodzącą burze odpowiedziała „Tak
pachnie jak nadchodzący deszcz.”
Dana zamknęła oczy i spytała jeszcze raz, „Czujesz to?”

Jeszcze raz jej mama odpowiedziała, „Chyba zaraz będziemy mokre,
pachnie deszczem.”

Nadal zauroczona chwilą Dana potrząsnęła głową, pogłaskała ramiona
swoimi malutkimi rączkami i głośno oznajmiła, „Nie, pachnie jak ON.

Pachnie jak Bóg kiedy kiedy kładziesz głowę na jego piersi.”

Łzy zaszkliły się w oczach Diany kiedy Dana radośnie zeskoczyła z
ławki by bawić się z innymi dziećmi.

Słowa jej córki potwierdziły to co do czego Diana i jej najbliżsi nie
mieli wątpliwości, przynajmniej głęboko w sercach, od początku.
Podczas tych długich dni i nocy swoich pierwszych dwóch miesięcy, kiedy
jej nerwy były zbyt delikatne aby jej dotykać, Danę Bóg przytulał do
swojej piersi i to Jego zapach przesycony miłością Dana pamięta tak
dobrze.

„Jestem zdolny do wielu rzeczy bo ON daje mi siłę”

 Miłość Boga jest jak ocean, widzisz jego początek ale nie jesteś w stanie
dostrzec końca.

komentarz

Jak zgodnie twierdzą serwisy Snopes i TruthOrFiction.com, historia jest zasadniczo prawdziwa, w tym sensie, że istnieje rodzina Blessingów, Diana powiła córkę w 24 tygodniu ciąży, dzięki Bogu Danae Lu Blessing przeżyła (z takim nazwiskiem to nie dziwota), no i dzisiaj ma 16 lat.

NIE AKCEPTUJĘ

  Im dłużej żyję na tym  świecie, coraz częściej myślę że do niego nie pasuję. Nie nadaję się, że go nie rozumiem. Nie akceptuję niektórych ludzkich czynów, poglądów,
zachowań .
Bo jak można zaakceptować takie coś:
” 22-letnia mieszkanka Indii urodziła dziecko w toalecie na pokładzie samolotu i usiłowała pozbyć się go spuszczając je w sedesie. Noworodka znaleziono zaklinowanego w sedesie, gdy samolot lecący ze stolicy Turkmenistanu wylądował w mieście Amritsar w północno-zachodnich Indiach, w stanie Pendżab, w pobliżu granicy z Pakistanem. Natychmiast zabrano go do szpitala – wciąż w misce klozetowej.
Lekarz ze szpitala Escorts Hospital w pobliżu lotniska powiedział, że zespół chirurgów użył piły, by uwolnić dziecko.
22-letnia matka opuściła pokład samolotu, ale później odnaleziono ją i aresztowano, gdy załoga samolotu linii Türkmenistan Howaýollary znalazła noworodka.
Lekarze mówią, że dziecko jest w stanie krytycznym.
Kobieta jest niezamężną absolwentką medycyny, która wracała do domu po zakończeniu studiów za granicą.”
tvp.info.
Włos się na głowie jeży kiedy się czyta taką informację. Brakuje słów, żeby skomentować ten czyn.Bestialstwo, skrajne okrucieństwo, barbarzyństwo….to jeszcze za mało.
Nie akceptuję  tzw. ” Parad Miłości ” uważam, że promują różnorakie dewiacje i zboczenia. Takie dewiacje są teraz ” na topie ” a przyznawanie się to tego, że się jest gejem uchodzi za coś modnego.
Nie akceptuję też tzw. „małżeństw homoseksualnych”. Małżeństwo to kobieta i mężczyzna a nie dwóch  panów lub dwie panie.
Nie akceptuję  „aborcji ” – zabójstwo
Nie akceptuję ” eutanazji ” – też zabójstwo.
NIE AKCEPTUJĘ .
I chyba jestem w mniejszości….
 

ZATRZYMAJ SIĘ

Człowiek jest tak skonstruowany, że łatwo się przyzwyczaja. Szczególnie do czegoś dobrego. Łatwo się przyzwyczajamy.
Przyzwyczailiśmy się, że słońce świeci, deszcz pada. Że po dniu następuje noc. Że ptak śpiewa. Traktujemy to jako normalność. Tak jest i już.
Zdziwilibyśmy się dopiero wtedy gdyby nagle nam tego zabrakło.
Jak to, tak miało być.
Czy na pewno?  Nie.
Żyjemy w biegu, praca, dom, dzieci. I tak w kółko. Zabiegani, zapracowani. W kołowrotku.
O Bogu też zapominamy. Przypominamy sobie o Nim tylko wtedy kiedy coś od Niego potrzebujemy. Traktujemy jak maszynę do spełniania próśb.
” Jak trwoga to do Boga”.
Dziwimy się , że nas nie wysłuchuje, jesteśmy na Niego źli. Obrażamy się.
Tymczasem On widzi w nas partnerów i sam też chce być tak traktowany. Jak przyjaciel.
W tych dobrych chwilach naszego życia a także w tych trudniejszych.
 Chce być obecny.
Trzeba umieć cieszyć się każdym  dniem, każdą chwilą. Cieszyć się, że słońce świeci a deszcz pada, że jest noc i dzień. Że ptak śpiewa.
Trzeba pamiętać, że na tym świecie jesteśmy tylko chwilę…
Nie oczekiwać za wiele. Cieszyć się z najmniejszych nawet rzeczy
Wiem z doświadczenia, że im mniej się oczekuje tym więcej można otrzymać.
Na przykład, wiele lat temu, idąc do Liceum Plastycznego  chciałam tylko nauczyć się  malować. Tylko tyle. Dla mnie ” aż ” tyle. To było moje marzenie.
Kończąc ” plastyk” nie tylko umiałam malować.
Dzięki pomocy – dopingowi – rodziców i nauczycieli udało mi się zdać  maturę , zrobić i obronić dyplom. Zdobyć zawód.
Patrząc z perspektywy czasu, można powiedzieć,że nie było mi to potrzebne.
Jednak wtedy było potrzebne bardzo. Choćby dlatego, żeby udowodnić ( przede wszystkim sobie), że ” ja też potrafię”.
Zaczynałam liceum pełna kompleksów i obaw ” czy dam radę, czy podołam”.
Kończyłam z maturą i dyplomem „technika plastyka” w kieszeni.
A chciałam tylko nauczyć się malować…

W życiu – w pracy, w domu, w rodzinie  też Ktoś nas dopinguje. Trzyma za nas kciuki.
Wierzy w nas.Zawsze. Podtrzymuje w trudnych chwilach. Tęskni za nami.
Tylko czy my wierzymy w Niego? Czy wierzymy Jemu?
Czy my chcemy Go dostrzec?
Zatęsknić za Nim? Ucieszyć z każdej chwil jaką nam daje?
Zadziwić się tym, że słonko jeszcze świeci.
Dla nas.  

POCHWAŁA ;-)

Malujemy razem. Mój trzyletni bratanek i ja. On przy swoim stoliku, ja przy biurku.
Po chwili maluch podchodzi do mnie i mówi z zachwytem :
– Ciociu !  Jak ty  pięknie malujes. Prawie tak pięknie jak ja.
– Tak  Łajku , prawie tak pięknie jak ty – odpowiadam z trudem powstrzymując śmiech.
– Ja tes jestem artista, ciociu – mówi z dumą chłopczyk.
– To  prawda- uśmiecham się – Ty jesteś prawdziwy  artista.
                                      haha 

NA WIEKI……..

-W starożytnym Rzymie w czasach Tyberiusza

 żył pewien zacny człowiek,

który miał dwóch synów.

Jeden zaciągnął się do wojska

i wysłany został do najdalszych prowincji Cesarstwa.

Drugi był poetą

i oczarowywał Rzym wierszami.

Pewnej nocy ojciec miał sen.

Zjawił mu się we śnie anioł i rzekł,

że słowa jednego z jego synów staną się sławne

i będą powtarzane na całej kuli ziemskiej

z pokolenia na pokolenie.

Starzec zbudził się płacząc ze szczęścia,

bo życie było dla niego łaskawe

i objawiono mu coś,

co napełniłoby dumą serce każdego ojca.

Krótko potem zginął,

niosąc ratunek jakiemuś dziecku,

które dostało się pod koła wozu.

A skoro przez całe życie był prawy i uczciwy,

poszedł prosto do nieba i spotkał anioła,

który niegdyś odwiedził go we śnie.

-Byłeś zawsze dobrym człowiekiem

-rzekł do niego anioł

-Żyłeś otoczony miłością i umarłeś godnie.

Mogę zatem dzisiaj spełnić każde twoje życzenie.

-Życie również łaskawie się ze mną obeszło

-odrzekł starzec.

-Gdy zjawiłeś się w moim śnie pojąłem,

że moja starania nie idą na marne.

Poematy mojego syna pozostaną w ludzkiej pamięci  na wieki.

Dla siebie o nic nie proszę,

niemniej każdy ojciec szczyciłby się sławą dziecka,

które pielęgnował w dzieciństwie i  wychowywał,

gdy był dorastającym młodzieńcem.

Pragnąłbym posłyszeć słowa mojego syna w przyszłości.

Anioł dotknął leciutko ramienia starca

i obaj przenieśli się w daleką przyszłość.

Ukazał się przed nimi ogromny plac,

gdzie tysiące ludzi porozumiewało się przedziwnym językiem.

Radość wypełniła oczy starca łzami.

-Wiedziałem zawsze

-rzekł do anioła

-że strofy mojego syna są piękne i nieśmiertelne.

czy mógłbyś mi powiedzieć,

który z poematów recytują ci ludzie?

Wówczas anioł zbliżył się do niego ostrożnie

i usiedli na jednej z ławek ustawionych na placu.

-Wiersze twojego syna poety były bardzo sławne w Rzymie

-powiedział anioł

-Wszyscy czytali je z rozkoszą.

jednak gdy dobiegły końca rządy Tyberiusza,

poszły w  niepamięć.
Słowa powtarzane przez tych oto ludzi wyszły  z  ust

twojego drugiego syna,

tego który był żołnierzem.

Starzec słuchał anioła nie dowierzając własnym uszom.

-syn twój służył w odległej prowincji,

gdzie został mianowany setnikiem.

Był to człowiek pełen dobroci i sprawiedliwości.
pewnej nocy jeden z jego sług ciężko zachorował

i bliski był śmierci.

Twój syn słyszał kiedyś wieści o Rabinie,

który uzdrawiał chorych.

Ruszył zatem bez zwłoki na jego poszukiwanie.

Po długich dniach wędrówki dowiedział się,

że człowiek, którego szuka, jest Synem Boga.

Spotkał po drodze ludzi przez niego uleczonych,

poznał jego nauki,

i mimo ze był rzymskim setnikiem,

przyjął jego wiarę.
Pewnego ranka stanął wreszcie przed obliczem owego Rabina.

Powiedział mu, ze jeden z jego sług zaniemógł

i Rabin był gotów pójść do jego domu.

Setnik ów był jednak człowiekiem wiary

i gdy powstali wszyscy wokół

a on spojrzał Rabinowi głęboko w oczy,

pojął, że naprawdę stoi przed obliczem Syna  Bożego.

-A oto słowa twego syna

-rzekł anioł do starca.

-Słowa, którymi przemówił do Rabina,

i których nie zapomniano nigdy:

Panie, nie jestem godzien

abyś przyszedł do mnie,

ale powiedz tylko słowo,

a będzie uzdrowiony sługa mój.

                                                                    / Paulo Coelho  ” Alchemik ” /

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com